Faworytką do objęcia stanowiska sekretarza stanu jest Susan Rice, doradczyni Baracka Obamy ds. bezpieczeństwa narodowego podczas jego drugiej kadencji. Byłaby to druga Afroamerykanka o nazwisku Rice na stanowisku szefowej amerykańskiej dyplomacji. Z uwagi, że była ona niejako w cieniu Condoleezzy Rice, gdy ta sprawowała funkcję ministra spraw zagranicznych, środowiska akademickie i waszyngtońskie salony polityczne od lat określają ją jako „the other Rice” (ang. „ta druga Rice”).

Reklama

Kiedy doradzała Obamie w sprawach bezpieczeństwa, Biden dość blisko z nią współpracował. Na łamach DGP pisaliśmy o niej latem. Wówczas Rice była jedną z dwóch, obok Kamali Harris, kandydatek do nominacji na wiceprezydenta. Wielu komentowało, że Barack i Michelle Obama preferowali ją, a nie kalifornijską senatorkę.

Z perspektywy polskich interesów to bardzo dobra kandydatura. Rice miała ciepły stosunek do Warszawy. Zna się na lokalnych uwarunkowaniach i jest świadoma zagrożeń, jakie stwarza polityka Kremla w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Rice na stanowisku szefowej dyplomacji to kontynuacja rozmów o wzmocnieniu amerykańskiego kontyngentu w Polsce i – szerzej – na wschodniej flance NATO.

Jednak i ona może mieć wizerunkowy problem przed objęciem urzędu. Dziś już wiadomo, że na trzy dni przed atakiem na amerykańskie przedstawicielstwo dyplomatyczne w Bengazi w 2012 r. funkcjonariusze libijskich służb bezpieczeństwa ostrzegali dyplomatów USA przed zagrożeniem ze strony działających w okolicy uzbrojonych grup dżihadystów. Rice utrzymywała wtedy, że Amerykanie o niczym nie wiedzieli i byli zaskoczeni spontanicznym atakiem.

Kandydatka na szefową dyplomacji ma dwóch rywali: senatorów Chrisa Coonsa z Delaware i Chrisa Murphy’ego z Connecticut. Atutem tego pierwszego jest to, że blisko współpracuje z Bidenem. Był łącznikiem między biurem wiceprezydenta a Senatem w latach 2011‒2017, no i pochodzi z tego samego stanu co prezydent elekt. Z kolei kapitałem Murphy’ego są związki z lewym skrzydłem demokratów oraz dobre kontakty w ośrodkach analitycznych. Może on być jednak zbyt lewicowy dla Mitcha McConnella, szefa klubu republikańskiej większości w Senacie, od którego zależy zatwierdzenie kandydatów na ministrów nowego rządu.

Kolejną osobą, której kandydatura stoi wysoko na giełdzie nazwisk do jednej z posad związanych z dyplomacją i bezpieczeństwem, jest Julianne „Julie” Smith, obecnie publicystka „Foreign Affairs”. W latach 2016‒2018 w ośrodku CNAS opiekowała się projektem „Across the Pond, in the Field”, co można przetłumaczyć jako „Po drugiej stronie stawu”. Amerykanie zajmujący się stosunkami transatlantyckimi zwykli Atlantyk określać stawem, ze względu na wynikający z globalizacji niewielki dystans między Nowym Jorkiem a Europą. Za pierwszej kadencji wiceprezydenta Bidena Smith była jego doradczynią ds. bezpieczeństwa narodowego. Wcześniej w Pentagonie kierowała departamentem odpowiedzialnym za kreowanie polityki w sprawach europejskich i dotyczących Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Do Pentagonu lub Ministerstwa Spraw Zagranicznych powróci też najprawdopodobniej Michael Carpenter (wywiad z nim opublikowaliśmy na łamach DGP dzień przed wyborami). W przeszłości był on zastępcą ministra obrony odpowiedzialnym za Rosję, Ukrainę i Eurazję oraz doradcą ds. polityki zagranicznej wiceprezydenta Bidena i dyrektorem ds. rosyjskich Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Carpenter służył również za granicą w ambasadach USA w Polsce, Słowenii i na Barbadosie.

Temat obsady placówek jeszcze na dobrą sprawę nie wystartował. Jednak kiedy DGP zapytał w Waszyngtonie, czy Carpenter mógłby zastąpić Georgette Mosbacher, która przed 20 stycznia 2020 r. opuści placówkę w Warszawie, usłyszeliśmy, że taki scenariusz nie jest wykluczony. Z kolei do Berlina z misją resetu w relacjach z RFN może polecieć Karen Donfried, obecna szefowa German Marshall Fund. Za prezydentury Obamy pracowała w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i doradzała głowie państwa w sprawach Europy. Do MSZ lub na placówkę wraca też b. ambasador USA przy Unii Europejskiej Anthony L. Gardner. Doświadczenie rządowe zdobywał w ekipie Billa Clintona, ale potem przez lata pracował w prywatnym sektorze, m.in dla Bank of America.