Szczegóły rozmów obu prezydentów nie zostały do wczoraj ujawnione - wiadomo jedynie, że gdy Laura Bush pokazywała Michelle Obamie prywatne pokoje Białego Domu, ich mężowie rozmawiali o założeniach polityki gospodarczej i międzynarodowej na najbliższe trzy miesiące. Szczególnie ta druga kwestia może się okazać trudnym wyzwaniem dla nowego prezydenta, bo podczas kampanii demokrata był wielokrotnie krytykowany za brak dyplomatycznego doświadczenia. Tymczasem Obama jako pierwszy prezydent od 40 lat przejmuje władzę w czasie, gdy Ameryka znajduje się w stanie wojny. Dlatego obecnie najwięcej emocji budzi pytanie, kogo nowy prezydent wskaże na szefa swojej dyplomacji. Od tego wyboru w dużej mierze zależeć będzie przyszła polityka zagraniczna USA. Wśród potencjalnych kandydatów wymienia się m.in. rywala George'a W. Busha z wyborów z 2004 r. Johna Kerry'ego, gubernatora Nowego Meksyku Billa Richardsona i byłego ambasadora przy ONZ, Richarda Holbrooke'a. Mówi się także o dwóch republikanach z ogromnym doświadczeniem w sprawach międzynarodowych - senatorach Chucku Hagelu i Richardzie Lugarze.

Na ostateczną decyzję Obamy ogromny wpływ - a może nawet prawo weta - będzie miał jego zastępca Joe Biden, wieloletni przewodniczący wpływowej senackiej komisji spraw zagranicznych. A to oznacza, że dziś za faworyta można uznać Kerry'ego, który od lat blisko współpracuje z obecnym wiceprezydentem elektem. Ponadto Obama ma wobec senatora z Massachusetts dług wdzięczności - Kerry bardzo wcześnie i zdecydowanie udzielił mu poparcia, co pomogło w wyeliminowaniu podczas prawyborów Hillary Clinton. "W tej chwili nie interesuje mnie żadne stanowisko w administracji. Rozważę ewentualne propozycje, jeśli prezydent mi je przedstawi, ale mało co jest mnie w stanie skłonić do rezygnacji z fotela senatora" - komentował sam główny zainteresowany, niedwuznacznie dając do zrozumienia, że nie zadowoli się żadną niższą posadą.

p

Jędrzej Bielecki: Czy Barack Obama zrealizuje obietnice wyborcze i wycofa wojska USA z Iraku?
John Bolton*: Tak, i będzie to miało tragiczne konsekwencje. W Iraku może wybuchnąć wojna domowa. Sunnici i Al-Kaida wznowią zamachy terrorystyczne także w krajach Zachodu. To jest ciągła walka. Jeśli się wycofujemy na jednym froncie, nasza pozycja także na innych odcinkach się osłabia.

Nowy prezydent zapowiada podjęcie bezpośrednich rokowań z Iranem, by powstrzymać ten kraj przed zdobyciem broni jądrowej. Jak pan to ocenia?
Iran nie zrezygnuje dobrowolnie z atomu. Bezpośrednie rozmowy z Teheranem dadzą tylko Irańczykom więcej czasu na rozwój programu atomowego. Obama może co prawda zapłacić za to przegraną w wyborach prezydenckich w 2012 r., ale już wówczas nic się nie da z tym zrobić.

Czy sądzi pan, że Obama będzie ustępliwy także w stosunkach z Rosją?
Kreml z pewnością na to liczy, zwłaszcza że był miękki w sprawach obrony antyrakietowej. Rosja ma nadzieję, że zarzuci ten projekt w obawie przed konfrontacją. Sądzę też, że nowy prezydent porzuci wysiłki na rzecz wprowadzenia Gruzji i Ukrainy do NATO.

Taka zmiana polityki Waszyngtonu bardzo się spodoba Niemcom i Francuzom. Może to będzie dobry punkt wyjścia dla poprawy wzajemnych stosunków?
Z pewnością. Obamie bardzo zależy na tym, aby dogadać się z Europejczykami. John Kerry, Joe Biden - wielu czołowych polityków Partii Demokratycznej bardzo chce doprowadzić do bliskiego porozumienia z Francją i Niemcami aby wykazać, że są o wiele lepsi od George’a Busha.

*John Bolton, konserwatywny analityk, były ambasador USA przy ONZ