Biorąc to wszystko pod uwagę, warto zastanowić się nad tym, jakiej jakości są dostępne nam narzędzia do badania społeczeństw i analizowania polityki. Czy możemy nadal im ufać, czy raczej jesteśmy zdani na socjologię zdroworozsądkową? W dwóch ustabilizowanych anglosaskich demokracjach – Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych – zawiodły sondaże, przewidywania mediów i bukmacherów, wreszcie analizy ekspertów z dziedziny nauk społecznych. Najpierw niespodzianką okazały się wybory parlamentarne na Wyspach, w których wbrew badaniom torysi zdobyli samodzielną większość. Potem niespodzianka brexitowa. Niedługo po niej w USA zwyciężył kandydat, któremu nie dawano szans na sukces.

Rozjazd między sondażami a rzeczywistością można zrozumieć w Mołdawii, która prezydenta wybierała w niedzielę. Ale nie w USA i Wielkiej Brytanii. Mołdawia nie ma najlepszych na świecie uniwersytetów, sondażowni i zamożnych redakcji. Oligarchowie zamawiają tam badania, które mają potwierdzić ich tezy na temat faworytów. Potem są one lansowane na łamach sprzyjającej im prasy. Anglosaskie demokracje są pluralistyczne. Dziennikarze są wolni w wygłaszaniu swoich opinii. Media nie oszczędzają na sondażach, a gdyby nawet tak było, kiepska jakość dawałaby niespójne rezultaty. Tymczasem z 16 ostatnich sondaży różnych ośrodków żaden nie przewidział sukcesu Trumpa. Na tej podstawie „New York Times” do ostatniej chwili dawał jego rywalce 80 proc. szans na zwycięstwo.

Przestrzelenia w przewidywaniach nie da się wytłumaczyć jedynie tym, że ze wstydu ludzie odpowiadają nieszczerze. W Stanach Zjednoczonych ani Wielkiej Brytanii nikt nie karze za poglądy. Zresztą deklarowanie radykalnych haseł i sprzyjanie antyestablishmentowym nurtom jest ostatnio wręcz w modzie. Niemniej zawsze wówczas, gdy mamy do czynienia z pełzającą antyestablishmentową rebelią, sondażownie ponoszą klęskę za klęską. A przecież profesjonalni socjolodzy potrafią (potrafili?) uwzględniać w badaniach także czynnik nieprawdziwych deklaracji i odpowiednio kalibrować dostępne narzędzia. Dlaczego zatem straciliśmy zdolność do rozpoznawania trendów społecznych i politycznych? A może lepiej zapytać inaczej: czy właściwie kiedykolwiek mieliśmy taką zdolność?