Kandydat Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckie w USA Donald Trump oświadczył, że jeśli Rosja zaatakowałaby państwa bałtyckie, rozważyłby pomoc dopiero po rozpatrzeniu, czy wypełniają one zobowiązania wobec USA.

Publicysta "Die Welt" Alan Posener przypomina w odpowiedzi, że w ramach zobowiązania do kolektywnej obrony w siłach międzynarodowych pod dowództwem NATO w Afganistanie uczestniczą żołnierze z krajów bałtyckich, a Estonia jest jednym z zaledwie pięciu państw NATO, które przeznaczają 2 proc. PKB na obronność (pozostałe to Grecja, Wielka Brytania, Polska i USA).

Komentator podkreśla jednak, że kraje te muszą poradzić sobie z problemem rosyjskojęzycznych mniejszości - "imigrantów z byłego ZSRR, głównie etnicznych Rosjan, ale też Białorusinów, Ukraińców, Kazachów i innych, którzy stanowią co najmniej 30 proc. ludności Łotwy, 27 proc. ludności Estonii i 7 proc. ludności Litwy".

Rosja wielokrotnie próbowała już wykorzystywać tę grupę społeczną i związane z nimi złożone kwestie polityki językowej i obywatelstwa, by destabilizować Łotwę i Estonię - podkreśla Posener.

Większość Rosjan osiedliła się w krajach bałtyckich w ramach polityki rusyfikacji, prowadzonej przez okupacyjne mocarstwo ZSRR i dlatego w myśl prawa międzynarodowego po rozpadzie Związku Radzieckiego nie otrzymali oni automatycznie prawa do obywatelstwa w nowej, niepodległej ojczyźnie; wszystkie trzy kraje bałtyckie wymagają od przedstawicieli tych mniejszości złożenia wniosku o przyznanie obywatelstwa i udowodnienia podstawowej znajomości miejscowego języka - przypomina publicysta.

"Resentyment wywołany tym nierównym traktowaniem, nostalgia za czasami ZSRR, gdy (rosyjskojęzyczna mniejszość) była grupą uprzywilejowaną, oraz swego rodzaju pogarda dla "kultury rolniczej" Estończyków, Łotyszy i Litwinów czynią z integracji zadanie niezwykle trudne. Mimo to tylko kilka tysięcy (przedstawicieli tej mniejszości) skorzystało z oferty powrotu do Rosji, przedstawionej (przed kilkoma laty) przez ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa" - podkreśla komentator "Die Welt".

W krajach bałtyckich Rosja jest różnie postrzegana przez większość i rosyjskojęzyczną mniejszość; ta pierwsza uważa Rosję za zagrożenie, druga zaś za "wiarygodnego partnera" - pisze Posener. "W obliczu tych różnic - podsycanych jeszcze przez fakt, że Rosjanie często pracują w przestarzałych, nieekologicznych gałęziach przemysłu, którym zagraża globalizacja, unijne przepisy o ochronie środowiska i silne euro - zadziwia relatywna bezkonfliktowość i lojalność rosyjskiej mniejszości (wobec państw bałtyckich - PAP)" - podkreśla publicysta.

Zdaniem Posenera jest to w pewnej mierze spowodowane faktem, że przedstawiciele tej mniejszości chętnie emigrowali do Wielkiej Brytanii; "ambitni młodzi Rosjanie, chętniej uczący się angielskiego niż (...) estońskiego", wyjeżdżali do Londynu jako obywatele UE, by "żyć, studiować i pracować" - przypomina.

Komentator "Die Welt" zaznacza, że oprócz tego kraje bałtyckie "podjęły ogromny wysiłek, aby wyjść naprzeciw mniejszości rosyjskiej, nie rezygnując przy tym z postulatu, by w każdym z tych państw obowiązywał tylko jeden język urzędowy". Jako przykład podana jest Estonia, gdzie rosyjskojęzyczni rodzice mogą wybierać między czterema typami szkół, dostosowanymi do poziomu znajomości języka estońskiego u ich dziecka.

"Rosnąca liczba młodych Rosjan składających wnioski o przyznanie obywatelstwa dowodzi, że podobne wysiłki (...) zaczynają przynosić efekty" - podkreśla Posener.

To są wysiłki i koszty, których Trump nie bierze pod uwagę w swych rozliczeniach, tymczasem obronność, to coś więcej niż żołnierze, samoloty, dolary i euro. Kraje bałtyckie - entuzjastyczni członkowie NATO, UE, strefy euro i strefy Schengen - dowodzą tego każdego dnia i zasługują na wsparcie Zachodu bez żadnego "ale" - konkluduje "Die Welt".