Dmitrij Kowtun nie przyjechałby jednak na Wyspy z Rosji. Wszystko miałoby to się odbyć dzięki technice wideo.

To Kowtuna i jego towarzysza Andrieja Ługowoja brytyjska policja oskarża o dodanie zabójczego polonu do herbaty Litwinienki. Badająca wypadki z 2006 roku policja domagała się ekstradycji obu mężczyzn, ale Rosjanie nie chcieli nawet o tym słyszeć. - Istnieje już wystarczająco wiele przesłanek, by powiązać ich z tą śmiercią. Chodzi szczególnie o radioaktywny szlak prowadzący z Moskwy do Londynu i z powrotem - mówi Polskiemu Radiu dr Peter Duncan, specjalista od Rosji z University College London.

Wcześniej oskarżyciele przedstawili w Londynie dowody mające pokazywać, że ów szlak wiódł przez Niemcy. Kowtun, wyposażony w truciznę, miał przylecieć do stolicy Wielkiej Brytanii przez Hamburg. Tam spotkał się ze swoją byłą żoną.

CZYTAJ TAKŻE: Truciciele z KGB. Tak Kreml pozbywa się wrogów >>>

Prawnik wdowy po Litwinience, Ben Emmerson, ma tymczasem wątpliwości. I pyta, czy to nie będzie inscenizacja, w której Kowtun przeczyta po prostu okrągłe zdania, które napisali jego mocodawcy.

Publiczne dochodzenie trwa w Londynie od końca stycznia. Po latach kluczenia, brytyjski rząd dał w końcu na nie zielone światło w połowie zeszłego roku. Większość komentatorów przekonana jest, że decyzja ta miała związek z wydarzeniami na Ukrainie.

WIDEO DZIENNIK.PL: ŻOŁNIERZE SPECNAZ STRZELAJĄ DO ZDJĘCIA LITWINIENKI