Prezydent Władimir Putin twierdzi, że aktywność rosyjskich hakerów podczas wyborów w USA nie była akcją, zaplanowaną na Kremlu i realizowaną przez tajne służby. Jak wyjaśnił, hakerzy są jak artyści, którzy rano się budzą i decydują, kogo zaatakują - pisze "New York Times". Dlatego nie byłoby nic dziwnego w tym, że osoby o patriotycznych poglądach mogły się zdecydować na uderzenie w tych, którzy krytykują Rosję. Oczywiście - jak zapewnił Putin - działania hakerów nie miały żadnego wpływu na wyniki wyborów w USA, Holandii czy we Francji.

Zdaniem dziennikarzy "NYT", to podobna linia obrony, jak podczas sytuacji w Syrii i na Ukrainie. Gdy pojawiły się oskarżenia, że rosyjscy żołnierze walczą na Bliskim Wschodzie i w Donbasie, prezydent Rosji mówił o ochotnikach, którzy podczas swoich urlopów sami zdecydowali się wziąć udział w walkach czy też o rosyjskiej pomocy humanitarnej.


"NYT" zauważa też, że komentarze Putina brzmią bardzo podobnie do tłumaczenia Donalda Trumpa o tym, ze hakerzy mieli minimalny wpływ na wybory oraz że to nie była akcja rosyjskich służb. To też odpowiedź na styczniowe oskarżenia amerykańskich tajnych służb, które stwierdziły, że to Putin osobiście zarządził i nadzorował "kampanię wpływu", polegającą na cyberatakach i dezinformacji, wymierzonych w Hillary Clinton i Demokratów.

Ataki rosyjskich hakerów stały się po wyborach w USA bardzo nośnym tematem. Mieli oni – jak choćby twierdzi sztab Emmanuela Macrona, atakować jego sztab i doprowadzić do wycieku maili. Także niemieckie, duńskie i szwedzkie służby ostrzegają, że członkowie rządu i rządzących partii znaleźli się na celowniku cyberprzestępców, a ilość prób włamań na konta mailowe i na portalach społecznościowych polityków gwałtownie rośnie. Ma to mieć związek – jak twierdzą szefowie służb z próbą wpływania na opinię publiczną przed wyborami w tych krajach.