Polka z Gruzji chce wrócić do ojczyzny
Kiedy w Gruzji wybuchła wojna, z Polski zaczęły napływać dary dla tego kraju. Ale na pomoc czekają nie tylko Gruzini. Potrzebuje jej też Polka Marina Warsimaszwili-Urbanowicz, 40-letnia nauczycielka z Tbilisi. Od trzech lat stara się o repatriację do Polski. Na razie bezskutecznie. Żeby mogła przeprowadzić się tu z rodziną, musi mieć mieszkanie i pracę - czytamy w DZIENNIKU.
- Szczęśliwy finał walki o repatriację
- Hindusi i Wietnamczycy wybudują Polskę
- Polska zaprasza Gruzinów do pracy
- Matka dzieci, które wypadły z okna, jest w Polsce nielegalnie
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Trzy lata temu Urząd do Spraw Cudzoziemców wydał decyzję, że Marina Warsimaszwili-Urbanowicz może otrzymać wizę repatriacyjną. Zgodnie z prawem musi jednak spełnić jeszcze dwa warunki: mieć w Polsce mieszkanie i pracę. Oznacza to, że któraś z polskich gmin powinna ją oficjalnie zaprosić i zapewnić jej dach nad głową i zatrudnienie.
"Dokładnie rok temu Marina przystąpiła do konkursu dla repatriantów organizowanego przez Urząd Miasta w Warszawie, w którym można było otrzymać jedno z pięciu mieszkań. Marinie się nie poszczęściło" - mówi Dorota Przymies, prezes Fundacji "Ocalenie", która pomaga Marinie w jej staraniach.
Marina jest córką Polaka i Ormianki. Jej ojciec Antoni Urbanowicz znalazł się na terenie dzisiejszej Gruzji, kiedy razem ze swoją matką, rodowitą krakowianką, uciekali przed zawieruchą II wojny światowej. Po wojnie chcieli wrócić, ale korespondencja wysyłana do bliskich w Polsce wracała z adnotacją "adresat nieznany”. Zostali. Gruzińskie koleżanki małej Mariny dziwiły się, kiedy rodzice mówili do niej Marysiu, a ona zwracała się do mamy: mamusiu. Strasznie śmieszyło je imię babci Mariny: Bolesława. Jednak w domu Urbanowiczów rozmawiało się głównie po rosyjsku. "Za czasów Związku Radzieckiego wszyscy mówili po rosyjsku" - tłumaczy nam Marina.
Z dzieciństwa utkwiła jej w pamięci taka historia: "Ojciec był księgowym w miejscowej firmie. Chciano go awansować, dać lepszą pensję, ale w zamian miał się zrzec polskiej narodowości. Nie zgodził się. Jak ważna i niezwykła była to decyzja, zrozumiałam dopiero po latach. Jestem mu bezgranicznie wdzięczna za to, że tak postąpił" - mówi. Ojciec Mariny zachorował i zmarł, kiedy ona miała 16 lat. Gdy umierał, obiecała mu, że nauczy się polskiego i wróci do Polski. Pierwszą obietnicę spełniła: jest nauczycielką w polskiej szkole w Tbilisi, pracuje też jako tłumaczka rosyjsko-gruzińsko-polska; ostatnio w obozie uchodźców w Gori. Języka nauczyła również swoich dwóch synów. Starszy właśnie rozpoczyna studia na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydziale Ekonomii.
Marina pierwszy raz zobaczyła Polskę w 2003 r. Dostała się wówczas na wakacyjny kurs polskiego dla nauczycieli ze Wschodu. Zwiedziła Kraków, Warszawę, Lublin. Cały czas ma nadzieję, że uda jej się zamieszkać w Warszawie albo innym dużym polskim mieście. "W takim miejscu miałabym większe szanse zdobyć pracę jako tłumaczka" - mówi.
Warszawski urząd miasta ma jeszcze pięć mieszkań przeznaczonych dla repatriantów. Na pozytywne rozpatrzenie czeka jednak ponad sto wniosków.
POMOC DLA MARINY
Aby pomóc Marinie, należy kontaktować się z jej pełnomocniczką z fundacji "Ocalenie" pod numerem 0788-797-413.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!