Motorniczy zostawił potrąconego psa
Motorniczy tramwaju nie pomógł rannemu kundelkowi. Potrącone zwierzę wrzucił jedynie do rowu i pojechał dalej. Zawiadomił wprawdzie schronisko, ale piesek wykrwawiłby się, gdyby nie szybka reakcja Łodzianina, który widział wszystko przez okno.
- Sadysta wyrzucił szczenię z balkonu
- W Łodzi psy nie mają prawa szczeknąć
- Zderzenie tramwajów we Wrocławiu. Są ranni
- Narażał życie, by ocalić psy
- Pies ugotował się w aucie
- Plaga psów wyrzucanych przy drogach
- Zobacz, jak Polak zrobił z psa kelnera
- Psy i koty ofiarami domowej przemocy
- 21 rannych po zderzeniu tramwajów w stolicy
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Ucięte ogon i łapa, zmiażdżona miednica i kolejna łapa, stłuczenia całego grzbietu - z takimi obrażeniami trafił we wtorek do łódzkiej lecznicy mały kundelek. Zmasakrowanego psa znaleźli pracownicy fundacji Azyl. Leżał w trawie koło torowiska. O potrąconym przez tramwaj zwierzęciu zawiadomił łodzianin mieszkający niedaleko torów.
"Z jego relacji wynikało, że widział przez okno, jak motorniczy zatrzymał tramwaj, wysiadł, a potem przerzucił psa z torowiska na trawę" - opowiada Katarzyna Ciszewska z fundacji Azyl. Psa musiał potrącić motorniczy poprzedniego tramwaju, który nawet się nie zatrzymał. Kolejny zamiast udzielić psu pomocy, przerzucił zwierzę poza torowisko i odjechał.
Zdaniem Bogumiły Skowrońskiej, dyrektorki łódzkiego schroniska obaj motorniczy złamali ustawę o ochronie zwierząt. "25 punkt tej ustawy mówi, że kierowca ma udzielić pomocy poszkodowanemu zwierzakowi, czyli zawieźć go do lecznicy lub zawiadomić odpowiednie służby i czekać na miejscu wypadku aż przyjadą. Jeśli tego nie zrobi, skazuje zwierzę na cierpienie i śmierć, czyli znęca się nad nim. Za to zaś grozi kara 2 lat pozbawienia wolności" - mówi dyrektorka.
MPK broni jednak swoich pracowników. "Kierujący tramwajem dopełnił wszystkich procedur" - twierdzi z kolei Bogumił Makowski, rzecznik MPK. " Zadzwonił do centrali ruchu, a ta powiadomiła schronisko dla zwierząt" - dodaje.
Obrońców zwierząt taka argumentacja jednak nie przekonuje. "Motorniczy powinien zabrać psa i przewieźć do najbliższej lecznicy, albo przynajmniej poczekać na miejscu wypadku na pomoc" - mówi Skowrońska. Szczególnie, że jak się okazuje kierowca ze schroniska miałby duże problemy z odnalezieniem rannego zwierzęcia.
"Szukałam psa w tej wysokiej trawie dobre pół godziny i znalazłam tylko dzięki pomocy osób, które widziały zdarzenie" - mówi Katarzyna Ciszewska. Jej zdaniem niewiele brakowało, aby pies się wykrwawił.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!