W czerwcu 2013 r. w unijnych stolicach wyczuwało się już poważne zaniepokojenie sytuacją w Kijowie. Spotkaliśmy się wówczas z wiceszefem litewskiego parlamentu Petrasem Austreviciusem. Wilno szykowało się właśnie do objęcia przewodnictwa w Unii Europejskiej, którego kulminacją miał być szczyt Partnerstwa Wschodniego. – Z Ukrainą są pewne problemy. A jeśli nie podpiszemy teraz umowy z Kijowem, taka okazja może się długo nie powtórzyć – mówił Austrevisius. Funkcjonowała wówczas hipoteza, że Janukowycz był ofiarą jastrzębi z jego otoczenia, jak prokurator generalny Wiktor Pszonka czy szef MSW Witalij Zacharczenko. Że poprzez sprawę Tymoszenko miał zostać wmanewrowany w bagno, które nie pozwoli mu na podpisanie umowy z Unią i pozostawi na łasce jedynego partnera, Rosji.

– Janukowycz ciągle podkreślał dumę ze swej roli w Partii Regionów. Na powierzchni grał strongmana, twardego gościa w partii i w państwie. Miał postsowiecki sposób postrzegania świata: ma być słaby system i silny człowiek na jego czele. W sumie był to wyraz słabości. Bo po co ci słabe instytucje? Dlaczego nie ufasz nikomu poza samym sobą? Przy tym wszystkim Janukowycz reprezentował typ prowincjonalnej elity. Człowieka z awansu społecznego. Jego instynkt i perspektywa były głęboko zakorzenione w Doniecku. Mimo tych wszystkich słabości to on podejmował decyzje. Silny człowiek wydawał dyspozycje słabym instytucjom – mówił w rozmowie z nami Pat Cox, były szef Parlamentu Europejskiego, który razem z Aleksandrem Kwaśniewskim z ramienia PE obserwował wówczas proces Julii Tymoszenko.

Irlandczyk do dziś jest przekonany, że z Janukowyczem trzeba było rozmawiać.  – On był najważniejszą osobą w państwie. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by misja zakończyła się sukcesem. Otwieraliśmy kanał komunikacji – wspomina.

– Na co pan liczył jesienią 2013 r.?

– Mieliśmy nadzieję, że Janukowycz pozwoli Tymoszenko wyjechać do Niemiec na leczenie. Janukowycz w końcu obiecał zmienić prawo. Projekt zmian trafił do Rady Najwyższej, by tam przepaść. Nie wierzę, żeby ten silny człowiek nie mógł – gdyby tylko chciał – przeforsować ich w tak słabym parlamencie. Czy Janukowycz nas okłamywał? Na pewno manipulował, by stworzyć wrażenie, że dostarcza nam to, czego oczekiwaliśmy.

Jesienią 2013 r. nie tylko Cox był umiarkowanym optymista?. Wyjazd Tymoszenko do kliniki Charite Universitatsmedizin Berlin na leczenie schorowanego kręgosłupa miał być dla Janukowycza wyjściem z twarzą z zamieszania wokół ekspremier, które sam wywołał. Stało się inaczej.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, każdy jest realistą i znawcą gry Janukowycza z Zachodem. Wszyscy są analitykami, którzy przejrzeli chytry plan prezydenta: jak najdłużej przeciągać rozmowy z Brukselą, by jak najwięcej wyrwać od Rosji. Wczesną jesienią 2013 r. niewielu jednak formułowało taki pogląd. Częściej mówiono Coxem. Unijny stały przedstawiciel w Kijowie Jan Tombiński jeszcze na dwa tygodnie przed szczytem w Wilnie wydawał dyspozycje w sprawie organizacji imprezy z okazji spodziewanego podpisania umowy.


Kwaśniewski wcześniej niż Tombiński zrozumiał, że jest tylko pionkiem w oszukańczej grze Janukowycza. Wspomina ważna postać ówczesnej ukraińskiej opozycji: – Podczas jednej z ostatnich wizyt w Kijowie w pewnym momencie wzburzony powiedział regionałom, żeby przestali nim manipulować: „Cox może tego nie rozumieć, ale ja jestem Słowianinem i was przejrzałem”.

Był 19 listopada. Ukraina, mimo zwycięstwa 2:0 nad Francją w pierwszym meczu baraży o wejście do finału piłkarskich mistrzostw świata, tym razem przegrywa 0:3 i odpada z gry. Z trybun Stade de France w podparyskim Saint-Denis spotkanie ogląda m.in. prozachodni oligarcha Wiktor Pinczuk. W pewnej chwili dzwoni zaprzyjaźniony z nim Kwaśniewski. On już̇ wie, że gra skończona nie tylko w sprawie Mundialu w Brazylii, ale i umowy z Unią. Jest roztrzęsiony. Nie mówi o Janukowyczu inaczej niż̇ per „notoryczny kłamca”.

To właśnie szefowie europarlamentarnej misji do spraw Tymoszenko jako pierwsi dowiedzieli się̨ oficjalnie, że umowa nie zostanie podpisana. Był 21 listopada 2013 r., osiem dni przed startem szczytu Partnerstwa Wschodniego. Dzień po tym, jak szef MSZ Łeonid Kożara zapewniał, że zawarcie porozumienia nigdy nie zostanie odłożone. Opowiada Cox: – Janukowycz zdecydował, by wcisnąć – jak to określił – przycisk pauzy (...).

Najciekawsze jednak dopiero się̨ zaczynało. Deklaracja Kijowa nie była ostateczna. Targ trwał dalej. Jego przebieg zrelacjonował nam wysokiej rangi dyplomata unijny:  – Komisarz ds. roszerzenia UE Stefan Fuele, pilotujący rozmowy z Kijowem, był naprawdę̨ wkurwiony. Nerwowo się̨ śmiał. Przekonywał, że to blef, a Janukowycz w ten sposób żąda jedynie pieniędzy na złagodzenie skutków presji ze strony Rosji. Teraz to on jednak rozdawał karty. Sprawa Tymoszenko zeszła na daleki plan. Füle obiecał, że znajdzie dla niego pieniądze. Ostateczną propozycję miał przedstawić 22 listopada. Wówczas Ukraina miała zamrożone 100 mln euro pomocy przeznaczonej na zmniejszenie energochłonności gospodarki, która jest jedną z największych jej bolą̨czek. Mówię „zamrożone”, bo w 2011 r. bliski współpracownik Jaunkowycza Andrij Klujew ukradł 30 mln unijnych euro na potrzeby swoich elektrowni słonecznych. Pomoc UE miała iść na podwyż̇szenie efektywności energetycznej, a on za tę unijną kasę bezczelnie podłączył własne siłownie do sieci ogólnokrajowej.

Nasz rozmówca miał na myśli głośną historię z elektrowniami na Krymie i w obwodzie odeskim, która na początku 2012 r. skończyła się ukaraniem Ukrainy. Poza obcięciem pieniędzy Komisja Europejska zażądała też uchwalenia ustawy o konflikcie interesów, która zapobiegałaby podobnym sytuacjom w przyszłości.

 – Ustawy oczywiście nie było. Niby przedstawiono nam jakieś założenia, ale wyglądały po prostu niedorzecznie. Fülemu tak zależało na sukcesie, że sami w przedstawicielstwie dyplomatycznym UE w Kijowie musieliśmy poprawiać projekt ukraińskiej ustawy. W końcu 26 listopada, tuż przed szczytem, decyzją Fülego odmrożono 88 mln euro. Na zachętę – opowiada dyplomata.

Janukowycz w rozmowach z Zachodem żądał jednak miliardów, a nie milionów. Mimo że podjął już ostateczną decyzję, by umowy nie podpisywać, o czym 27 listopada poinformował wąskie grono znajomych oligarchów na przyjęciu urodzinowym prezesa Dynama Kijów Ihora Surkisa.

 

Czeski komisarz przyjechał do Wilna z nożem na gardle. Powtarzał prezydentowi, żeby nie mylił Unii z Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

28 listopada Füle odwołał zaplanowany briefing, a zamiast tego negocjował z kuratorem Simji (klanu oligarchicznego Janukowycza – red.) Serhijem Arbuzowem. Wicepremier wszedł na salę obrad w towarzystwie ochroniarza, który usiadł na miejscu ministra energetyki Eduarda Stawyckiego. Ten ostatni musiał przyglądać się dyskusji z głębi sali. Arbuzow tymczasem przekonywał, że dysponuje wszelkimi pełnomocnictwami od prezydenta. Że może podpisać dowolny dokument przejściowy, by wszyscy wyszli z twarzą̨ z całej awantury. Byleby w zamian dostał kosmiczną kwotę̨ 166 mld euro pomocy.

W kuluarach szczytu zapytaliśmy o to Radosława Sikorskiego. – Program Partnerstwa Wschodniego pozostaje ofertą bliższego związku z Europą. Różne kraje w różny sposób odpowiadają na tę ofertę. Azerowie mają swoje podejście, Białorusini swoje. Jak się właśnie dowiedzieliśmy, własne, najbardziej merkantylne podejście ma też Ukraina. Według mnie to droga na manowce – odpowiedział minister.

Tymczasem Arbuzow w rozmowach z ukraińskimi dziennikarzami do końca wyrażał stuprocentową pewność, że jakiś dokument jednak zostanie podpisany. (...)

Przyleciałem do Wilna w czwartek rano. Od razu spotkałem się̨ z Arbuzowem. To wówczas powstał pomysł, żeby stworzyć prezydentowi warunki do podpisania umowy. Przyjęliśmy jednostronicowy dokument mówiący o naszej gotowości do dyskusji o trudnościach, z którymi styka się Ukraina. Dokument miał umożliwić Janukowyczowi stwierdzenie: „Złożyłem podpis, bo dostałem dodatkowe gwarancje”. Nie planowaliśmy go, ale w toku dyskusji z Arbuzowem stwierdziliśmy, że dobrze by było, gdyby ten papier powstał – wspomina Füle.

Dotarliśmy do dokumentu, o którym mowa. Przewidziano w nim utworzenie specjalnej grupy roboczej (GR), która miałaby pracować nad trzema zadaniami. Po pierwsze, stworzeniem kalendarza implementacji AA/DCFTA (umowy stowarzyszeniowej i porozumienia o pogłębionej strefie wolnego handlu). Po drugie, pomocą Kijowowi w sfinalizowaniu umowy z MFW, także poprzez rozważenie dodatkowego unijnego wsparcia finansowego. I po trzecie, stworzeniem stałego mechanizmu konsultacyjnego, w ramach którego miano na bieżąco rozwiązywać wszelkie problemy, które Ukraina mogłaby napotkać. Dokument napisano lakonicznym językiem, jest pełen skrótów, nie ma tytułu. Widać, że pracowano nad nim w pośpiechu. „GR nie doprowadzi do instytucjonalizacji rozmów trójstronnych Ukraina – Federacja Rosyjska – UE. Celem tego dokumentu nie jest przygotowanie jakichkolwiek zmian do AA / DCFTA, ale raczej umożliwienie jego implementacji” – czytamy w podsumowaniu trzystu czterdziestu trzech słów tworzących dokument.

Przed obiadem, koło szesnastej, spotkaliśmy się w gronie: szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy, prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė, szef Komisj Europejskiej Jose Barroso i ja. Zaprezentowałem ten dokument. Całe spotkanie, które miało być poświęcone przygotowaniom do szczytu, poświęciliśmy na jego przedyskutowanie – opowiada Füle.

Najbardziej kuriozalny zwrot akcji był jednak dopiero przed nami. 28 listopada wieczorem do Wilna przyleciał sam Wiktor Janukowycz. Kontynuuje jeden z dyplomatów:  – Podczas uroczystej kolacji, w obecności wszystkich unijnych przywódców, Janukowycz oświadczył, że – ni mniej, ni więcej – żadnych pełnomocnictw Arbuzowowi nie dawał. (...)

Na stole pozostały jedynie trzy warunki: zmiana ustawy o prokuraturze, zwolnienie Tymoszenko i reforma ordynacji wyborczej. 28 listopada i one przestały być aktualne – mówi anonimowy dyplomata. Bruksela miałaby wyjaśnienie: warunki dotyczyły osiągnięcia postępu na drodze do konkretnych zmian, a postęp to przecież kategoria umowna.

Štefan Füle: – Komisja nigdy nie postawiła wprost wymogu wypuszczenia Julii Tymoszenko. Był punkt dotyczący osiągnięć w radzeniu sobie z wybiórczą sprawiedliwością i zapobieganiu jej nowym przejawom.

Czy to nie to samo? – pytamy.

I tak, i nie. Wiecie z rozmów z Coxem i Kwaśniewskim, że oni byli skoncentrowani na humanitarnej stronie całej sprawy. Nie precyzowali, w jaki sposób powinna być ona załatwiona. Na ten punkt strona ukraińska częściowo zresztą odpowiedziała, wypuszczając współpracowników Tymoszenko. Było też pierwsze czytanie projektu reformy Prokuratury Generalnej – wskazuje Füle.

Wymienione czynniki miały posłużyć jako usprawiedliwienie, dlaczego umowa jest podpisana, choć Tymoszenko dalej siedzi. Füle w Wilnie miał już tylko jedną prośbę: „Podpisz w końcu tę umowę”. Janukowycza przekonywała kanclerz Angela Merkel, Herman Van Rompuy, gospodyni szczytu Dalia Grybauskaitė. Po raz pierwszy w historii tak wielu europejskim politykom naprawdę zależało na zbliżeniu z Ukrainą.

Zapytaliśmy w polskim MSZ, kiedy właściwie w Warszawie stało się jasne, że Janukowycz nie podpisze umowy. Rozmawialiśmy z rzecznikiem Radosława Sikorskiego Marcinem Wojciechowskim. Wojciechowski od lat siedział w sprawach wschodnich. Najpierw był moskiewskim korespondentem „Gazety Wyborczej”. Później relacjonował pomarańczową rewolucję z Kijowa dla tego samego tytułu. Jest autorem książki „Pomarańczowy Majdan”. Jego rola w kwestii Ukrainy wykraczała daleko poza rzecznikowanie Sikorskiemu.

– Nieoficjalne sygnały o wycofywaniu się Janukowycza mieliśmy już we wrześniu. Po wprowadzeniu bojkotu handlowego ukraińskich towarów przez Rosję.

– Dlaczego do końca szli w zaparte?

– Bardzo sprytnie rozgrywali w tej kwestii sprawę Tymoszenko. Starali się pokazać, że to nie oni dążą do storpedowania umowy, tylko Zachód ze względu na Tymoszenko. W pewnym momencie tego argumentu zabrakło, a Janukowycz znalazł się w trudnej sytuacji. Spadła zasłona, za którą mogli się schować. Na finale Ukraińcy wysunęli żądania finansowe.

– Dlaczego Füle grał do końca?

– Krótko przed Wilnem odbył wizytę w Kijowie. Z e-maili od niego wynikało, że wiedział, co się święci. Ukraińcy nie powiedzieli Fülemu wprost: „Nie podpiszemy”. Ale on tak interpretował sytuację. E-mail od niego do nas kończył się następująco: „Nie dostałem jasnych deklaracji w sprawie niepodpisania, ale uważam, że proces idzie w stronę niepodpisania”. Mimo to każdy liczył do ostatniej chwili, że sytuacja się zmieni. My do Wilna jechaliśmy bez złudzeń. Ale też z nadzieją, że może jakoś się to odwróci.

– W czasie rozmów o umowie był ktoś w administracji Janukowycza, komu ufaliście? Czy był ktoś, na kogo warto było stawiać?

– Sikorski nie miał złudzeń co do tych ludzi. On miał bardzo dobre rozpoznanie. Nikomu nie można było ufać. Zresztą decyzję podejmowała jedna osoba –  prezydent. Wszyscy na poziomie zapewnień i dialogu byli w porządku. Tylko że niewiele z tego wynikało. Na przykład Serhij Lowoczkin (były szef administracji Janukowycza) kreował się na Europejczyka. Przedstawiał się jako zwolennik modernizacji państwa. W tym czasie prowadził już̇ najpewniej swoją grę przeciw Janukowyczowi. Andrij Klujew (sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy) swoją. Inni oligarchowie swoją.

– Po co zatem w ogóle Sikorski rozmawiał z Janukowyczem? Człowiekiem o zerowej wiarygodności?

– Bo wierzył, że da się go racjonalnie przekonać, że ta umowa z UE mu się opłaci. Nie łudził się, że Janukowycz jest oświeconym Europejczykiem. Moim zdaniem Sikorski był najmniej zdziwiony tym, co się stało na szczycie w litewskiej stolicy. (...)

 

Wilno nie było ani pierwszym, ani ostatnim oszustwem Janukowycza. (...) Także amerykańskie depesze dyplomatyczne, ujawnione na portalu WikiLeaks, są pełne opowieści o mniej lub bardziej znaczących kłamstwach.

Mówił o nich również Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent nie nazywał tego jednak drobnym cwaniactwem. Jego zdaniem Janukowycz był genetycznym kłamcą:  – On jest zamożnym człowiekiem i chciał tę swoją zamożność jakoś wytłumaczyć. W jednej z opowieści przekonywał, że był kierowcą doświadczalnym BMW, spędził ileś lat w Monachium. Stwierdziłem, że skoro był w Niemczech, to na pewno świetnie zna niemiecki. Janukowycz natychmiast zmienił temat. Kolejna historia była jeszcze bardziej absurdalna. Przekonywał mnie i Coxa, że on te swoje miliardy zarobił, grając w pokera w czasach, gdy upadał ZSRR. Innym razem opowiadał, że nurkuje w wodach Morza Czarnego na Krymie. Raz mówił, że robi pięć kilometrów, innym razem, że piętnaście, jeszcze innym, że dwadzieścia kilometrów pod wodą. Mówił, że pływa za pomocą specjalnej rakiety i tak szlifuje formę. Zapewniał, że nurkowanie odchudza. Okraszał to opowieścią, że we wzmacnianiu formy erotycznej ogromną rolę odgrywa sauna i jedzenie orzechów, choć podbojami w tej sferze się nie chwalił. Lubił za to podkreślać własną tężyznę fizyczną. Tyle że jego historie nie trzymały się kupy. Aby dobrze kłamać, trzeba mieć dobrą pamięć. Janukowycz jej nie miał.

On się w ten sposób stara przypodobać ludziom. Opowiada jakieś historie z życia, o tym, jak był sierotą, jakie miał ciężkie dzieciństwo. Potem trudno go krytykować. Bo on przed tobą duszę otwiera, jakoś tak niekulturalnie potem nazywać go bandytą – mówi związany z ekipą eksprezydenta Wiktora Juszczenki Ołeh Rybaczuk.

I tylko prezydencki hagiograf Wołodymyr Czerednyczenko odwrotnie przedstawiał stosunek Janukowycza do kłamstwa. W jednym z dialogów Janukowycz zwraca się do swojego poprzednika na stanowisku prezydenta:

– Są dwie proste zasady...

– Jakie zasady? – zapytał z zaciekawieniem Wiktor Juszczenko.

– Nie obiecywać niemożliwego i nie kłamać. Ja, Wiktorze Andrijowyczu, też się̨ ich trzymam...

Ukraińscy politycy dość powszechnie zdawali sobie sprawę, że w przypadku Janukowycza jest wręcz przeciwnie. W 2007 r. podczas spotkania Julii Tymoszenko z zastępcą asystenta amerykańskiego sekretarza stanu Davidem Kramerem ówczesna liderka BJuT ostrzegła Amerykanów – co dyplomaci skrupulatnie przekazali Waszyngtonowi – że „słowa i czyny Janukowycza nie zawsze idą w parze”. Wiceszef Rady Najwyższej Rusłan Koszułynski w rozmowie z nami porównał zaś Janukowycza do napiorstnika. Napiorstnik to drobny oszust z bazaru, który proponuje klientom grę w trzy kubki. Najpierw pozwala im wygrać drobne kwoty, by potem z nawiązką nadrobić stracone pieniądze.

Drobne krętactwa negocjacyjne i tak zresztą miały być przykrywką do znacznie większego kłamstwa. Mówi akredytowany w Kijowie dyplomata z jednego z państw środkowoeuropejskich: – Nawet gdyby Janukowycz podpisał tę umowę, Ukraina i tak nie wypełniałaby jej zapisów. Założenie, że lider regionałów jest wielkim eurointegratorem, od początku było mitem. To byłoby wbrew całemu systemowi. Janukowycz tworzył prawo, którego nie miał zamiaru wykonywać. Wszystko było na pięćdziesiąt procent. Demokratyzacja na Ukrainie była fasadowa. W rzeczywistości po cichu powstawała pionowa struktura władzy, wertykal na wzór Putinowskiej Rosji.  

Książka "Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę" Zbigniewa Parafianowicza i Michała Potockiego ukaże się 22 kwietnia nakładem Wydawnictwa Czarne.