Jeśli kogoś można uznać za żywy symbol III RP, to tym kimś z pewnością jest Aleksander Kwaśniewski. Dla części elit przez lata był idolem ucieleśniającym ideę kompromisu między obozem solidarności i postkomunistami. Kompromisu, który miał zakopać historyczne podziały i pozwolić Polakom "wybrać przyszłość". Kwaśniewskiego stawiano jednocześnie za wzór politycznej skuteczności. Gdy opuszczał prezydencki pałac w 2005 roku wróżono mu wielką międzynarodową karierę. Niewiele z niej jednak wyszło (poza udanymi działaniami w trakcie ukraińskiej pomarańczowej rewolucji). Podobnie jak z comebacku do krajowej polityki w trakcie ostatniej kampanii wyborczej. O tym całkowicie nieudanym przedsięwzięciu pisze na naszych łamach publicysta i politolog Rafał Matyja. Co zadecydowało o porażce Kwaśniewskiego? Wedle Matyi przesądziła o niej całkowita niezdolność do prawidłowej oceny zmian, jakie nastąpiły w Polsce w ciągu ostatnich trzech, czterech lat. Kwaśniewski uwięziony w myślowych schematach odziedziczonych po III RP okazał się politykiem najzwyczajniej anachronicznym.

p

Rafał Matyja*

III RP odchodzi do lamusa

Kwaśniewski poniósł polityczną porażkę. Jedną z najbardziej wyrazistych w tych wyborach. Pozbawioną nadziei na "odegranie się", jaką mogą żywić politycy PiS, którzy wreszcie zobaczą swych liberalnych krytyków w opałach, w jakie wpada każda kolejna władza. Pozbawioną też nadziei młodziutkich polityków LPR, którzy po trudnej lekcji życia będą odpowiadać sobie na fundamentalne pytania o rzeczywistą treść polityki. Porażka Kwaśniewskiego jest porażką polityka, który nie może pozostawić spadkobierców. Który nie potrafi sformułować recepty na sukces, bo nie potrafi do końca zrozumieć istoty swojego sukcesu w latach 90. Jednym z najbardziej zadziwiających fragmentów podręcznika mówiącego o historii III Rzeczypospolitej będzie opis wyborów prezydenckich 2000 roku. Nie ze względu na reelekcję Aleksandra Kwaśniewskiego, lecz na wynik jego rywala sprzed pięciu lat, głośnego na całym świecie przywódcy "Solidarności" Lecha Wałęsy. Jeden i jedna setna procenta. O 74 tys. głosów mniej niż Janusz Korwin-Mikke, trzykrotnie mniej od Andrzeja Leppera. Piętnastokrotnie mniej od wielkiego przegranego tych wyborów i następcy Wałęsy na fotelu szefa Związku Mariana Krzaklewskiego. Co doprowadziło Wałęsę do tego miejsca? Nieumiejętność pogodzenia się z porażką? Przecenianie własnych sił? A może brawurowa odmiana poczucia obowiązku nakazująca iść na złamanie karku na każdy bój?

Wydawało się, że po tej dotkliwej porażce Wałęsy jego następca Aleksander Kwaśniewski uzna, że z polityki trzeba "dobrze odejść", zachowując autorytet i niepodlegający okrucieństwu wyborczej weryfikacji kapitał społecznego zaufania. Wydawało się, że nie będzie szukał swojego jednego procentu, który skaże go na polityczną nieobecność wbrew jego woli. A jednak ostatnie miesiące były równie fatalnym prezydenckim "życiem po życiu". Zamieniły dobre wspomnienie kijowskiej mediacji z czasów pomarańczowej rewolucji na zawstydzającą niefrasobliwość kijowskiego wykładu. Zamieniły mocną legitymację do zabierania głosu w sprawach polityki międzynarodowej na poważne wątpliwości, jakie budził wywiad dla niemieckiej wersji "Vanity Fair". Zamieniły wreszcie wizerunek tego, kto zawsze wygrywa i może nauczyć Donalda Tuska, jak się zostaje prezydentem, na status piątego koła u wozu czterokołowej koalicji SLD-SdPL-UP-PD.

Właśnie wyborcza porażka Lewicy i Demokratów stanowi ów "jeden procent" Kwaśniewskiego bardziej niż uprzednie kompromitacje dotkliwy dla tego polityka. Ta koalicja nie tylko nie pożywiła się błędami rządów Prawa i Sprawiedliwości i nie zdyskontowała swojej twardej opozycji wobec Jarosława Kaczyńskiego, ale wręcz straciła kolejnych kilka punktów z roku 2005. Suma poparcia dla tworzących ją ugrupowań wyniosła wtedy ponad 17 proc. Obecnie ponad 13 - oznacza to nie tylko mniejsze poparcie, ale także mniejszą reprezentację parlamentarną. Strata jest szczególnie dotkliwa dla SLD, który w Sejmie V kadencji miał 55 posłów, a dziś musi się podzielić 52 mandatami z trójką koalicjantów. Strata jest dotkliwa także dla Demokratów, którzy zrezygnowali już praktycznie z samodzielnego bytu politycznego, wiążąc się z postkomunistyczną lewicą w imię kompletnie anachronicznego mitu Okrągłego Stołu, który to rekwizyt zarówno Kwaśniewski, jak i demokraci usiłują uczynić symbolem trudnej do zdefiniowania "lewicowości".

Kwaśniewski mógłby się jeszcze bronić, twierdząc, że podał rękę tonącemu. Wskazywać na znacznie niższe notowania tej formacji zapowiadające jej kompletną klęskę. Mógłby uzasadniać swoje zaangażowanie w kampanię 2007 roku obawą przed widmem rządów autorytarnej prawicy. Mógłby wreszcie widzieć w nowej formule szansę na nową tożsamość programową, której czas nieuchronnie nadejdzie. Tak jednak nie jest. Z ruchu obrony demokracji nie wyszło wiele poza ostrzałem artyleryjskim, który pomógł po raz kolejny - zgodnie z ustrojową logiką III Rzeczypospolitej - uniknąć jakiejkolwiek poważniejszej lustracji lub ujawnienia akt IPN. Zadatków na nową lewicę można by z tym samym powodzeniem co w ramach LiD szukać we wszystkich pozostałych partiach naszej sceny politycznej.

Oile bowiem w latach 90. można było jeszcze zrozumieć, że lewicowy kostium jest najwygodniejszą z możliwych ideowych szat postkomunistów, o tyle dziś resztkę lewicowej tożsamości można dostrzec już tylko w kilku kwestiach światopoglądowych (trącących zwykle śmiesznym XIX-wiecznym antyklerykalizmem) albo w kiepsko pasujących do byłych działaczy komunistycznych młodzieżówek, a dziś dość statecznych polityków, hasłach swobody obyczajowej. Lewicowa wrażliwość LiD nie różni się niczym od pokrewnych uczuć "współczującego liberalizmu" PO, "solidarnego państwa" PiS, LPR i Samoobrony czy zdroworozsądkowego etatyzmu PSL. LiD proponuje nam ciągłe zachwyty nad przeszłymi zasługami tworzących go partii. Nad Okrągłym Stołem i ekonomicznym planem Balcerowicza, nad wspólną konstytucją SLD, UD, UP i PSL, nad duchem zgody, który ogarnia coraz bardziej tych, którzy zawarli ją przed 18 laty. Gdyby Kwaśniewski był zdolny do rzucenia - tym razem swoim kolegom - hasła "wybierzmy przyszłość", musiałby ten cały nostalgiczno-potransformacyjny liryzm odesłać do lamusa. Powinien powtórzyć im to, co powiedział dziennikarce "Rzeczypospolitej": "Mnie się już nie chce słuchać obietnic, które nigdy nie będą spełnione, jak na przykład ta o podatku liniowym", uświadomić, co to znaczy, że ich zadaniem nie jest walka o wyborcze procenty, ale o sformułowanie nośnej społecznie alternatywy wobec prawicy. Kwaśniewski to wszystko wie, ale nie potrafi powiedzieć, że programowa i personalna propozycja LiD nijak się ma do wyzwań nowej sytuacji politycznej. Tymczasem, nie potrafiąc stać się formułującym ostre sądy liderem, staje się dobrotliwym wujkiem, oddającym się do dyspozycji niezbyt rozgarniętym siostrzeńcom.

Kluczowy problem polega, jak się wydaje, na tym, że lata 90. tworzyły zasadniczo odmienny kontekst społeczny i obyczajowy, do którego Kwaśniewski pasował znacznie lepiej niż do współczesnej Polski - ze swoim miękkim relatywizmem ostatniego pokolenia aparatu PRL, z reakcjami ujmującymi naturalnością, z "polityką psychoterapeuty" ryzykującego ukrywanie przed pacjentem chorób ciała ze względu na wymogi dobrostanu psychicznego. Z koncentrowaniem się na efektownej prezentacji swych działań, na drobiazgowej dbałości o wrażenie. I ze specyficzną dla lat 90. ideologią sukcesu, która pod dywan zamiata różne okoliczności "dodatkowe", jakie dzisiejsza - pozbawiona zahamowań i autocenzury - prasa wyciągnie bezlitośnie każdemu ulubieńcowi publiczności.

Zmęczone niepewnością jutra i ryzykiem kolejnych reform społeczeństwo widziało w Kwaśniewskim polityka stabilizacji. Wierzyło jego pojednawczym gestom. Cieszyło się jego dobrym międzynarodowym wizerunkiem. Gdyby nie męcząca prezydentura Wałęsy, może nie zdecydowałoby się na tak daleko idącą alternatywę wobec pierwszego przewodniczącego "Solidarności". Gdyby nie kontrast z małostkową i kłócącą się o byle co prawicą może nie znalazłoby w sobie dość brawury, by powierzyć godność prezydenta postkomuniście.

Fenomen Kwaśniewskiego nie sprowadzał się do specyficznej i rzeczywiście rzadkiej mieszanki cech charakteryzujących tego polityka. Kwaśniewski nie był jedynie najbardziej "reprezentacyjnym" liderem segmentu postkomunistycznego. Był w jakimś stopniu uosobieniem istotnego wątku tamtej epoki, jej sukcesów i ich dwuznacznego charakteru. Zachował z tamtych czasów sporo trzeźwości i dystansu. Nabrał wielu miłych cech "starego polityka", który nie wpada w furię z byle powodu, oddziela sprawy błahe od ważnych, a od czasu do czasu potrafi spojrzeć na siebie z dystansem. A mimo to przegrał.

Nie dostrzegł bowiem istotnej zmiany. Jeszcze tydzień przed wyborami mówił o Tusku, że "jest tak samo umoczony w historię jak my". Nie zrozumiał, że rewolucja semantyczna roku 2003, jak każda rewolucja, w znacznym stopniu oczyściła Jarosława Kaczyńskiego, Jana Rokitę i Donalda Tuska. Że, mówiąc obrazowo i z pewną przesadą, przestali oni być rówieśnikami Kwaśniewskiego i stali się rówieśnikami Zbigniewa Ziobry. Kwaśniewski próbował jeszcze - nie dostrzegając tego zwrotu - odnaleźć swoje miejsce, uzasadniając je potrzebą roztoczenia jakiegoś patronatu nad młodymi w SLD, (choć pod tym pojęciem kryli się wszyscy z wyjątkiem Leszka Millera), a potem młodymi w ogóle. Nie uznając przy tym, że szansą, ba - warunkiem zaistnienia każdego młodego "lewicowca" jest odcięcie się od Kwaśniewskiego.

Odcięcie się nie ze względu na PRL-owską przeszłość, ale właśnie ze względu na całkowicie nielewicową prezydenturę. Ze względu na pozycję patrona warszawskiego towarzystwa lat 90., które straciło resztki wdzięku po aferze Rywina. Ze względu na absolutną niewiarygodność i anachroniczność LiD. Gdyby Kwaśniewski chciał coś dla tego młodego lewicowca uczynić - musiałby raczej koncepcję Lewicy i Demokratów zakwestionować, postawić Olejniczaka i jego rówieśników w sytuacji nieznośnej samodzielności. Przede wszystkim intelektualnej. Nie faszerować ich frazesami o społeczeństwie obywatelskim, standardach demokracji, wizji europejskiej przyszłości. Pozwolić im na przeprowadzenie radykalnej diagnozy społecznej, która musiałaby w jakimś stopniu zakwestionować status quo.

Tymczasem młodej lewicy pozwala się jedynie na polityczną krytykę "braci Kaczyńskich", czyli jedynej radykalnej próby zmiany układu społecznego powstałego w pierwszej fazie transformacji. Biedni lewicowcy na dorobku mają zostać społecznymi konserwatystami. Mają bronić praw własności chroniących majątki Kulczyka i Krauzego, szanować uznane autorytety intelektualne, podzielać kulturalne gusta swych mentorów. Mają podzielać ich entuzjazm dla biurokracji europejskiej (nazywanej z nieznanych powodów "europejską wizją"), uchwalonej przed 10 laty konstytucji, dla zawartych sojuszy i międzynarodowych zobowiązań. Lewica mimo swego "postępowego" image'u jest najbardziej anachroniczną formacją na polskiej scenie politycznej, ma w swym arsenale ideowym najwięcej niewzruszonych dogmatów i objętych nietykalnością intelektualną autorytetów. Kwaśniewski, chcąc nie chcąc, stał się kustoszem tego anachronizmu. Jako prezydent zdobył dla niego uznanie salonów i przychylność "szarego człowieka". Po roku 2005 nie potrafił zrozumieć nowych reguł i nowych tematów publicznej debaty. Nie zauważył, że poziom ryzyka wytwarzany przez reguły i nieformalne struktury III Rzeczypospolitej wzrósł znacznie w początkach rządów Millera, że spolegliwi dotąd aktorzy coraz bardziej ostentacyjnie zaczęli deklarować swoją nieufność i swoje obawy. Gdyby poważnie potraktowano kłopoty RMF z Krajową Radą i jej sekretarzem, do sprawy Rywina pewnie by nie doszło. Gdyby przyjrzano się aresztowaniu Modrzejewskiego, być może udałoby się ukryć niewygodne dla rządzących informacje na temat zakulisowych gier w gospodarce, mediach, administracji.

Kwaśniewski nie zrozumiał nowych czasów.

Ich ducha uznał za formę przemocy i niesprawiedliwego osądu wyrażonego wobec osób, które dobrze przysłużyły się krajowi w latach 90. Nowe obyczaje - brutalne i bezceremonialne - uznał za atak na demokratyczne reguły gry. Idąc za łatwą retorycznie tezą przypisał wszystkie te niewygody politycznym przeciwnikom: Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego partii. IV Rzeczpospolita stała się dla niego nie tylko próbą zakwestionowania jego dokonań, ale po prostu - jego świata. Próbą ponazywania wszystkiego obcymi, niezrozumiałymi słowami. Słowami, które kilka razy wypchnięto z publicznego obiegu. Które skutecznie - jak się wydawało - powiązano z chorobą nienawiści, patologią społecznych konfliktów. Kiedy wróciły - posługiwali się nimi wszyscy: dziennikarz w TVN i przechodzień na ulicy. Student na spotkaniu wyborczym i starsza pani ubrana w moherową czapkę.

Nie sposób było powtórzyć sukcesu z roku 1995. Publiczność nie reagowała już na terapeutyczne tyrady, młodzież znalazła sobie innego guru od wybierania przyszłości. Doświadczony polityk - jakim bez wątpienia jest Kwaśniewski - zadawał celne ciosy w wyborczej debacie z Tuskiem. Zwyciężał raz, drugi - lecz ostatecznie przegrał. Przegrał dla siebie i dla stworzonej według własnego specyficznego gustu koalicji. IV Rzeczpospolita - czy, mówiąc szerzej, ta "nowa Polska" - okazała się niewrażliwa na stare wdzięki. Obłudnie deklarowała jeszcze sympatię i uznanie dla byłego prezydenta, ale nie chciała go słuchać i oglądać. Nie udzielała kredytu zaufania jego podopiecznym.

Kwaśniewski był mało przekonujący jako kandydat na premiera i jako niekandydujący na posła lider formacji. Wątpliwości dotyczące jego słabości do alkoholu były jedynie dodatkiem do tego ogólnego wizerunku. Oburzano się na nie solennie, ale bez przekonania. Trochę z obowiązku i nawyku. Nikt jednak nie ośmielił się odmówić Kwaśniewskiemu prawa do kolejnych wystąpień. A on ze stoickim spokojem przyjmował złośliwości przeciwników i byłych sojuszników. Wycofując się z polityki, próbował jeszcze zamknąć sprawę IV Rzeczypospolitej. Próbował uciąć choć jedną z głów Smoka, który odebrał mu Królestwo i pozbawił praw do wskazania następców. Każdy ma taką IV Rzeczypospolitą, na jaką sobie zasłużył. IV RP Kwaśniewskiego jest sennym koszmarem zrodzonym z ducha zazdrości bądź zawiści (były prezydent dobrze nie wie czego) potworem. Aby pokonać taki sen, trzeba się po prostu obudzić. Uznać, że to rzeczywistość uległa zmianie, nawet jeżeli ta zmiana polega przede wszystkim na innym języku publicznych sporów.

W nowej Polsce obowiązują inne reguły gry. Nikt nie może już liczyć na długie milczenie mediów w sprawach drobnych lub wielkich przewinień. Nie istnieje już zorganizowana siatka "segmentu postkomunistycznego" poszarpana kolejnymi aferami, nagraniami, pozbawiona elementarnego kapitału wzajemnego zaufania. Nie istnieją hierarchie autorytetów, na których mogłaby się wspierać byle jaka polityka. Nie istnieją rozbudowane struktury perswazyjne nakazujące "ponoszenie wyrzeczeń dla dobra transformacji", systemy wykluczeń odwołujące się do wspólnego frontu walki o tolerancję dla tak samo myślących. Spór stał się bardziej brutalny, słowa bardziej jednoznaczne, stary cynizm elit politycznych - trudniejszy do zakamuflowania.

IV Rzeczpospolita to zaledwie pomysł, by ten nowy chaos okiełznać, wpisać w pewien porządek instytucjonalny. By zbudować trwałe sposoby ochrony przed przemocą (polityka karna), zagwarantować prawo do sprawiedliwego sądu (którego brak był jednym z oskarżeń wobec III Rzeczypospolitej), ustalić, że władza ma obowiązek eliminowania nieuczciwych graczy. IV Rzeczpospolita to pomysł na państwo, które będzie brane pod uwagę w ważnych dla Polaków procesach gospodarczych, międzynarodowych, w sferze symbolicznej, którą z nieznanych powodów przeciwstawia się realnej.

Można uznać - jak uczynił to Kwaśniewski - że próba okiełznania chaosu jest immanentną tego chaosu częścią. Ba, że jest częścią najbardziej niebezpieczną i nieprzewidywalną. I obrażać się na coraz mniej zrozumiałą rzeczywistość, delegalizując ją kolejnymi wywiadami, przemówieniami i wykładami. Ten rodzaj porażki był w końcu udziałem wielu większych od Kwaśniewskiego polityków i mężów stanu. W najgorszym wypadku - pozostanie przecież pocieszenie, że "jeden procent" Leszka Millera i Lecha Wałęsy był mniejszy, bardziej upokarzający niż ten własny.

p

*Rafał Matyja, ur. 1967, politolog, historyk, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Jeden z najbardziej znanych polskich publicystów i komentatorów politycznych - dziś związany z "Dziennikiem". Był działaczem opozycji demokratycznej, redaktorem pism "Nurt" oraz "Debata". W latach 90. pełnił funkcję redaktora naczelnego "Kwartalnika Konserwatywnego" oraz redaktora "Nowego Państwa". Opublikował (wraz z Kazimierzem M. Ujazdowskim) książki "Równi i równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych: szansa czy zagrożenie?" (1994). Ostatnio wydał "Państwowość PRL w refleksji politycznej lat 1956 - 1980" (2007). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 183 z 6 października br. zamieściliśmy jego tekst "Koniec złudzeń".