Apogeum popularności Wiecha, znakomitego felietonisty i satyryka, przypada na pierwsze lata po wojnie. Łatwo zrozumieć, dlaczego, czytając takie teksty jak tytułowy felieton ze zbioru "Wiadomo - stolica!":

- Patrz pan, panie szanowny, Hitler powiedział, że na miejscu Warszawy kartofle będą rośli i faktycznie pełno tu kartofli, ale ze słoninką […] Nie jego robaczywa, w ząbek czesana głowa, Kobyłkie czy insze Piaseczno z Warszawy zrobić. Gdzie stolica była, tam stolica została.

- No, troszkie nas łobuz spalił…

- Cóś nie cóś, ale gront, że warszawiaki fasonu nie stracili. To wszystko apiać się odremontuje.

Okruchy nieokrzesanego życia

W felietonach Wiecha daremnie szukać czczego dydaktyzmu. Za to skrzą się one nieskrępowanym, ale nigdy jadowitym, humorem, który znakomicie oddawał obraz wskrzeszonej i znów tętniącej życiem Warszawy, jak w dalszej części rozmowy pana Kitwasińskiego z Teosiem Piecykiem:

- Zaraz na drugi dzień, jak tylko szkopów cholera stąd wzięła pierwsze budki w Jerozolimskiej alei stanęli, gdzie skromne, ale pożywne zagryche można było dostać, pod ćwiartke "karbitówki". […]

- A zakąski są odpowiedzialne?

- Panie, bo się obrażę. Wiadomo - stolica. Wszystko pan w tych budkach dostaniesz. Od "polskiego kawioru", czyli kaszanki, do łososia i kurczaków z mizerią. […]

- No to może rąbniem po jednem dziecinnem pod ten polski kawior?

- Jeśli ma się zrozumieć koniecznie, to ja się nie odkażę, ale pan szanowny pozwoli się zapoznać, bo salonowe alibi przede wszystkim. Piecyk jestem Teofil, warszawski rodak z dziada pradziada.

Postać Piecyka Wiech stworzył przed wojną. W powojennych realiach ten i inni fikcyjni barwni komentatorzy życia miasta znaleźli setki nowych powodów do niewymuszonych żartów i zdroworozsądkowych napomnień rodaków. Przy okazji serdecznie się bawili, podkreślając: "rozchodzi się o to, żeby na złość zrobić Hitlerowi, któren warzywo na Marszałkowskiej ulicy chciał sadzić." Jakby paradoksalnie utrwalali dla potomności ważne wydarzenia i jednocześnie uczyli dystansu do świata. Niejaki pan Krówka w tekście "Tego nie lubie" upominał władze miasta ociągające się z odbudową pomnika króla Zygmunta III Wazy. "Plac Zamkowy bez króla Zegmonta żadnego fasonu by nie posiadał […] nie wypada, żeby byle ciapciak, za pan brat świnia z pastuchem w Narodowem Muzeum króla po łopatce poklepywał."

Tekst "Spacerkiem przez Poniatoszczaka" nawiązuje do odbudowy mostu łączącego Śródmieście i Pragę. Wśród tłumów warszawiaków, kontrolujących bacznie odbudowę, słychać było różne na jej temat uwagi. "Ogrodzenie brzydsze jak poprzednie. Dawniej były liście, girlandki, różyczki, a teraz proste sztachety..." Pan Piecyk poprawił uroczysty sztywniak na głowie i rzekł: "Jak panu szanownemu na girlandkach i wianuszkach zależy, to na Bródno się pan przejadź. Most ma prawo być wygodny pod względem pieszej i kołowej komunikacji, a girlandki zmuszone jesteśmy na razie chromolić z powodu braku czasu. Ja tyż także samo lubię kute żelazne galanterie, ale dosyć mam zasuwania przez pontoniaka [...]".

p



Przytomniacki styl

Po koszmarze wojny humor był na wagę złota. Wiech nigdy go nie tracił. O córce Alicji pisał, że przyjechała z koncentracyjnego obozu wysmukła, w kombinezonie przerobionym z więziennego pasiaka. Podobnie Piecyk i inne stereotypowe, ale pełnokrwiste indywidua Wiechowe - Walery Wątróbka, Szwagier Piekutoszczak czy Wuj Wężyk z Grójca - odnajdywali radość i prosty sens nawet tam, gdzie wszystko zdawało się obrócone w ruinę. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość polityczna rodziła nowe koszmary i absurdy. Pod płaszczem cwaniackiego kpiarstwa "przytomniaki" przemycały treści cenne dla szarych ludzi, a niekoniecznie słuszne z perspektywy partyjnego biurka. "Robotniczy Przegląd Gospodarczy" donosił: "[...] typy jego to łaziki poza nawiasem zbiorowego wysiłku społecznego, jego filozofia to <szwejkostwo> życiowe. Wiech jest społecznie szkodliwy, gdyby nie było krępujące strzelanie z armaty do przemiłego wróbla warszawskiego, to należałoby Wiecha zwalczać tak długo, ażeby tego swojego Wątróbkę zapędził do fabryki." Grzmiano, że Wiech nie sprzyja zacieraniu [...] różnic socjalnych czy rasowych i z pogardą odzywa się o "chomątach" ze wsi. Literat Zdzisław Lichniak dowodził, że dla eksperymentu na jednej wsi odczytał zwołanym chłopom kilka felietonów Wiecha i nikt ze słuchaczy nawet ani razu nie uśmiechnął się. Nicponi Wiecha oskarżano o moralną nicość, bumelanctwo, wyśmiewanie ludu, choć w istocie byli oni uosobieniem "ludowego" zdrowego rozsądku. Tłem dla perypetii tych gagatków były niepowtarzalne zakątki stolicy: Grochów, Pelcowizna, Szmulki. A ich orężem był uliczny język i esprit. Dziś już anachronicznie brzmiąca gwara warszawska to odrębna wartość dzieła Wiecha. O kolosalnym wpływie tego literackiego "wybryku" świadczą srogie reakcje autorytetów naukowych i tuzów literaturoznawstwa, takich jak Jacek Bocheński, którzy autorowi zarzucali zaśmiecanie języka polskiego gwarą peryferii. Niezależnie od ostrej krytyki język ten zaklął w sobie ducha czasów i przeniknął do mowy potocznej w całej Polsce. A nierozerwalnie związany z tym stylem dowcip najwyższej próby, idealnie trafiający w masowe gusta, sprawił, że osobliwa plejada szemranych typów, absurdalnych zdarzeń i wariackich zachowań żyła w społecznej świadomości własnym życiem. O niebo barwniejszym od szarej codzienności.

Homer i Sokrates w jednym

Wiech miał na zarzuty i przeciwności losu najlepszą odpowiedź - celny dowcip. Ale miał również liczne grono zwolenników. Wśród naukowców znalazł obrońcę choćby w postaci profesora Bronisława Wieczorkiewicza. Uwielbiali go Antoni Słonimski, Stefan Kisielewski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Julian Tuwim mianował go Homerem warszawskiej ulicy, choć przecież Wiech poetą de facto nie był. Michał Choromański pisał w "Wiadomościach Literackich": "Postawa pełna pogody i prostoty, łagodności i dobrotliwości godzi nas z rzeczywistością w czasach, gdy bardzo jesteśmy zgorzkniali." O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem. Wiech potrafił natchnąć rodaków mądrością życiową i prawdziwym optymizmem. Mógł się jawić jako mędrzec, który na Sokratejskie "Wiem, że nic nie wiem" odrzekłby pewnie: "Pan wisz, a ja rozumię". Tak czarował i porywał tłumy. Tym bardziej, że przy wigorze i bystrości jego postaci nawet rozbuchana oficjalna propaganda, przekonująca Polaków choćby do "walki o realizację planu", zdradzała swoją intelektualną mizerię.

Prosto ze sklepu, sądu, magla

Rzec można, że Stefan Wiechecki (1896-1979), warszawiak nieprzejednany, spędził życie nie w jednej Warszawie, lecz kilku różnych. Urodził się pod zaborem rosyjskim w okresie fin de siècle’u, w wiek dojrzały wkraczał w burzliwym międzywojniu. A po dramatycznej cezurze wojny i okupacji przyszło mu żyć w Polsce Ludowej.

Biografia Wiecha ma własne przełomy i meandry. Był żołnierzem WP, pracownikiem Wydziału Propagandy i Prasy PCK, kierownikiem literackim Teatru na Woli. Imał się reporterki i spisywał kronikę kryminalną na podstawie sprawozdań sądowych, które stały się jego trwałą inspiracją. Miał też inne źródło utrzymania i natchnienia - własny sklep ze słodyczami u zbiegu ulic Stalowej i Inżynierskiej na Pradze. Od 1946 roku stale współpracował z popularną popołudniówką "Express Wieczorny". Jego felietony tworzące niezrównany zapis obyczajowości miasta ukazywały się zbiorczo w wielu chętnie wznawianych książkach. Pierwsze powojenne zbiory to: "Wiadomo - stolica!" i "Spacerkiem przez Poniatoszczaka" (oba z 1946 r.), następne to "G. jak Gienia" (1948) i "Helena w stroju niedbałem" (1949). W 1947 roku opublikował powieść "Café <Pod Minogą>", w której wracał do czasów okupacji hitlerowskiej. Na kanwie poczytnego tekstu w 1959 roku nakręcono film pod tym samym tytułem ze szlagierem Warszawa da się lubić…

p