Wiesz, że Aleksander Dumas był mieszańcem? – Mohammed, na oko trzydziestolatek, przeciąga ręką po policzku, żeby zwrócić uwagę na swoją śniadą skórę. – Tak, jego dziadek ożenił się z czarną kobietą. O, w tym domu obok się urodził. Ale turyści jakoś do nas nie walą drzwiami i oknami. A może to i dobrze? Cisza, spokój.

Jest sobota, wczesne popołudnie. Siedzimy w bistrze koło stacji kolejowej w Villers-Cotterets, sennej mieścinie położonej w Pikardii około 80 km na północny-wschód od Paryża. Choć pierwsza tura wyborów już jutro, polityka jakoś nie rozpala namiętności wśród bywalców miejsca. Co innego sport. A zwłaszcza futbol i gonitwy wyścigów konnych, które można oglądać na ekranie nad barem. Mohammed i jego kumpel, skośnooki Pierre, na żywo komentują wydarzenia sportowe.

– A, chcesz wiedzieć, na kogo będę głosował? Jeszcze nie wiem – odpowiada Mohammed, z długą brodą i w sportowej czapce z daszkiem. Całe życie spędził w Villers-Cotterets. Ma francuskie obywatelstwo, choć jego rodzice pochodzą z Maroka. – Jutro zdecyduję. Mam dwóch faworytów, pokażę ci – przysuwa smartfona w moją stronę. Na jednym ze zdjęć widać byłego ministra Emmanuela Macrona, na drugim – nie inaczej – szefową nacjonalistycznego Frontu Narodowego Marine Le Pen.

Muzułmanin i syn arabskich przybyszów chce głosować na liderkę partii, która słynie z antyislamskich i antyimigranckich wypowiedzi. Jak to możliwe?

– Marine była w naszym mieście w czasie kampanii, nawet piłem z nią wino na mityngu. Normalna kobieta, bezpośrednia, z każdym gada. A w naszym mieście wybraliśmy mera z Frontu Narodowego już trzy lata temu i nic się nie stało. Nie, Francja nie jest rasistowska. A Marine nie ma się co bać, jeśli masz francuskie obywatelstwo – wzrusza ramionami, popijając piwo z syropem grejpfrutowym.