Przebieg kampanii wyborczej, pełnej pomówień, insynuacji, brutalnych komentarzy, może świadczyć albo o tym, że kraj popadł w zbiorową "prostacką, surową nienawiść", albo o "rosnącej sile Facebooka, Twittera i innych mediów społecznościowych" - komentuje waszyngtoński dziennik.

Te nowe media sprawiły, że wyjątkowo złośliwe, agresywne komentarze, które dawniej wypowiadaliśmy tylko wśród najbliższych, przekazywane są całemu światu. A taka pozbawiona zasad, nieetyczna narracja sprzyjała obozowi Trumpa, zaś jego demagogia i styl dobrze wpasowały się w taką właśnie kampanię - pisze "WP".

Niektórzy komentatorzy uważają, że ten styl walki wyborczej jest odzwierciedleniem trendów przeoczonych przez klasyczne media, ale od dawna widocznych w internecie. "Strach, gniew, mizoginia i ksenofobia nie zmieniły się, one istniały zawsze (...), ale to, co się zmieniło, to fakt, że teraz mamy 30 różnych sposobów na wyrażanie tego gniewu i dzielenie się nim z ludźmi, których wcześniej nie widzieliśmy na oczy" - mówi publicysta i komentator radiowy Chip Franklin.

I w tak zmienionym krajobrazie medialnym pojawił się Trump, "który skłonny był powiedzieć wszystko, co ludzie chcieli od niego usłyszeć" - dodaje Franklin.

Poziom agresji i złośliwości w tym sezonie wyborczym przypomina Amerykę sprzed wieku; później nastały trzy główne sieci telewizyjne, które "nadały pewien ton debacie politycznej" - przypomina "WP".

Teraz największa rewolucja polityczna "odbywa się na niezliczonych, bardzo małych scenach", co niestety poskutkowało w czasie kampanii tym, że była ona "kawalkadą inwektyw, gróźb, i niepotwierdzonych tez" - konkluduje dziennik.

"Wybory prezydenckie są odbiciem nastroju i kultury narodu (...). Co w takim razie odzwierciedla wybór Trumpa?" - dziennik nie daje odpowiedzi na to pytanie, ale zwraca uwagę, że jest to wybór dokonany w kraju, w którym "ludzie coraz bardziej nie chcą mieszkać obok, utrzymywać kontaktów, a nawet słuchać tych, którzy mają przeciwne poglądy polityczne".