Największe miasta wydają na straż miejską miliony złotych rocznie. Najwięcej Warszawa, która w tym roku przeznaczyła na tę służbę ponad 106 mln zł. Kraków i Łódź wydadzą po 30 mln zł. Pozostałe aglomeracje – po kilka, kilkanaście milionów. W każdym z tych miast toczy się debata, czy warto.

Bo trudno powiedzieć, by te wydatki w jakikolwiek sposób się bilansowały. Dochody Warszawy z mandatów wystawionych przez straż miejską w 2012 r. wyniosły ponad 22 mln zł, przy wydatkach rzędu 134 mln zł. A Kielce, wydając ok. 6 mln zł na straż, uzyskały wpływy z mandatów na poziomie trochę ponad 1 mln zł.

Strażnicy tłumaczą, że nie są od wyrabiania norm. Ale ich finansowanie odbywa się w cieniu oskarżeń pod adresem tej formacji o kopiowanie zadań drogówki. Stąd liczne protesty mieszkańców.

W Poznaniu w 2012 r. ponad połowę czynności strażników (70 tys.) stanowiły „interwencje w komunikacji”. Wystawili mandaty na ponad 4 mln zł – z czego 1,8 mln zł za fotoradary.

Podobne tendencje widać w innych miastach. – W 2012 r. najwięcej zgłoszeń dotyczyło obszaru ruchu drogowego – 39 proc., zdrowia – 20 proc., zakłócania porządku publicznego – 16 proc. – wylicza Monika Niżniak, rzecznik straży miejskiej z Warszawy.

Policjant jest bardziej wszechstronny, a kosztuje tyle, ile strażnik

Świeradów-Zdrój jest jednym z kilkunastu miast, które w ostatnim czasie postanowiło zlikwidować straż miejską. Dlaczego podjęto taką decyzję?

Roland Marciniak burmistrz miasta Świeradów-Zdrój (woj. dolnośląskie): Ta formacja się w ogóle nie sprawdzała. Mieliśmy tylko dwóch strażników pracujących od 7 do 15. A przecież większość zdarzeń miała miejsce wieczorami i w weekendy. Uznaliśmy, że nie ma sensu wydawać 150 tys. zł rocznie na dalsze utrzymywanie straży. Pieniądze te zostały w budżecie gminy, a samochód straży miejskiej służy nam jako auto służbowe dla urzędu gminnego. W ten sposób zaoszczędziliśmy ok. 10 tys. rocznie na ryczałtach wypłacanych pracownikom, którzy dotąd używali głównie aut prywatnych do celów służbowych.

Jak udało się wypełnić lukę po straży miejskiej?

Na miejscu jest policja, która ma podobne zadania co straż miejska. Jeśli chodzi o drobne sprawy, takie jak bezdomne zwierzęta czy utrzymywanie czystości, tym mogą się zająć urzędnicy. Mamy dyżury urzędników, którzy przyjmują zgłoszenia od mieszkańców, i odpowiedni pracownik, np. odpowiedzialny za drogi, zajmuje się tą sprawą. W razie problemów prosi o pomoc policję lub kieruje sprawę do sądu.

Musi pan przyznać, że na takie rozwiązanie łatwiej się zdecydować mniejszym samorządom. Trudno sobie wyobrazić, by podobne sprawy załatwiali urzędnicy np. z Warszawy.

Mniejszy samorząd to mniejsza skala. Ale w dużym mieście można się przecież umówić, że samorząd wykupi część etatów policyjnych. Wtedy w ramach jednej formacji utrzymywany byłby porządek w mieście. A koszt utrzymania strażnika miejskiego jest podobny do policjanta. My teraz sami opłacamy dodatkowy etat policjanta. Kosztuje nas tyle samo co strażnik miejski (57 tys. rocznie), a ma znacznie szersze kompetencje.