Przed wejściem do budynku związków zawodowych na Majdanie Nezałeżnosti, który przystosowano na potrzeby rewolucyjnego sztabu, 25-letni aktywista w czerwonym dresie trenuje boks. Przy 15-stopniowym mrozie przygotowuje się do obrony placu przed szturmem Berkutu lub tituszek, opłacanych przez władzę chuliganów.

Popularna plotka na Majdanie głosi, że do Kijowa ciągną kolejne autobusy młodzieży ze wschodu Ukrainy. Potwierdził ją publicznie jeden z liderów protestów, były szef MSW Jurij Łucenko. To oni mają zrobić „porządek” z demonstrantami.

Plac nie jest jednak bezbronny. Przez kilka ostatnich dni, w czasie których obowiązywał rozejm, miasto-państwo w centrum Kijowa rozrosło się i sprofesjonalizowało. Umocniono barykady na drogach, które opadają na reprezentacyjną ulicę Chreszczatyk. Na barykadzie przy ul. Instytutskiej, kilkaset metrów od administracji prezydenta, zbudowano wieżę strażniczą. Z kolei na dojazdach do Jewropejskiej płoszczy warta wyposażona w pałki pojedynczo puszcza samochody przez przejścia w barykadach; Majdan dorobił się nawet własnej drogówki, ubranej w sposób łudząco podobny do państwowej milicji.

W państwie-mieście za barykadami sformalizowano struktury administracyjne. Działa wicze, zgromadzenie ludowe, które pod sceną głosuje nad propozycjami rozwiązań. Działania w regionach są koordynowane w ramach forum ukraińskich euromajdanów. Są resorty siłowe – wspomniana drogówka czy oddziały samoobrony. Działa służba medyczna, garkuchnia przygotowuje barszcz, młodziutkie wolontariuszki roznoszą kanapki z czosnkiem i herbatę z dużą ilością cytryny. Wyłapywani są drobni złodzieje. Powstała nawet służba pomocy psychologicznej, która pomaga radzić sobie ze strachem. Jest kaplica, a w odbitym niedawno z rąk Berkutu Domu Ukraińskim działa rewolucyjna biblioteka. Po przeciwnej stronie Domu, na framudze kawiarni niedaleko hotelu Dnipro markerem zaznaczono miejsce po kuli snajpera.

Na terenach w pełni kontrolowanych przez rewoltę wyznaczono specjalne miejsca parkingowe dla działaczy i dziennikarzy. Strzegą ich oddziały samoobrony, bo w mieście jest nowy trend – nieznani sprawcy systematycznie palą samochody aktywistów.

Państwo-miasto na dziś jest samowystarczalne. W zajętych budynkach jest prąd i woda. Namioty sypialne są ogrzewane. Funkcjonuje internet; właściciele okolicznych restauracji zlikwidowali hasła na WiFi. Plac przeżył najgorsze, sięgające 30 stopni mrozy. Jeśli nie zostanie spacyfikowany za pomocą ciężkiego sprzętu, będzie trwał.

Niemal wszyscy nasi rozmówcy są jednak przekonani, że władze zastosują scenariusz siłowy. Na Majdanie są grupy zdeterminowane, by walczyć. Taki rozwój wydarzeń to pewne ofiary. Plac otacza kilka linii obrony, wysokich na trzy metry, oplecionych drutem kolczastym. Jeśli Berkut wejdzie na Majdan, do walki z nim zostanie rzuconych kilka tysięcy aktywistów uzbrojonych w pałki, kamienie, koktajle Mołotowa. Pod namiotem radykalnego Sektora Prawicowego stoją dwie katapulty. Są przesłanki mówiące o broni palnej.

Przytłaczająca większość Majdanu nie zamierza atakować milicji. Wywieszony w wielu egzemplarzach kodeks etyczny zakazuje agresji. Są jednak i tacy, którzy zapowiadają na jutro wznowienie walk z Berkutem i próbę szturmu Rady Najwyższej. Wtorek to kolejna kluczowa data. Tego dnia ponownie zbierze się parlament. Łucenko mówił w sobotę, że udało się znaleźć nową większość, by powołać opozycyjny rząd i przywrócić starą konstytucję, która znaczną część uprawnień przekazałaby z rąk prezydenta na ręce premiera.

Prezydentowi Wiktorowi Janukowyczowi dwukrotnie udało się jednak w ostatniej chwili spacyfikować bunt oligarchów we własnej partii. Oficjalne przechwałki Łucenki, choć wniosły nową nadzieję w serca opozycji, dały głowie państwa kilka dni na ponowne zastraszenie tych deputowanych Partii Regionów, którzy myślą o odwróceniu sojuszy. Podczas środowego spotkania z posłami PR Janukowycz straszył swoich posłów hakami. Kto się wyłamie, będzie miał sprawę karną – obiecywał.

– Europa nam nie może pomóc z jednym wyjątkiem. Głównym zadaniem wszystkich zachodnich polityków powinno być przekonanie Janukowycza, by nie stosował siły – podkreśla publicysta Witalij Portnykow, który w obawie przed represjami schronił się w Polsce. – O resztę zadbają sami Ukraińcy – dodaje.