Francois Hollande nigdy nie miał politycznego farta. Ot, niezły partyjny kadrowiec, który znalazł się na czele Partii Socjalistycznej tylko dlatego, że z jej szeregów nie dało się wyłonić charyzmatycznego lidera, który pociągnąłby ugrupowanie. Trudno się dziwić, że francuski prezydent już w ciągu kilku pierwszych miesięcy w Pałacu Elizejskim dorobił się opinii najgorszego przywódcy w powojennej historii Francji. Ale niskie notowania nie były jeszcze najgorsze. Bolesne były epitety: Pan Budyń (ewentualnie - Pudding), pingwin, nudziarz, najgorszy polityk świata. Nie było gafy, której by mu nie wytknięto. Uwadze krytyków nie uszło nawet to, że wymykając się z Pałacu Elizejskiego do kochanki, pomykał na skuterze wyprodukowanym poza Francją...

Nic zatem dziwnego, że sztabowcy Hollande’a, przemyśliwując zawczasu o zaplanowanych na wiosnę 2017 roku wyborach prezydenckich, próbowali z elektoratem najróżniejszych sztuczek. Żadna nie wyszła. Jako lider polityczny rezydent Pałacu Elizejskiego nie wystąpił z żadną przełomową inicjatywą, jego gospodarcze pomysły - jak megapodatki dla bogatych czy balansowanie na granicy potępienia polityki oszczędności i cięć w stylu forsowanym przez Berlin - spaliły na panewce. Spin doktorzy postawili więc na budowanie wizerunku twardziela.

Interwencja po taniości

Grunt przygotowało poparcie Sarkozy’ego dla obalenia Muamara Kaddafiego w Libii w 2011 roku. Paryż opowiedział się wówczas za nalotami na pozycje armii dyktatora, błyskawicznie uznał nowe władze libijskie, forsował w ONZ rezolucję wzywającą do ustanowienia strefy zakazu lotów nad libijskim terytorium. Ale - choć w antyreżimowej koalicji Francuzi odgrywali wraz z Brytyjczykami rolę motoru - to ich udział w kampanii przeciw Kadafiemu był rozmyty wśród innych "chętnych".

Hollande zagrał mocniej. - Jesteśmy gotowi ukarać Asada. Chemiczna masakra Damaszku nie powinna i nie może pozostać bezkarna - grzmiał prezydent przeszło dwa lata temu. Paryż wezwał wówczas do interwencji w Syrii.

Jednak woli do ataku zabrakło przede wszystkim poza Francją. "Czerwona linia", jaką wyznaczał syryjskiemu reżimowi w Damaszku Biały Dom, okazała się wyłącznie zabiegiem retorycznym. Chętnych do ataku w USA nie było, ale i nad Sekwaną entuzjazm był śladowy. - Ta operacja jest znacznie mniej potrzebna Francji niż Hollande’owi - kwitował kąśliwie publicysta ds. wojskowości z sympatyzującego z prawicą tygodnika "Le Point", Jean Guisnel. - Ot, mamy prezydenta, którego oskarża się o miękkość i obietnice, z których się nie wywiązuje. Poza tym, takie deklaracje niewiele go kosztują. Nie chodzi przecież o operację na lądzie - dodawał.

Niezrażony tym Pałac Elizejski półtora roku później dostrzegł okazję udowodnienia, że ma ciężką rękę. Francuski kontyngent w Republice Środkowoafrykańskiej był raczej standardową operacją pilnowania własnych interesów. Ale gdy w 2012 roku luźno powiązani z terrorystyczną międzynarodówką rebelianci wszczęli na północy Mali wojnę, zmierzającą do oderwania północnej części kraju i stworzenia tam swoistego quasi-kalifatu, Paryż wysłał tam zarówno lotnictwo, jak i piechotę. Operacja Serval okazała się w dużej mierze sukcesem: z piątki liderów rebelii trzech zginęło, jeden uciekł do ojczystej Algierii, ostatni gdzieś przepadł. Władze Mali odzyskały o tyle, o ile kontrolę nad swoim terytorium i dziś kraj powoli odżywa.

Mimo to francuskie interwencje nie budziły zachwytu wśród ekspertów. - Hollande i Obama mają ten sam problem: łatwo wyskakują z wielkimi pomysłami, ale nie idą za tym budżety na takie operacje - wytykał Robbin Laird, amerykański konsultant ds. wojskowości. - Gdzie jest gotówka na to wszystko? Oba państwa tną budżety wojskowe na potęgę - kwitował. Cóż, może dlatego oba państwa zdecydowały się wyłącznie na naloty na cele Państwa Islamskiego (Francja przyłączyła się do Amerykanów we wrześniu)?

Jednak Francuzi chcieliby powołać do życia specjalny fundusz na interwencje wojskowe na całym globie. - Gdyby Francji tam nie było, żadna inna armia w Afryce nie byłaby w stanie podjąć operacji, zmierzającej do ratowania życia i zaprowadzenia pokoju - podsumowywał afrykańskie ekspedycje francuskich sił zbrojnych Hollande. Na europejskich salonach przyjęto jednak ten pomysł chłodno. - Będziemy musieli o tym porozmawiać - ucięła Angela Merkel. Projekt przemilczano.

Pajęczyna resentymentów

Mało tego, Paryż traktuje nowe interwencje jako narzędzie odbudowy swojej - tradycyjnie potężnej, ale od lat słabnącej - pozycji na Czarnym Lądzie. Tyle że tu żarty się kończą: udział w operacji w Afganistanie, a nawet apele o interwencję w Syrii nie miały nad Sekwaną aż tak wielkiego znaczenia. Tradycyjnym terytorium wpływów francuskich w świecie muzułmańskim był Maghreb: od Maroka po Tunezję. Stamtąd też pochodzi olbrzymia większość żyjących we Francji muzułmanów. Dlatego też awantury pod Hindukuszem czy w Syrii były im dosyć obojętne. Ale już Libia, Algieria, czy pas Sahelu - to co innego.

Co gorsza, w ślad za operacjami zamorskimi nie poszła najwyraźniej mobilizacja służb bezpieczeństwa w samej Francji. Jeżeli jeszcze po fali ataków algierskich Zbrojnych Grup Islamskich w latach 90. służby kontrolowały środowiska radykałów, to dekada spokoju po atakach na WTC sprawiła najwyraźniej, że przegapiły narodziny nowej generacji fanatyków: w olbrzymiej mierze "samotnych wilków", jak Mohammed Merah, który ponad trzy lata temu przez jedenaście dni szalał po Tuluzie. W 2013 i 2014 roku Francuzów atakowało też przynajmniej czterech osobników, w tym dwóch nożowników i dwóch kierowców taranujących przechodniów prowadzonymi przez siebie autami. W tym roku liczba takich incydentów będzie zapewne dwa razy wyższa.

Ich sprawcy to wciąż margines, ale resentymenty wśród francuskich muzułmanów są powszechne. - Francja była zaangażowana w świecie muzułmańskim znacznie dłużej niż jakikolwiek inny zachodni kraj. Po 1830 roku, kiedy podbiła Algierię, traktuje muzułmańską Afrykę jako własne podwórko. A po I wojnie światowej przejęła kontrolę nad częścią Syrii, w tym dzisiejszym Libanem - wylicza amerykański antropolog, prof. John R. Bowen. Na rachunek krzywd składa się zarówno podporządkowywanie sobie podbitych ziem siłą, a potem zdrada wobec tych Arabów, którzy stanęli po stronie Francuzów. Zdrada czasem dosłowna: wycofując się z Algierii po wojnie z lokalnym ruchem narodowowyzwoleńczym, Francuzi zostawiali swoich lokalnych sprzymierzeńców, harkis, na pastwę zwycięzców - a ci się nad harkis pastwili. Zresztą nawet ci, którym udało się uciec z Algierii, mieli pod górkę. Zaludnili blokowiska na przedmieściach, by po kilku dekadach żyć w warunkach takich, jakie sportretował dwie dekady temu Matthieu Kassovitz w głośnym filmie "Nienawiść" (w którym zresztą młodzi, sfrustrowani mężczyźni dalecy są od religijnego uniesienia).

Historia to nie jedyny powód resentymentów. Gdy w pierwszej dekadzie XXI wieku w Europie rozgorzała dyskusja o chustach, jakimi okrywają się muzułmanki, we Francji miała ona szczególnie burzliwy przebieg - nad Sekwaną takie symbole ruguje się z przestrzeni publicznej wyjątkowo gorliwie. Do tego można dołożyć swoiście kąśliwe podejście Francuzów do religii, nie tylko islamu - słynne laicite, którego skrajnym (ale nie aż tak bardzo) przykładem był magazyn "Charlie Hebdo".

John R. Bowen chętnie dorzuca też do tej listy sukcesy Frontu Narodowego w ostatnich latach. Choć liderzy Frontu, z Marine Le Pen na czele, odcinają się od rasizmu czy ksenofobii, i chętnie witają w swoich szeregach muzułmanów (którzy z kolei sympatyzują z Frontem, próbując odcinać się w ten sposób od radykałów), to na poziomie lokalnych działaczy antymuzułmańskie tyrady są dosyć łatwą metodą budowania popularności. Nie ma wątpliwości, że listopadowe ataki w Paryżu tylko wzmocnią wzajemną niechęć i nieufność. Ale może przynajmniej zmobilizują do działania francuskie służby bezpieczeństwa tak, jak zamachy w Londynie zmobilizowały Brytyjczyków.