Słaba pozycja kapitału zagranicznego we francuskich mediach wynika z tradycji, silnej pozycji dziennikarskich stowarzyszeń oraz związków zawodowych i regulacji prawnych – mówi DGP medioznawca prof. Bernard Lamizet związany z Uniwersytetem w Lyonie. Dziennikarze we Francji mają prawo sprzeciwić się decyzji sprzedaży medium, w którym pracują.

PiS powołuje się na przykład Francji, uzasadniając konieczność dokonania zmian w Polsce w tym obszarze. Podobieństw rzeczywiście jest sporo. Do lat 80. Francja miała media audiowizualne (radio, telewizję) ściśle regulowane przez państwo. Szeroko pojęta prasa miała wyrażać "La voix de la France" (głos Francji). Czyli pełnić funkcję mediów narodowych.

Dopiero prezydent François Mitterand zdemonopolizował radio i telewizję w 1982 r. Wtedy pojawiły się pierwsze prywatne stacje telewizyjne i radiowe. Co ważne, bliskie administracji Mitteranda.

Obecnie prawo medialne we Francji opiera się na ustawach z lat 80. oraz 90. W 2015 r. ówczesny minister gospodarki, a dziś prezydent Emmanuel Macron, próbował zreformować i złagodzić regulacje dotyczące koncentracji mediów, czemu kibicowali wielcy właściciele mediów prywatnych. Między innymi Nonce Paolini, szef najpopularniejszego prywatnego kanału TF1, apelując do ministrów o zmianę regulacji odnośnie do koncentracji mediów. Zdaniem magnatów medialnych "przepisy ustawy zakazującej wszelkiej formy koncentracji pionowej lub poziomej stały się nieaktualne i szkodliwe".

Francuskie prawo ściśle określa, jaki procent akcji mediów drukowanych i cyfrowych może być w rękach jednego właściciela oraz jaki może on osiągnąć udział w rynku. Ściśle ogranicza również łączny procentowy udział w przypadku posiadania kilku różnych mediów. Limit dla kapitału zagranicznego spoza UE zainwestowanego we francuskojęzycznej naziemnej telewizji lub w radiu to 20 proc. W rękach jednego właściciela bądź grupy nie może być więcej niż 49 proc. udziału w telewizji naziemnej, której średnia roczna oglądalność przekracza 8 proc. widowni; ten sam właściciel nie może wówczas posiadać więcej niż 33 proc. telewizji lokalnej. W taki sposób, zbliżając się do limitu, koncern Bouygues (którego głównym klientem przez lata było de facto państwo francuskie) kontroluje 43 proc. TF1, a Grupa RTL ma 48 proc. kanału M6.

Jeśli chodzi o codzienną prasę drukowaną, jeden podmiot nie może mieć więcej niż 30 proc. rynku krajowego, a w pewnych okolicznościach 20 proc. Operacje sprzedaży mediów przekraczające wartość 150 mln euro kontrolowane są przez ministerstwo gospodarki na wniosek urzędu ochrony konkurencji. Na straży pluralizmu mediów stoi Wyższa Rada Audiowizualna (CSA). Ciekawostką jest fakt, że francuskie dzienniki ogólnonarodowe są dotowane przez państwo, a dotacje rozdzielane są w zależności od ich nakładu.

Dziś problemem francuskich mediów podnoszonym przez francuskich dziennikarzy jest zależność od wielkiego biznesu. Opiniotwórcze dzienniki, stacje telewizyjne czy radiowe należą do bogatych właścicieli imperiów finansowych różnych sektorów: Bernarda Arnault, potentata branży kosmetycznej LVMH i przyjaciela prezydenta Macrona, do którego należą m.in. dzienniki "Les Echos" oraz "Le Parisien", magnatów przemysłowych: rodziny Dassault ("Le Figaro"), Vincenta Bolloré oraz koncernu Vivendi (Canal+), Pierre’a Bergé, Xaviera Niela, Mathieu Pigasse’a ("l’Obs", "Le Monde"), rodziny Baylet ("Ouest France"), rodziny Bouygues (telekom i stacje telewizyjne), rodziny Lemoin ("Sud Ouest") i innych.

Media nie krytykują swoich właścicieli ani ich posunięć, zachowując również ostrożność przy informowaniu o niektórych kwestiach wagi państwowej, np. podnoszeniu podatków.

Francuski biznes znajduje się blisko polityki. Prezydent Emmanuel Macron w kampanii wyborczej otwarcie popierany był przez liberalny dziennik ekonomiczny "Les Echos", stację biznesową BFM TV, z życzliwością traktowały go również prestiżowy lewicujący tygodnik "L’Obs" czy dziennik "Le Monde" przez Francuzów plasowany w centrum sceny politycznej.

Zdaniem prof. Lamizeta we Francji następuje jednak proces odpolitycznienia mediów. W przypadku dużych dzienników zaciera się również granica między lewicą a prawicą. Kiedyś radykalnie lewicowy dziennik „Liberation”, z którym w latach 70. związany był Jean-Paul Sartre, dziś należący do Patricka Drahiego i luksemburskiego konsorcjum Altice, reprezentuje czytelników lewicowo-centrowych, czyli jest czytany masowo przez tzw. bobo bourgeois – tych, którym w życiu się udało, ale sercem są po lewej stronie (we Francji jest to zawsze dobrze widziane).

Co do zasady młodzi Francuzi w ogóle odwracają się od mediów tradycyjnych, szukając informacji w internecie, m.in. w – postrzeganym jako prestiżowy i niezależny – serwisie Mediapart. Ciekawostką jest brak medium bliskiego Frontowi Narodowemu i rodziny Le Pen.