Czterech na oko trzydziestoletnich nowojorczyków pakowało się w sobotę wieczorem do podniszczonego forda taurusa i kierowało do Waszyngtonu. Makler z Wall Street Giuseppe, początkujący działacz Demokratów Edward, naukowiec gej Henry Lee i iracki weteran Keith. Na co dzień mają ze sobą niewiele wspólnego oprócz jednego - należą do Ameryki Baracka Obamy. I to właśnie inauguracja nowego prezydenta sprowadza ich do stolicy. Ale zanim wysłuchają jego przysięgi i oddadzą się ogólnonarodowej fieście, pożegnają jego poprzednika.

"Ten człowiek winien jest cierpień milionów, w normalnych warunkach byłby osądzony" - mówi Giuseppe. Dlatego dla czwórki nowojorczyków umownym gestem rozliczenia się z George’em W. Bushem, najbardziej niepopularnym gospodarzem Białego Domu, odkąd Gallup zaczął badać nastroje Amerykanów, będzie powtórka z tego, czego dopuścił się miesiąc temu iracki dziennikarz Muntadar Al-Zeidi. "Będziemy rzucać butem w Busha" - promienieje Keith na samą myśl o zaplanowanej na poniedziałkowe przedpołudnie przy Dupont Circle zabawie. Na tym waszyngtońskim placu kilka setek rozczarowanych odchodzącym prezydentem rzuci naraz butami w stronę Białego Domu jak znudzeni widzowie kabaretu miotający zgniłe pomidory w kierunku nieśmiesznego komika.

Ten w sumie żałosny performance w pełni to oddaje, jak większość Amerykanów postrzega swojego prezydenta. Z jego słabości i gaf powstał w popkulturze jedyny w swoim rodzaju wizerunek klauna i nieudacznika. W najłagodniejszej wersji Bush był pacynką w rękach wszechwładnego wiceprezydenta Richarda Cheneya, dobrodusznym, lecz skrajnie ograniczonym kowbojem z Teksasu, wreszcie facetem w garniturze, ale z wrażliwością i inteligencją sześciolatka, jak w serii skeczy w popularnej animacji "Family Guy". O wnikliwszą, choć w dalszym ciągu tendencyjną analizę pokusił się ostatnio Oliver Stone w filmie "W", próbując przedstawić 43. prezydenta jako zakompleksionego młodzieńca żyjącego ciągle w cieniu swojego wielkiego ojca. Według reżysera Bush junior wyprawił się na Irak, żeby pokazać światu, że potrafi więcej niż tata, który w Zatoce Perskiej ponióśł porażkę.

Ale z obliczem Busha w popkulturze bywało znacznie gorzej. Po huraganie "Katrina" programy telewizyjne, filmy i książki zrobiły z niego rasistę, któremu nie chciało się kiwnąć palcem, kiedy cierpieli mieszkańcy Nowego Orleanu i Zatoki Meksykańskiej, w większości czarnoskórzy. Albo Michael Moore - chociaż bardziej zaangażowany w lewicę satyryk niż poważny i obiektywny dokumentalista - snujący w swoim "Fahrenheit 9/11" wywody o towarzysko-biznesowych związkach Busha z rodziną Saudów i… Osamą bin Ladenem.

W całym tym zamieszaniu George W. Bush jest też trochę ofiarą. To nie pierwszy prezydent, który popełniał błędy, ale pierwszy, który żył w czasach tak rozwiniętych multimediów. Każde jego najdrobniejsze potknięcie, głupi dowcip albo przejęzyczenie od razu wpadało na YouTube i cały świat mógł się wyśmiewać ze swojego ulubionego antybohatera. Z tworzeniem wizerunku odchodzącego prezydenta tworzyły się też nowe media - blogi, telewizje internetowe - a w związku z tym zniknęła jakakolwiek taryfa ulgowa wobec polityków. Wystarczyło, by Bush zadławił się preclem, i cała sieć żyła tym wydarzeniem jak kolejną wojną albo huraganem.

"Wydaje mi się, że 43. prezydent będzie pierwszym, którego oblicze w całości ukształtuje popkultura. To, co po nim ocaleje, to zlepek szyderstw i anegdot" - uważa Andrea Press Lee, kulturoznawca z Uniwersytetu w Wirginii. Jej zdaniem nie jest to ani wina Busha, ani okoliczność szczególnie go rogrzeszająca. "Teraz każdy kolejny prezydent będzie musiał położyć nacisk najpierw na wypromowanie swojego wizerunku. Dla Amerykanów polityk stał się już celebrytą obciążonym koniecznością podejmowania niepopularnych decyzji" - dodaje.

Przykład antybohatera Busha będzie służył w przyszłości za przestrogę pretendentom do Białego Domu, a już na pewno jako wzorzec zachowań, których trzeba się wystrzegać. Z podobnym temperamentem ruszyła pół roku temu do kariery gubernator Alaski Sarah Palin wskazana przez Johna McCaina na swojego zastępcę. Najpierw zachowywała się jak słoń w składzie porcelany - w pierwszym telewizyjnym wywiadzie oświadczyła, że nie miałaby oporów przed zaatakowaniem Rosji. Od razu dała głodnym krwi mediom powód do żartów.

Ale dwa miesiące wystarczyły jej, żeby dostrzegać pułapki, jakie stawia globalna komunikacja i popkultura. Nabrała do siebie dystansu i wystąpiła ramię w ramię z parodiującą ją aktorką Tiną Fey w najpopularniejszym programie rozrywkowym Ameryki "Saturday Night Live". Bush na wysiłek dystansu do samego siebie nigdy się nie zdobył, może dlatego popkultura potraktowała go aż tak surowo. "Odchodzący prezydent chyba za mocno uderzył w poważną i heroiczną rolę obrońcy narodu po 11 września. To było dobre na kilka miesięcy, może rok, kiedy Ameryka była w traumie. Ale potem żałoba minęła, a Bush dalej uważał się za niezłomnego rycerza, a zachowywał jak śmiechu wart kowboj" - mówi Michael Levine z New York University.