Napisane porywającym językiem dzieło, które w pierwszym dwutomowym wydaniu liczyło niemal tysiąc stron, jest pierwszą tak szeroko zakrojoną próbą opisania przez Sloterdijka podstawowych wyznaczników nowoczesności. Niemiecki myśliciel definiuje cynizm jako "oświeconą fałszywą świadomość", która wprawdzie składa obietnice wyzwolenia od ucisku i ciemnoty, ale czyni to ze świadomością, że nigdy nie będzie w stanie się z nich wywiązać. Okresem, który trwale naznaczył nowoczesność cynicznym piętnem, są według Sloterdijka lata międzywojenne, kiedy składanie wyzwoleńczych obietnic bez pokrycia sięgnęło szczytu za sprawą komunizmu i narodowego socjalizmu. Ich echa słychać do dziś w rozmaitych formach utopijnego myślenia obiecującego wyzwolenie, lecz w głębi skrywającego opresję przedstawianą jako wyższa konieczność. "Krytyka cynicznego rozumu" wywołała wkrótce po opublikowaniu gwałtowne spory. Z uznaniem pisał o niej między innymi Jürgen Habermas, twierdząc, że Sloterdijk pokazał istotną analogię między impulsami napędzającymi międzywojenne niepokoje i emancypacyjne ruchy roku 1968. Książka stała się też przyczynkiem do dyskusji nad miejscem filozofii w dyskursie publicznym. Wskazywano, że Sloterdijk uwolnił filozofię od piętna akademickości, podobnie jak we Francji uczynili to tak zwani nowi filozofowie - André Glucksmann czy Alain Finkielkraut.

p

Paweł Marczewski: W "Krytyce cynicznego rozumu" Sloterdijk zauważa, że cyniczne rozumowanie może pojawić się jedynie wtedy, gdy rzeczy mają dwojaką postać - oficjalną i nieoficjalną, ukrytą i obnażoną - kiedy można je oglądać zarówno z punktu widzenia bohatera, jak i kamerdynera. Czy dziś również możemy obserwować tak zdefiniowany fenomen cynizmu?
Boris Groys*: Jesteśmy dziś stale konfrontowani z podejrzeniami. Wszelkie wysiłki na rzecz dobroczynności czy emancypacji stają się dwuznaczne. Obawiamy się, że w istocie są one zawoalowanymi formami reklamy. We wszystkich praktykach politycznych dopatrujemy się ukrytych interesów. Gdyby Emil Zola wygłosił dziś swoje dramatyczne "Oskarżam", zaraz odezwałyby się głosy, że robi to dla zdobycia popularności.

Książka Sloterdijka, wydana w 1983 roku, wywołała w Niemczech prawdziwą burzę. Zdaniem niemieckiego filozofa cynizm, który doszedł w pełni do głosu w XX wieku, to "oświecona fałszywa świadomość", która każdą próbę emancypacji kwituje ironią. Czy piętnowane przez filozofa formy cynizmu, takie jak pacyfizm w sferze zbrojeń czy feminizm w sferze ludzkiej seksualności, wciąż pozostają niebezpieczne?
Współczesne formy cynizmu opisywane przez Sloterdijka mają jedną cechę wspólną - polegają na tym, że proponuje się pewne działania, o których z góry wiadomo, że są skazane na porażkę. Dobrze pokazuje to przykład pacyfisty, który decyduje się na pacyfizm dobrze wiedząc, że nie da się uczynić zadość jego wymaganiom i że jest on do utrzymania tylko tak długo, jak długo na jego straży będzie stała jakaś armia. Tego rodzaju "produkcja porażek" to ważna cecha nowoczesności. Naznaczona jest nią zarówno współczesna sztuka, jak i polityka. Pytanie, czy zawsze musi ona przyjąć formę cynizmu. Oczywiście Sloterdijk ma rację, kiedy w swojej książce nazywa cynizmem przedstawianie porażek jako sukcesów, braku wyzwolenia lub wyzwolenia połowicznego jako pełnej emancypacji. Być może jednak "produkcja porażek" może również przyjąć bardziej otwartą formę, stać się strategią opartą na postutopijnym wyśmianiu pragnienia tego co niemożliwe.

Mówi pan, że lekarstwem na zbrodnicze, utopijne myślenie jest śmiech. Sloterdijk wydaje się jednak przerażony sytuacją, w której każda próba protestu może zostać łatwo zbagatelizowana dzięki ironii. Cynizm definiuje jako "refleksyjny fałsz", który świadom własnego kłamstwa z łatwością wyśmiewa wszelkie próby podważenia status quo.
Protest jest dla niego również projektem niemożliwym. Utopią, która wiele razy zawiodła i może być wykorzystana jako parawan maskujący niemożność osiągnięcia niemożliwego. Nie oznacza to jednak, że można zrezygnować z protestu. Musimy protestować i ponosić porażki. Klęska nie może być alibi dla zaprzestania wysiłków. Ironia nie jest wrogiem protestu, niekoniecznie musi podważać sens polityki emancypacyjnej. Sądzę, że Sloterdijk zgodziłby się ze mną w tym punkcie. Jeśli przyjrzymy się oświeceniu, pracom Woltera czy Diderota, okaże się, że ironia była dla nich narzędziem protestu. Dziś również może spełniać tę rolę, pomagać w zdystansowaniu się wobec zastanych warunków społecznych. U podstaw krytyki sformułowanej przez Sloterdijka - sądzę, że jest ona słuszna - leży przekonanie, że XX-wieczne ruchy emancypacyjne zawierają w sobie pierwiastek totalitarny. Na pierwszym poziomie obiecują emancypację, na drugim jednak dążą do ustanowienia utopijnego ładu, który staje się opresyjny. Ironiczna polityka Sloterdijka oznacza zatem emancypację wyższego rzędu, swoiste "wyzwolenie od wyzwolenia". Polega na zdystansowaniu się nie tylko wobec już istniejącej struktury ucisku, ale również wobec totalitarnego potencjału zawartego w ruchach wyzwoleńczych.

Sloterdijk dostrzega to ukryte zagrożenie totalitarne w kulturowych prądach okresu międzywojennego. Czy to trafne rozpoznanie?
Tak, ale trzeba spojrzeć na tę diagnozę z punktu widzenia jego późniejszych prac. Dziś Sloterdijk wiele mówi o postawie "postheroicznej", swoją myśl definiuje jako postheroiczną. Heroizm niesie ze sobą określone konotacje - utopizm, totalitaryzm, bycie w awangardzie. Sloterdijk odwołuje się do naszego doświadczenia z ruchami socjalistycznymi, komunistycznymi, faszystowskimi. Spogląda na zbrodniczą, heroiczną twarz XX stulecia. Jego postheroiczne stanowisko ma jednak również korzenie w latach 20. czy 30., kiedy niektóre prądy myślowe oparły się pokusie masowych ruchów, pozostały wobec nich krytyczne i ironiczne. Sloterdijk stara się ożywić to dziedzictwo, odtworzyć atmosferę ironii i krytycyzmu, stąd jego odpowiedź na utopijne aspekty rządów Busha. Jego zdaniem postheroiczna Europa przeciwstawiła się wciąż heroicznej Ameryce.

Wizja postheroicznej Europy jest swoistym projektem emancypacyjnym, obietnicą przezwyciężenia zbrodniczej, heroicznej przeszłości kontynentu, ale być może - podobnie jak ruchy lat 20. czy 30. XX wieku - również skrywa w sobie groźbę niebezpiecznej utopii? Może tutaj też potrzeba emancypacji wyższego rzędu, jak pan to ujął - "wyzwolenia od wyzwolenia"?
Naiwnością byłoby sądzić, że całe społeczeństwo może stać się postheroiczne, posttotalitarne lub postutopijne. Marzenie o innym świecie, lepszej przyszłości nigdy nie umiera. Jest obecne zarówno w europejskich społeczeństwach, jak i w świadomości poszczególnych Europejczyków. Peter Sloterdijk napisał kiedyś, że każdy, kto pragnie mieć rodzinę, jest komunistą, bowiem rodzina jest pewną formą komunizmu dla dwojga, gdzie wszystko jest wspólne. Idee w rodzaju komunizmu są trwale wpisane w ludzkie postrzeganie świata. Jednocześnie dysponujemy jednak narzędziami w postaci ironii czy postawy postheroicznej. Z jednej strony mamy zatem utopijne impulsy w naszych społeczeństwach i w nas samych, a z drugiej możemy się wobec nich dystansować, ironizować na ich temat.

p

*Boris Groys, ur. 1947, niemiecki filozof i teoretyk sztuki