Jednak dziś na Węgrzech Veszprém nie kojarzy się z historią, lecz z bieżącą polityką. To tutaj Fidesz stracił większość konstytucyjną. Na razie jednak sięgnijmy pamięcią do 2011 r. Na rok po pierwszym zwycięstwie wyborczym Fidesz zmienił ordynację wyborczą. Zmniejszył liczbę posłów, a także sposób ich wyboru. W 2013 r. przerysowano na korzyść Fideszu mapę okręgów wyborczych. Efekt: wiosną 2014 r. partia Viktora Orbána wspólnie ze sprzymierzonymi chadekami uzyskała 133 miejsca w 199-osobowym parlamencie, zdobywając tym samym większość konstytucyjną.

Podatkami w obywateli

Niemal od początku drugiej kadencji koalicja Fidesz–KNDP notowała spadki w sondażach. Choć trzeba przyznać, że na początku nie były spektakularne.

W listopadzie 2014 r. skrajnie prawicowy Jobbik wyprzedził w badaniach opinii opozycyjnych socjalistów, a ciężar politycznego sporu przesunął się całkowicie na prawą stronę. Rozpoczął się długi okres marginalizacji środowisk lewicowo-liberalnych, które w dużej mierze same ponosiły za to odpowiedzialność. nie miały oferty programowej i zajmowały się głównie sporami o to, kto jest ich prawdziwym liderem.

Od drugiej połowy 2014 r. koalicja rządowa pracowała nad niepopularnymi projektami. Przede wszystkim chodzi o podatek od internetu, przez który w październiku 2014 r. na ulice stolicy wyszły setki tysięcy osób. Ale polityczna przeciwwaga dla Fideszu nie powstała.

Na początku 2015 r. znacznie poszerzono siatkę płatnych dróg o obwodnice miast, drogi ekspresowe, a pierwotnie nawet szosy ze stołecznego lotniska do centrum Budapesztu. Kierowcy bez względu na polityczne preferencje nie kryli poirytowania nowym podatkiem. Ponadpartyjny sprzeciw wybrzmiał także wobec forsowanego już od 2014 r. projektu zakazania handlu w niedzielę.

Wszystko to doprowadziło do sytuacji, w której w marcu 2015 r. Fidesz w badaniu Ipsos wygrywał z Jobbikiem zaledwie 3 punktami. A na luty i kwiecień rozpisano wybory uzupełniające. Ich przyczyna była prozaiczna – z Veszprému do parlamentu dostał się Tibor Navracsics, który został przez Orbána delegowany do Brukseli na stanowisko sekretarza w Komisji Europejskiej i musiał złożyć mandat. Z kolei poseł koalicji z Tapolcy nagle zmarł.

Dużo zależy od frekwencji

Wybory w Veszprémie rozpisano na 22 lutego, a w Tapolcy na 12 kwietnia. Do urn ruszyli głównie przeciwnicy Fideszu. Choć to jego kandydaci do końca pozostawali liderami sondaży, to ostatecznie w pierwszym przypadku wygrał niezależny kandydat Zoltán Kész, a w drugim – Lajos Rig z Jobbiku. Zwycięstwo Késza pozbawiło koalicję większości konstytucyjnej, co ograniczyło Orbánowi swobodę działania (o znaczeniu większości 2/3 pisaliśmy we wczorajszym wydaniu DGP).

Opozycja liczy, że w niedzielę scenariusz z Veszprému się powtórzy. W dużej mierze jej powodzenie zależeć będzie od frekwencji. Im wyższa, tym większe szanse na dobry wynik. Ale i nie za wysoka, bo taka może prowadzić do marginalizacji małych ugrupowań opozycyjnych, jak Polityka Może Być Inna (LMP).

Rangę wyborów podkreśla odsetek wyborców zdecydowanych na wzięcie w nich udziału. W całej społeczności wynosił on 57 proc. Do urn chce pójść 67 proc. zwolenników Fideszu i aż 76 proc. popierających szeroko rozumianą lewicę.

Wybory w Tapolca były zdecydowanie bardziej emocjonujące. Pierwsze dane częściowe wskazały, że wybory wygrał Zoltán Fegyvesi, wystawiony przez Fidesz-KNDP. Jednak wraz z kolejnymi danymi przewaga Lajos Riga z Jobbiku rosła. Wieczór zakończył się przewagą sięgającą 261 głosów, co przekładało się na 0,9 pkt. Ostatecznie po zliczeniu głosów z zagranicy odsetek ten wzrósł do 365 głosów, czyli 1,2 pkt. Jobbik uzyskał wówczas pierwszy mandat w okręgu jednomandatowym.

W Veszprémie byłem niemal dokładnie w trzecią rocznicę zwycięstwa Zoltána Késza. Spacerując ulicami, prawie na każdej latarni widziałem plakaty koalicji Fidesz-KDNP bądź Jobbiku. Bardzo wiele ogłoszeń należało także do partii Polityka Może Być Inna (LMP) i lewicowo-liberalnej koalicji Węgierskiej Partii Socjalistycznej z partią Dialog (MSZP-P). Z tych ostatnich patrzyli kandydaci na premiera – Bernadett Széll i Gergely Karácsony. Késza na słupach nie ma. Kilka jego plakatów można znaleźć przy największym rondzie w mieście, sporo jest także przy deptaku w centrum.

W 2015 r. nieznani sprawcy zerwali w Veszprémie 800 plakatów kandydata lewicy. Analogii do dzisiejszego dnia jest więcej. Ankietowani, zapytani przed trzema laty o ocenę obecnej polityki, w 61 proc. negatywnie oceniali kierunek zmian. To, co może teraz przeważyć o sukcesie lewicowego kandydata, to odsetek wyborców niezdecydowanych, który wynosi 32 proc. Po dziś dzień Fidesz ma najwyższy odsetek elektoratu negatywnego. Niektóre sondaże mówią o 40 proc. niezdecydowanych. To znacząca liczba osób, które opozycja stara się zagospodarować. Większość respondentów chciałaby nawet zmiany rządu, jednak jego przeciwnicy nie są w stanie przekuć tych tendencji w sukces polityczny.

Na deptaku w Veszprémie szukałem plakatów Késza także po to, aby przyjrzeć się jego hasłu wyborczemu. To z 2015 r. było genialną grą słów – „Zoltán és kész” – czyli Zoltán gotowy. Tegoroczne ma znacznie mniej polotu i brzmi „Zwyciężmy ponownie”. Podążając jedną z głównych ulic, natknąłem się na spotkanie wyborcze Késza, które jednak całkowicie zdominował... Péter Márki-Zay, nowo wybrany burmistrz Hódmezővásárhely, który przed miesiącem pokonał murowanego kandydata Fideszu na to stanowisko. Jego zwycięstwo rozbudziło nadzieje opozycji na uzyskanie dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych 8 kwietnia.

Márki-Zay wspiera kandydatów opozycyjnych, opowiadając ludziom o wyczuwalnym nastroju i potrzebie zmian. O tym, że naród od dawna nie był tak zjednoczony. Próbuje budować pararele pomiędzy datami 1848–1956–1990–2018: wybuchem powstania węgierskiego w ramach Wiosny Ludów, powstania 1956 r., pierwszych wolnych wyborów 1990 i współczesności. Teza ta, chociaż niewątpliwie bojowo-romantyczna, jest jednak bardzo chybiona.

Jeszcze nas zaskoczą

Kilka miesięcy temu Kész wyszedł z inicjatywą głosowania taktycznego, które miało polegać na tym, że partie opozycyjne wycofają w ostatniej chwili wszystkich kandydatów poza tym, który ma największe szanse w starciu z Fideszem. Projekt zakładał, że celem wszystkich partii i wyborców jest pokonanie koalicji Fidesz-KNDP, a preferencje partyjne będą wyrażane na drugiej karcie do głosowania, w proporcjonalnej części wyborów, w których wybiera się partię, a nie kandydata.

Całość spełzła na niczym, między innymi z powodu utrudnień związanych interpretacją ordynacji wyborczej, o czym także pisaliśmy na łamach DGP. Start skoordynowany odbywa się natomiast w niektórych okręgach. W drugi dzień świąt o swoim wycofaniu w V dzielnicy Budapesztu poinformował András Fekete-Győr, lider partii Momentum mającej ogromne polityczne aspiracje, które jednak nie znajdują potwierdzenia w sondażach wyborczych.

Choć wybory parlamentarne, od których dzieli nas kilkadziesiąt godzin, pozornie dają niemalże stuprocentową pewność na trzecią z rzędu wygraną Viktora Orbána, mają w sobie także sporo niewiadomych. To godziny, w których wszystkie kroki będą dozwolone, a aparat komunikacyjno-medialny, stanowiący zaplecze Fideszu, z pewnością jeszcze nas zaskoczy.

30–40 proc. Węgrów jeszcze nie zdecydowało, na kogo odda głos