Czy żołnierze strzelali do bezbronnej wioski, czy ktoś najpierw ostrzelał ich z zabudowań? Od odpowiedzi na to pytanie może zależeć werdykt sądu. Żołnierze kilka godzin po zaatakowaniu Nangar Khel napisali notatkę, że broni użyli po tym, jak zostali ostrzelani przez talibów. Kłamali i przygotowywali "podkładkę”, bo wiedzieli, że będą mieć kłopoty? Tak wynika z aktu oskarżenia. Ale są poszlaki, że mogło być inaczej.

Amerykański raport
Amerykanie badali sprawę ostrzału Nangar Khel, a ich meldunek trafił do kwatery głównej NATO. Według "Newsweeka” z raportu wynika, że ostrzelanie wioski było wypadkiem. Oficerowie US Army pojechali na miejsce i rozmawiali z Afgańczykami. Dowiedzieli się, że w wiosce talibowie urządzili sobie bazę wypadową - może ktoś więc do Polaków strzelał? Amerykanie nie tłumaczą jednak w swoim dokumencie, dlaczego Polacy otworzyli ogień i dlaczego zginęli cywile.

Granaty czyli amunicja moździerza były uszkodzone
Akurat to jest pewne, potwierdziła to nawet prokuratura. Tylko jakie to miało znaczenie dla życia Afgańczyków w wiosce? Według oskarżonych żołnierzy to wady pocisków spowodowały tzw. "niedoloty”, czyli zbyt krótki lot granatu i ich upadek wśród zabudowań. Ale prokuratura widzi to inaczej - żołnierze mierzyli w wioskę, ale na szczęście przez "niedoloty” na Nangar Khel spadło mniej pocisków. Słowem wada pocisków uratowała Afgańczykom życie.

Czy żołnierze zdawali sobie sprawę z tego w co strzelają?
Może oficer w bazie wydający rozkaz ostrzału nie wiedział, że współrzędne celu to środek zamieszkałej wioski? Kiedy dowiedział się, w co trafiły pociski, był według świadków zszokowany.