Podpisanie kontraktu miało specjalną oprawę. 12 listopada (4 dni przed pierwszą turą wyborów samorządowych) w Radomiu dokument sygnowali Waldemar Skowron, prezes zarządu producenta amunicji Mesko SA, oraz płk Adam Duda, zastępca szefa Inspektoratu Uzbrojenia. W uroczystości uczestniczyli związana z miastem premier Ewa Kopacz oraz wicepremier i minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak. 13 tys. pocisków podkalibrowych ma zostać dostarczone do końca 2017 r. Dodatkowo jeden z zakładów Mesko – fabryka w Pionkach – dostanie z budżetu ponad 40 mln zł na modernizację. Na spotkaniu Kopacz mówiła, że potrzebna była również „decyzja finansowa”. – Ta decyzja finansowa to ponad 44 mln zł zainwestowane w modernizację fabryki, w realizację i postawienie nowych ciągów produkcyjnych, które pozwolą produkować tam nie tylko nowej jakości proch, ale również łuski do nabojów – cytowała słowa premier Polska Agencja Prasowa. O tej inwestycji Ewa Kopacz wspominała również w piątek na zakończenie kampanii wyborczej w Radomiu.

Zamówienie było przeprowadzone w trybie zamkniętym ze względu na ochronę podstawowego interesu bezpieczeństwa państwa – oznacza to tyle, że Mesko nie miało żadnej konkurencji.

Jednym z kluczowych parametrów przy opisie pocisków podkalibrowych jest przebijalność pancerza. W uproszczeniu chodzi o to, jakiej grubości osłonę pojazdu dany pocisk może przebić. – Ten parametr jest uzależniony od wielu czynników, jak np. rodzaj pancerza, odległość, z jakiej pada strzał, kąt uderzenia, temperatura ładunku miotającego, a przede wszystkim miejsce trafienia czołgu, który jest najsilniej zabezpieczony w części czołowej – tłumaczy ppłk Artur Goławski z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Ale mimo to w opisie pocisków stosuje się ten współczynnik. Gdy spytaliśmy MON o jego wartość, urzędnicy odesłali nas do producenta. Prezes Mesko nie znalazł czasu, by na ten temat porozmawiać. Tej informacji nie podała nam także Polska Grupa Zbrojeniowa (w jej skład wchodzi Mesko). Z trzech niezależnych źródeł usłyszeliśmy jednak podobną liczbę – przebijalność tych pocisków oscyluje wokół 550 mm.

Pośrednio potwierdza to także MON: „Pocisk podkalibrowy polskiej produkcji ma parametry przebijalności porównywalne (nie gorsze) z przebijalnością pocisków znajdujących się w zasobach innych państw – użytkowników czołgów Leopard 2A4 i 2A5 (takie są na wyposażeniu polskiej armii – red.), w tym z przebijalnością pocisku produkcji niemieckiej DM 33A2, wprowadzonego już na wyposażenie Sił Zbrojnych RP”. Problem w tym, że jak czytamy w jednym z dokumentów MON, „niemiecka firma Rheinmetall Defence zakończyła produkcję amunicji DM33-A1/A2 i jej pozyskanie dla Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej nie jest możliwe”. Po prostu dla Niemców ten pocisk jest zbyt mało nowoczesny.

– DM33 mają przebijalność na poziomie ok. 500 mm – stwierdza Andrzej Kiński, redaktor naczelny pisma „Nowa Technika Wojskowa”. – Te pociski były nowością w drugiej połowie lat 80. Teraz najnowocześniejsza amunicja ma przebijalność na poziomie 700 mm i więcej. W końcu seryjnie produkowane rosyjskie czołgi T90 mają grubość pancerza na poziomie 650–700 mm – dodaje ekspert ds. uzbrojenia.

To, że pociski, które pozyskamy, nie przebiją czołowych pancerzy czołgów, które już są na wyposażeniu rosyjskiej armii (nie mówiąc o konstrukcjach, które mają wejść do użytku w najbliższych latach), nie robi w MON wrażenia. – Pocisk podkalibrowy nie służy na polu walki wyłącznie do niszczenia pancerzy czołgów. Przebicie pancerza czołgu nie jest warunkiem koniecznym do jego unieszkodliwienia. Czołg trafiony nawet pociskiem odłamkowo-burzącym dużego kalibru traci zdolność bojową – odpowiada ppłk Artur Goławski. I dodaje: Żaden producent nie podaje oficjalnych wartości dotyczących grubości, odporności pancerza, a także maksymalnej przebijalności pocisków podkalibrowych. Dane dostępne w różnych publicznie dostępnych opracowaniach są informacjami szacunkowymi, określanymi na podstawie doświadczeń z konfliktów zbrojnych. Stąd też mogą być obarczone błędami.

– Statystyki walk czołgowych jasno pokazują, że większość pocisków, które czołgi dostają w walce, trafia w pancerz czołowy – stwierdza z kolei Mariusz Cielma z portalu DziennikZbrojny.pl. – Mając tego typu pociski, nasze leopardy w starciu z rosyjskimi T90A będą musiały liczyć na umiejętności swoich dowódców. Zdolnością bojową na pewno będą odstawać.

CZYTAJ TAKŻE:
Gen. Skrzypczak w "DGP": Nasze pociski będą odbijać się do rosyjskich czołgów >>>

Na ten niecodzienny zakup za ćwierć miliarda złotych mogły wpłynąć dwa czynniki. Pierwszy z nich to fakt, że radomskie Mesko nie radziło sobie w ostatnich latach najlepiej. Po otrzymaniu tego zamówienia i wspominanych przez premier Kopacz 40 mln zł uda się zmodernizować zakład, a przy okazji stworzyć prawie 200 nowych miejsc pracy. Jeden z naszych rozmówców, zastrzegając anonimowość, mówi wprost, że to „ratunkowa kroplówka” dla firmy.

Inną sprawą jest to, że gdybyśmy kupili nowocześniejszą amunicję o większej przebijalności, to w tym momencie nie byłaby ona kompatybilna z... systemem uzbrojenia czołgów Leopard, które posiadamy. Rozmowy o ich modernizacji (m.in. modyfikacji armaty, która byłaby w stanie strzelać nowszymi pociskami) toczą się od ponad roku. Zgodnie z planami Inspektoratu Uzbrojenia z grudnia 2012 r. w 2015 r. mieliśmy już dysponować pierwszymi zmodernizowanymi czołgami. Rozmowy wciąż trwają.