Pod koniec zeszłego roku na wpis do księgi wieczystej trzeba było w stolicy czekać około trzech tygodni. Dziś czas ten wydłużył się do nawet pięciu miesięcy. Od momentu wejścia w życie nowelizacji ustawy dekomunizacyjnej (7 stycznia) zaczął się bowiem wysyp wniosków o aktualizację wpisów. Chodzi o nowe adresy nieruchomości leżących przy ulicach, które na skutek ustawy zmieniły nazwy. Sam stołeczny ratusz złożył wnioski dotyczące ok. 10 tys. działek i budynków.

Zakorkowanie wydziałów ksiąg wieczystych odbija się na tysiącach innych postępowań: dłużej trzeba czekać na ustanowienie hipoteki, przez co nabywcy mieszkań dłużej ponoszą zwiększone koszty kredytu. Ci, którzy spłacą kredyt i chcą sprzedać nieruchomość, dłużej czekają na wykreślenie wierzytelności banku z księgi. Podobnie odwleka się też np. przekształcenie użytkowania wieczystego w prawo własności.

Autorzy ustawy, wprowadzając nowe przepisy, nie tylko nie pomyśleli, by wzmocnić obsługę w wydziałach wieczystoksięgowych. Zwalniając wnioski o aktualizację wpisu z opłaty, de facto ograniczyli możliwość sfinansowania zatrudnienia dodatkowych referendarzy czy pracy w godzinach nadliczbowych (pod koniec 2017 r., by rozładować zaległości w Warszawie, referendarze pracowali nawet w weekendy).

Muszę przyznać, że ten problem jest dla mnie zaskoczeniem. Trudno jest przewidzieć wszystkie konsekwencje nowych przepisów, ale też nikt w trakcie prac nad ustawą nie sygnalizował takiego zagrożenia - mówi senator Robert Mamątow (PiS), jeden z autorów ustawy dekomunizacyjnej. I deklaruje przyjrzenie się problemowi w poszukiwaniu rozwiązania.

Po raz kolejny potwierdza się, że nie ma darmowych obiadów i jest tylko kwestia tego, kiedy te koszty po stronie obywatela, ale też administracji, czyli de facto nas wszystkich, się unaocznią - komentuje prof. Hubert Izdebski, administratywista Uniwersytetu SWPS.

WIĘCEJ W CZWARTKOWYM WYDANIU DGP