W dyskusjach na temat Rosji niebagatelną rolę odgrywały zawsze historyczne porównania i paralele. Kiedyś na Zachodzie spierano się, czy Związek Radziecki jest kontynuacją tradycji władzy charakterystycznej dla Rosji carskiej. Taki pogląd wyznawała część zachodnich sowietologów, a protestował przeciwko niemu między innymi Aleksander Sołżenicyn. Dziś toczy się spór o to, do czego porównać system stworzony przez Putina. Czy to nowe wcielenie sowieckiego imperializmu? A może reaktywacja czegoś jeszcze starszego? Pisarz Władimir Sorokin, autor wydanego niedawno w Polsce "Dnia oprycznika", stawia wyjątkowo ponurą diagnozę. Jego zdaniem gdy chodzi o sposób sprawowania władzy, mamy w Rosji do czynienia z ciągłością sięgającą czasów Iwana Groźnego. Mentalność ludzi związanych z Kremlem w swej istocie nie zmieniła się od stuleci. Zmieniły się jedynie środki, za pomocą których wypełniają oni polecenia kremlowskich władców. Sama władza pozostaje dla nich czymś nieodgadnionym i tajemniczym, co równie dobrze może ich wynieść na szczyty, jak i strącić w przepaść. Wobec takiego myślenia prozachodni liberałowie i demokraci pozostają na razie bezsilni.

p

Filip Memches: "Dzień oprycznika" to chyba najbardziej politycznie zaangażowane spośród pańskich dzieł. Historia Rosji zatacza w tej powieści koło. W roku 2027 kraj ponownie jest w rękach opryczniny - słynącej z okrucieństwa carskiej służby politycznej utworzonej przez Iwana Groźnego w celu likwidacji władzy bojarów. Czy sytuacja dzisiejszej Rosji jest już na tyle dramatyczna, że pisarzowi nie pozostaje nic innego, jak ostrzegać czytelnika przed rysującą się ponurą przyszłością, kreśląc mroczne, antyutopijne wizje?
Władimir Sorokin*: Przede wszystkim "Dzień oprycznika" nie jest jedynie satyrą na wydarzenia bieżące. Stanowi próbę metaforycznego opisu rosyjskiej władzy i uchwycenia jej istoty w wymiarze ponadczasowym. To nie jest klasyczna antyutopia - jak u George'a Orwella. Zamierzałem napisać rubasznym, jarmarcznym językiem coś w rodzaju książki ludowej. Chciałem, żeby zawierała ona to, co jest straszne, lecz i to, co śmieszne - takie bowiem są rosyjskie dzieje. Współczesna Rosja dała mi oczywiście pewien impuls, bo jesteśmy obecnie świadkami powrotu do autorytarnych metod rządzenia. Poza tym jest jeszcze jedno źródło inspiracji. Mieszkam w domu pod Moskwą. W pewien zimowy, słoneczny dzień przywiozłem z miasta dla mojego psa ogromną kość szpikową owiniętą kawałkiem mięsa. Rzuciłem ją na bielący się w świetle słońca śnieg. A pies ni stąd, ni zowąd zaczął wokół tego krwistego kawałka swój triumfalny taniec. I ten właśnie taniec z jakiegoś powodu natchnął mnie do tego, żeby podjąć temat opryczników jutra.

Jako dygresję można przypomnieć, że historyczni oprycznicy mieli przymocowane do siodeł swoich koni głowy psów. Przejdźmy jednak do innej kwestii. "Dzień oprycznika", jak pan powiedział, stylizowany jest na książkę ludową. Spojrzenie niższych warstw społecznych na polityczny stan rzeczy różni się jednak od spojrzenia elity intelektualnej, która dążąc do obiektywnego rozpoznania rzeczywistości, wobec niej się dystansuje. Pan zdaje się tego dystansu unika...
Chciałem się utożsamić z głównym bohaterem powieści Andriejem Komiagą, z oprycznikiem. Pragnąłem popatrzeć na Rosję i świat jego oczami, zgłębić jego mentalność. Nie miałem zamiaru - jak Orwell - opisywać tej ponurej rzeczywistości z zewnątrz. Z pewnością to nie jest książka futurologiczna. Zastanawiam się przede wszystkim nad moralnością człowieka władzy, człowieka stojącego stale u ręki, która go karmi i chroni. Ktoś taki czuje się wyobcowany wobec społeczeństwa. Oprycznik w języku starorosyjskim oznacza człowieka wyodrębnionego, któremu się na wiele pozwala. Zastanawiając się od dłuższego czasu nad fenomenem opryczniny, zwróciłem uwagę na interesujący paradoks. To wyraziste i potworne zjawisko nie zostało jak do tej pory adekwatnie scharakteryzowane w literaturze rosyjskiej. Jest tylko jedna poruszająca ten temat powieść - "Książę Srebrny" Aleksieja Tołstoja. Ponadto wymienić można nieduży poemat Michaiła Lermontowa "Pieśń o carze Iwanie Wasylewiczu, o młodym opryczniku i o udałym kupcu Kałasznikowie" oraz operę Piotra Czajkowskiego "Oprycznik". Ale to są dość lekkie ujęcia problemu. Rozumiem, dlaczego tak jest. Żeby bowiem opisać istotę opryczniny, potrzebujemy nowego markiza de Sade'a. Żadna cenzura by takiego opisu nie przepuściła. Ten brak opisu ma gigantyczne konsekwencje: etyka i logika opryczniny, jej korporacyjna solidarność - to wszystko pozostaje do dziś żywe i obecne, bo jest przez literaturę niezlustrowane, ukryte przed naszym spojrzeniem. Każdy rosyjski urzędnik niższego szczebla, gdy tylko trafia na swoje miejsce, zaczyna zachowywać się jak oprycznik.

Sformułuję dość prowokacyjną hipotezę: oprycznina to było narzędzie rosyjskiej modernizacji. Iwan Groźny okazał się pierwszym nowoczesnym władcą Rosji świadomym tego, że podporą rządzenia nie są dla cara bojarzy, lecz sprawna, bezwzględna, "demokratyczna w sposobie rekrutacji swoich pracowników" policja polityczna.
Model państwa, jaki zbudował w połowie XVI wieku Iwan Groźny, nie zmienił się do chwili obecnej. Przez minione osiem lat prezydentury Putina dawał o sobie znać bardzo mocno. Współcześni oprycznicy rozbijają sie mercedesami, korzystają z telefonów komórkowych, lecz moralność tych ludzi nie uległa od pięciu wieków zmianie.

Czy ceną utożsamienia się z oprycznikem Komiagą, głównym bohaterem pana książki, jest powściągliwość w jednoznacznej ocenie takich ponurych postaci?
Kiedy zabieram się do opisu człowieka od jego wnętrza, nie mogę żywić wobec niego negatywnych uczuć. W przeciwnym razie nie będę w stanie pokazać jego mentalności. Mam do Komiagi stosunek taki jak pisarz do swojego bohatera - stosunek troskliwy. Ale nie chodzi mi też o to, żeby go lubiano. Komiaga pod wieloma względami jest człowiekiem zależnym. I w każdym momencie może się stać ofiarą. Taki jest los wszystkich opryczników. Z całego kierownictwa opryczniny przeżył tylko jeden jedyny Borys Godunow. Wszystkich pozostałych zdążył zgładzić Iwan Groźny. W XX stuleciu scenariusz ten powtórzył się w wypadku NKWD. Dlatego Komiaga mimo przywilejów, jakimi się cieszy, nie może być uznany za osobę szczęśliwą. Wprawdzie stoi ponad zwykłymi śmiertelnikami, lecz będąc zwrócony twarzą do nich, pozostaje odwrócony plecami do Kremla, skąd może nadejść nieoczekiwany cios.

"Dzień oprycznika" może również prowokować zarzuty o zohydzanie Rosji, o wzmacnianie na jej temat najgorszych stereotypów głoszących, że z powodu swoich uwarunkowań historyczno-terytorialnych oraz kulturowych nigdy się nie stanie europejskim demokratycznym krajem...
Jeśli będziemy się zachowywać jak przez ostatnie osiem lat, to o demokracji z pewnością w Rosji wszyscy zapomną. A wymowa "Dnia oprycznika" nie ma tu nic do rzeczy. Inną sprawą jest to, że podjąłem się pewnego rodzaju eksperymentu. U nas wielu patriotów mówi, iż Rosja powinna odgrodzić się od zepsutego Zachodu i iść swoją ścieżką - musi się stać prawosławnym imperium z rozwiniętymi technologiami. Postanowiłem więc pofantazjować na ten temat i spróbować pokazać, jakie mogą być tego konsekwencje. Żelazna kurtyna oddzielała Rosję od Zachodu przez większą część XX wieku. Rosja sowiecka szła przecież własną drogą. Ale pod względem stylu była to jakby nowa droga, ponieważ cała ideologia została przejęta od myślicieli zachodnich: Marksa i innych. Tak więc stylistycznie - pod względem języka, propagandy, symboliki - Związek Sowiecki okazał się dla Rosji doświadczeniem nowym. Teraz jednak nowej propozycji ideologicznej brakuje. Jest tylko oligarchiczny kolektywizm na bazie rosyjskiego zideologizowanego prawosławia z ośrodkiem władzy jako głównym oligarchą. Funkcjonując w takich warunkach, Rosja stylistycznie bardzo prędko znajdzie się w XVI - XVII wieku. Będziemy wtedy się komunikować ówczesnym kodem, a ze współczesnością będą nas wiązać wyłącznie wysokie technologie.

To co pana przeraża, jest obiektem marzeń eurazjanistów, takich jak Aleksander Dugin, dla których Rosja stanowi osobną cywilizację nie należącą ani do Europy, ani do Azji.
Rosja mentalnie różni się od Europy. Ale jest mnóstwo Rosjan pragnących i gotowych żyć w demokratycznym, obliczalnym kraju. Oni nie chcą bać się władzy, nie chcą być ciągle sparaliżowani myślą, że państwo szykuje im kolejne przykre niespodzianki. Takich ludzi nie jest mało, dlatego nie sądzę, żeby sytuacja była beznadziejna.

Nieprzypadkowo wspomniałem tu Dugina. W "Dniu oprycznika" pojawia się on jako Duga wraz z Glebem Pawłowskim jako Pawłuszką - obaj są błaznami monarchini. Czy z tego wynika, że mimo to, że mają oni opinię czołowych ideologów i propagandzistów reżimu, to nie można ich traktować serio? Pan Dugę i Pawłuszkę wrzuca do jednego worka, chociaż oni sami starają się akcentować dzielące ich różnice...
Wszystkich tego typu ludzi łączy jedno - nostalgia za imperium, za państwem, którego boją się sąsiedzi i własny naród. Jeśli występują tu jakieś różnice, to za istotne można uznać wyłącznie te dotyczące intencji. Są tacy, którzy błądzą i w swoim zagubieniu pozostają po prostu szczerzy. Ale obok nich jest mnóstwo cyników, którzy grają z użyciem rozmaitych formuł ideologicznych, lecz tak naprawdę chcą tylko być jak najbliżej władzy. Co do Dugi i Pawłuszki - owszem, książka traktuje także o tego typu ludziach, o ich żałosnych zachowaniach, ich obsesji na punkcie władzy, która jest dla nich czymś zakrytym, niewysławialnym, wymagającym niemal czci religijnej. Jeśli człowiek Zachodu może powiedzieć: "Państwo to ja", może utożsamić się z nim, to Rosjanin powie: "Państwo to oni" i wskazuje Kreml.

Rosyjska liberalna inteligencja jest dziś chyba bardzo osamotniona. Społeczeństwo nawet mimo wielu zastrzeżeń do władzy nie podziela jej punktu widzenia. Czy to nie jest znak czasu?
Problem jest znacznie szerszy. Obecnie mamy w Rosji do czynienia z milczeniem inteligencji - z powodu tego, co się u nas dzieje. I to milczenie jest dość zdumiewające. Zresztą inteligencja ma świadomość owego stanu rzeczy, bo sama sobie zadaje pytanie, dlaczego tak się zachowuje. Wydaje mi się, że cała kwestia dotyczy tego, iż ta część inteligencji, która walczyła z władzą sowiecką - mam na myśli zwłaszcza pokolenie szestidiesiatników - nie potrafi teraz przemówić właściwymi słowami, bo w przeszłości posługiwała się językiem antysowietyzmu. Robiła to zresztą na różnych poziomach. Jedne osoby ograniczały się wyłącznie do dyskusji w zaciszu domowym, inne opowiadały kawały o Breżniewie czy Andropowie. Byli wreszcie tacy, którzy publikowali w drugim obiegu lub zabierali głos w mediach emigracyjnych i zachodnich. W latach 90., kiedy Związku Sowieckiego już nie było, ludzie ci zaczęli ów język zapominać. Skoro obiekt krytyki się rozpadł, to i jej środki się zdezaktualizowały. Teraz rzecz jasna wskrzeszanie tego języka w odniesieniu do obecnej władzy nie ma sensu, ponieważ to nie zadziała i tylko zabrzmi archaicznie lub groteskowo. Niestety, niektórzy postarzali dysydenci próbują to robić. Natomiast język krytyki obecnego reżimu dopiero dojrzewa.

Czy prezydentura Miedwiediewa może Rosję zmienić? Teoretycznie wymiana pokoleń powinna temu sprzyjać. W dodatku, jak na razie, Rosja nie izoluje się od świata.
Taka możliwość - możliwość pójścia ścieżką demokracji zachodnich - nadal istnieje i jej realizacja nie zależy od tego, kto ile ma lat. Znam wielu Rosjan w podeszłym wieku, którzy chcieliby takich zmian. Mam nadzieję, że wcześniej czy później to się uda. Co do prezydentury Miedwiediewa, to pozostaje ona wielką niewiadomą. Kreml jest bowiem bardzo specjalnym miejscem. Ludzie, gdy już tam się przeprowadzą, stają się czasem nie do poznania. To bywają naprawdę bardzo daleko idące przemiany, lecz ich kierunku nigdy nie można przewidzieć.

Czy nie jest pan zbytnim optymistą? Do przezwyciężenia pozostaje dziedzictwo opryczniny. To znacznie trudniejsze zadanie aniżeli denazyfikacja w Niemczech?
Tak, oczywiście. Dlatego uważam, że zmiany na lepsze oznaczają bardzo bolesny proces.

Swego czasu wywołał pan skandal powieścią "Gołuboje sało". W rezultacie stał się pan obiektem ataków proputinowskiej organizacji Idący Razem, która oskarżyła pana o rozpowszechnianie pornografii. Czy władza ogranicza panu jako pisarzowi swobodę wypowiedzi?
W Rosji już mamy cenzurę. Występuje ona w mediach i jest dość surowa. Jednak na razie nie dotyczy literatury, teatru, kina. Pisarz może napisać, co chce, a wydawca to wydać. Ale podkreślam, że ta sytuacja dotyczy dnia dzisiejszego. W Rosji wszystko jest możliwe. Obecna sytuacja może się potoczyć w dowolnym kierunku.

A ten skandal? Czy panu nie pomógł? Przecież dzięki tej akcji Idących Razem pańska twórczość zyskała dodatkowy rozgłos.
Oczywiście, rozgłos był. Ale po pierwsze i bez tego mam wystarczająco dużo czytelników. A po drugie była też sprawa karna. A na dodatek stałem się obiektem czarnego PR. To było brzydkie wydarzenie. Pokazało ono, że dziedzictwo przeszłości tkwi bardzo głęboko w umysłach wielu ludzi.

p

*Władimir Sorokin, ur. 1955, pisarz i grafik, jeden z najwybitniejszych współczesnych prozaików rosyjskich, czołowy przedstawiciel rosyjskiego konceptualizmu. Jego twórczość przyniosła mu opinię skandalisty, a nawet spowodowała represje ze strony dzisiejszej rosyjskiej władzy. Jest autorem głośnej trylogii powieściowej: "Lód" (wyd. pol. 2005), "Bro" (wyd. pol. 2006), "23 000" (wyd. pol. 2007). W tym roku w Polsce nakładem wydawnictwa W.A.B. ukazała się jego najnowsza powieść "Dzień oprycznika".