Krzemiński wskazuje, że hegemonia partii Tuska jest mało zachęcającą perspektywą w sytuacji, gdy PO pozostaje ugrupowaniem bez wyraźnej strategii, które coraz bardziej rozczarowuje swoich - zwłaszcza inteligenckich - zwolenników. Modernizacyjna aktywność rządu ogranicza się na razie do produkowania raportów i prognoz na przyszłość. Projektów konkretnych reform nie widać. Za to w partii panuje wyraźny triumfalizm, przekonanie o tym, że zwycięstwo w kolejnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich jest właściwie pewne. Wystarczy tylko nadal unikać rzeczywistych konfliktów i sprowadzać politykę do efektownego show… Ta pewność może się jednak okazać zwodnicza, bo Polaków nie da się zmienić w całkowicie biernych konsumentów PR-owskiej papki.

p

Ireneusz Krzemiński*:

Platforma nie ma pomysłu na niezbędną modernizację polskiego państwa

Opinia publiczna nieodmiennie sprzyja rządowi, premierowi i PO. Wyniki badań nie pozostawiają wątpliwości, że poparcie to jest wciąż olbrzymie - nawet jeśli ostatnio wyraźnie spada. Gdy porównać (według danych CBOS) zadowolenie z rządu i oceny jego pracy, okaże się, że rząd Donalda Tuska cieszy się uderzająco wysokim poparciem. Kiedy jego poprzednicy (choćby Jerzy Buzek, nie wspominając już o Jarosławie Kaczyńskim) dawno mieli przewagę ocen negatywnych, gabinet Tuska wciąż ma dużą przewagę dobrych ocen nad złymi. Towarzyszy temu poparcie dla rządzącej partii, czyli PO. Nawet jeśli poparcie to spada, i tak przewaga PO nad głównym przeciwnikiem, czyli PiS, raczej wzrosła, niż zmalała w porównaniu z ubiegłym rokiem. Utrzymujące się praktycznie od 2007 roku wysokie poparcie dla Platformy Obywatelskiej rodzi pytanie o wieczność jej rządów. Ekipa Donalda Tuska sprawia wrażenie, jakby była pewna, że premier ma zapewnione zwycięstwo w najbliższych wyborach prezydenckich, a jego partia w wyborach do parlamentu. I nic dziwnego - taki scenariusz wcale nie wydaje się oparty na pobożnych życzeniach, ale raczej na realnych przesłankach, o których była mowa na początku. Co więcej, wydaje się, że nawet ci, których PO rozczarowała i którzy coraz bardziej krytycznie oceniają rząd Tuska, wciąż mają w pamięci koszmar koalicji PiS - Samoobrona - LPR i dlatego gotowi są machnąć ręką na błędy i zaniechania obecnego rządu, byle tylko partia Jarosława Kaczyńskiego nie wróciła do władzy.


Niezagrożona dominacja?

Dominacji Platformy nie zagraża więc PiS ani tym bardziej SLD, osłabiony wewnętrznymi sprzecznościami, rozbiciem elektoratu i lekceważeniem przez kierownictwo własnego zaplecza intelektualnego. Nadzieję może budzić pojawienie się w nowej postaci Stronnictwa Demokratycznego. Mogłoby ono stać się dobrą alternatywą dla PO, ale wciąż ma małe szanse, by mocno zaistnieć na scenie politycznej. Przeszkodą w tym wypadku nie jest tylko instytucjonalizacja systemu partyjnego - Paweł Piskorski jako przywódca odrodzonego SD potrafi bowiem wykorzystać partyjny majątek do pokonania bariery niemożliwej do sforsowania dla innych partii (takich jak Partia Kobiet czy Zieloni). Jednak SD pod jego przywództwem już znalazło się w polu ataków: zwalczane z jednej strony z przyczyn ideologicznych przez prawicę narodową, z drugiej zaś - z powodu podziałów wewnątrz szeroko pojmowanego obozu liberalnego - przez "Gazetę Wyborczą", o PO nie wspominając. SD ma wrogów od prawa do lewa polskiej sceny politycznej. Co więcej, ataki na tę partię będą w dużym stopniu skupiać się na przywódcy i taka personalna nagonka na Pawła Piskorskiego może szybko zablokować (a w każdym razie bardzo utrudnić) jego sensowną inicjatywę polityczną.

Wobec tak zdecydowanej dominacji Platformy pojawiają się obawy o monopolizację polskiej polityki przez tę partię. Gdyby Donald Tusk zwyciężył w zbliżających się wyborach prezydenckich (na co są bardzo duże szanse), a Platforma Obywatelska w wyborach parlamentarnych za dwa lata, znaleźlibyśmy się w dość nietypowej sytuacji. Czy taka monopolizacja byłaby dobra, czy zła dla Polski? Być może to nie sama monopolizacja jest problemem, ale użytek, jaki mogłaby z niej zrobić siła rządząca. Gdybyśmy mieli do czynienia z formacją posiadającą potężny mandat społeczny, wyraźny program zmian, a przy tym wykazującą wolę definitywnego załatwienia spraw, które od 20 lat pozostają w Polsce niedokończone albo nawet nie zostały zaczęte, to długotrwała hegemonia takiego ugrupowania byłaby jak najbardziej korzystna. W wypadku PO chyba jednak tak nie jest.

Mimo niezwykle korzystnych ocen społecznych rząd Donalda Tuska wypada mizernie na tle gabinetów, które mogłyby być tutaj punktem odniesienia. Mam na myśli rządy Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jerzego Buzka, które nawet jeśli popełniały błędy i traciły poparcie, to za cenę (być może nieuniknioną) odważnych reform. Ich ocena, z perspektywy lat, wypada teraz znacznie lepiej. Obecna ekipa nie podejmuje żadnych działań, które miałyby doprowadzić do przełomu. Jedyne jej osiągnięcie stanowią dwa dokumenty przygotowane przez zespół ministra Michała Boniego: pierwszy, dotyczący kapitału intelektualnego (media nie raczyły się nim w ogóle zająć), oraz drugi, potężny raport "Polska 2030", stanowiący jednak tylko podstawę do formułowania konkretnych projektów, dzięki którym polityka mogłaby stać się czymś więcej niż tylko utrzymywaniem się na stanowiskach. Wnioskiem płynącym z obu raportów Boniego jest to, że jednym z najważniejszych priorytetów dla państwa powinny być kwestie dotyczące edukacji i rozwoju nauki.


Liberalizm lobbystów

Kiedy dwa lata temu Donald Tusk obejmował stanowisko premiera, można było się spodziewać, że będzie mu przyświecać takie rozumienie polityki, jakie uformowało go w latach 80. i na początku 90. Od premiera można było oczekiwać, że będzie myślał nie tylko o wskaźnikach rozwoju gospodarczego i naprawie popsutych przez poprzedników stosunków międzynarodowych, lecz także o kapitale intelektualnym społeczeństwa oraz o stworzeniu warunków do tego, by wspomniane wskaźniki znaczyły szybką drogę ku europejskiemu dobrobytowi społeczeństwa. A to oznaczało przede wszystkim reformy edukacji i nauki oraz naprawę państwa, by mogło ono sprzyjać intensywnemu rozwojowi społeczno-gospodarczemu.

Tymczasem dwie najważniejsze osoby w rządzie odpowiedzialne za reformy edukacyjne, czyli Katarzyna Hall i Barbara Kudrycka, nie mają w premierze politycznego oparcia. Przykładem może być projekt obniżenia wieku szkolnego do sześciu lat. Najważniejszym założeniem tego projektu było podniesienie poziomu edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej na wsi i w małych miastach, a tym samym wyrównanie szans edukacyjnych. Pomysł ten spotkał się z wynikającymi z braku zrozumienia projektu protestami opinii publicznej, na które szef rządu nie odpowiedział. Minister edukacji została więc na placu boju sama.

Można byłoby powiedzieć, że kwestia ta nie ma wielkiego znaczenia, jednak ten właśnie element reformy oświaty odnosi się do sprawy zasadniczej. Platforma powstała jako partia liberalna. To określenie zobowiązuje, zwłaszcza że ogromne poparcie dla PO jest odzwierciedleniem liberalnych przemian dokonujących się od 20 lat w mentalności Polaków. Choć liberalizm jako filozofia polityki nie rości sobie pretensji do budowania całościowej wizji rzeczywistości, w jego centrum znajduje się istotny aspekt moralny urządzania życia społecznego: równość praw i szans wszystkich obywateli. W tym kontekście wyrównanie dostępu do edukacji jest sprawą wagi zasadniczej, którą jednak premier zdaje się lekceważyć.

PO nie prezentuje też liberalizmu w kwestiach światopoglądowych. Platforma nie potrafi złożyć żadnej propozycji dotyczącej ewidentnej supremacji Kościoła katolickiego, którego hierarchowie chcą narzucać społeczeństwu moralność publiczną. Co prawda, Donald Tusk opowiedział się za liberalnym rozwiązaniem w sprawie zapłodnienia in vitro, ale trudno uznać taką deklarację za wyraz ideowej odwagi, skoro ten stanowczy pogląd i tak kompletnie się rozmył i nie przyniósł żadnych efektów.


Liberalizm Platformy jest dość specjalnego rodzaju: PO traktuje liberalne poglądy tylko jako narzędzie "wolności ekonomicznej", która sprowadza się do tego, by urynkowić co się da. Przed takim redukowaniem myślenia liberalnego przestrzegał zresztą w książce "Liberalizm po komunizmie" Jerzy Szacki. W latach 90. ówcześni przywódcy Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Jan Krzysztof Bielecki i Janusz Lewandowski, zaangażowani byli w wielkie przedsięwzięcia prywatyzacyjne, które miały doprowadzić do urynkowienia potwora, jakim była gospodarka odziedziczona po PRL. Dziś jednak nie ma przyzwolenia na zdecydowaną prywatyzację gospodarczych molochów, w których skarb państwa ma wciąż większościowe udziały, a liberalne i sprawiedliwe społecznie reformy - jak choćby zniesienie absurdalnego wręcz KRUS - nie są nawet planowane. Liberalizm członków PO sprowadza się do lobbystycznych w gruncie rzeczy zabiegów, które polegają na budowaniu prywatnych przedsięwzięć w silnym powiązaniu z państwem dającym, rzecz jasna, niezłe oparcie biznesowe… Za tymi działaniami kryją się grupki platformerskich biznesmenów, którzy, podobnie jak w latach 90., dążą do rozwoju sektora prywatnego, próbując uzyskać wsparcie państwa. Przykładem takich działań są próby wdrożenia quasi-rynkowych półrozwiązań czy nawet ćwierćrozwiązań mających reformować służbę zdrowia. Świadczą one zresztą także o tym, że Ewa Kopacz to jeden ze słabszych ministrów obecnego rządu.

Zapomniane reformy

Wśród wielu obszarów życia publicznego wymagających reformy są i takie, którymi ekipa Tuska w ogóle się nie interesuje. Wystarczy wspomnieć choćby palącą kwestię emerytur - polskiemu systemowi ubezpieczeń społecznych grozi zapaść. By jednak rozwiązać takie problemy, potrzebne są nie doraźne działania taktyczne, ale długofalowa strategia. Tymczasem nikt z ekipy Donalda Tuska - poza Michałem Bonim - nie zajmuje się tym zagadnieniem. Raporty Boniego wskazują jednoznacznie, że już obecnie Polska staje przed istotną barierą dalszego rozwoju. Ekstensywne w gruncie rzeczy drogi rozwoju nie wystarczą już polskiej gospodarce i polskiemu społeczeństwu. Konieczne jest stworzenie nowych jakości i gwałtowny wzrost innowacyjności gospodarczo-społecznej. Stąd też poszukiwanie sposobów na powiązanie placówek badawczych i uniwersytetów z gospodarką.


Wszystko to wymaga jednak niezbędnej naprawy państwa. Mówię o naprawie, a nie tylko o reformie. Niewrażliwe na interesy społeczne, ociężałe, aroganckie państwo musi przejść niezbędną odnowę, włącznie z moralnymi standardami działania urzędników. Bez tego będziemy wciąż skazani na postkomunistyczną "niemożność". Budowa, a właściwie kompromitująca niebudowa infrastruktury komunikacyjnej jest najbardziej wstrząsającym przykładem tej nieefektywności państwa.

To, że Platforma nie uruchomiła projektów, które mogłyby pchnąć Polskę na nowe tory, jest o tyle zadziwiające, że miała po swojej stronie większość inteligencji. Jesienią 2007 roku i później PO miała okazję zaprosić do współpracy nad opracowaniem strategii rządu wybitnych intelektualistów, z którymi mogła stworzyć jeśli nie gabinet specjalistów, to przynajmniej efektywnie i z oddaniem pracujące ciała doradcze. Tak się jednak nie stało. Problem współpracy z intelektualistami dotyczy jednak wszystkich aktorów sceny politycznej. Taka współpraca wymaga od polityków dzielenia się władzą, liczenia z opiniami ludzi, którzy nie uczestniczą w walce o nią i którzy postrzegają rzeczywistość polityczną inaczej. Tymczasem wszystkie partie zamieniły się w instytucje autorytarnie podporządkowane swemu wodzowi. Ktokolwiek ma zdanie odmienne niż przywódca, jest natychmiast niszczony.

Bierność Platformy wyraźnie wzmacnia polityka Pałacu Prezydenckiego. Kiedy Lech Kaczyński objął urząd prezydenta, zapowiadał, że wbrew ograniczonym prerogatywom swojego urzędu będzie bardzo aktywny pod względem inicjatyw ustawodawczych. Oczywiście już po powstaniu rządu Donalda Tuska prezydent zgłosił wiele propozycji ustaw - tyle że nic z tego nie wynikło. I nie tylko dlatego, że przepadały cenne projekty. Było raczej odwrotnie. Inicjatywy prezydenta powinny być na takim poziomie, by móc efektywnie zakładać, iż zostaną poważnie rozważone przez rząd, nawet jeśli głowa państwa reprezentuje opozycję. Dobrych i bardzo dobrych inicjatyw ustawodawczych nie można by łatwo zlikwidować. Tymczasem w wypadku Lecha Kaczyńskiego mamy do czynienia z władzą negatywną, polegającą na ustawodawczej obstrukcji wobec rządu Tuska - bez względu na merytoryczną wartość ustaw.


Polityka jako show

Z sytuacji tej zadowoleni są niemal wszyscy uczestnicy gry politycznej: zarówno koalicja rządowa, jak i opozycja parlamentarna. Ważną rolę odgrywają tu media, które wymuszają na politykach rozmaite widowiskowe zachowania. Ci zaś wykorzystują środki przekazu do budowania i prezentowania budzącego emocje wizerunku. Dominują więc napastliwość i wzajemne oskarżenia - wszystko to, czym można zasłonić brak merytorycznej debaty. A społeczeństwo zamienia się w telewidzów odbierających politykę jako show.

Separowaniu się polityki od realnych problemów towarzyszy również to, że grupy, które były aktywne politycznie, znacznie zmniejszyły swoje wysiłki na rzecz zmiany status quo. Środowiska feministyczne, gejowsko-lesbijskie, nacjonalistyczne czy nawet biznesowe nie wysuwają swoich postulatów tak głośno, jak jeszcze kilka lat temu. Wydawałoby się więc, iż rząd Tuska może się cieszyć spokojem. To jednak złudzenie.

Przyjmowanie postawy telewidza ma bowiem swoje granice. Kiedy upada wielki zakład pracy zatrudniający kilka tysięcy ludzi, trzeba się liczyć z możliwością społecznego wybuchu. Protesty przeciw projektowi minister Hall dowodzą, że Polacy nie są politycznie bierni. Okazuje się, że można pobudzić ich aktywność i inicjatywę. Można byłoby ją wykorzystać do realizacji ambitnych zamierzeń. Tymczasem scenariusz na najbliższe lata rysuje się raczej dość ponuro. Nic nie wskazuje bowiem na to, by ewentualny hegemon polityczny chciał wykorzystywać swoją pozycję do przeprowadzenia koniecznych reform. Takich reform, które skierują energię polskiego społeczeństwa, ba, polskiego narodu, na ścieżkę intensywnego rozwoju, pobudzą przyrost innowacyjności i sprawią, że Polska będzie mogła śmiało konkurować na europejskim i światowym rynku. Wszystko wskazuje na to, że hegemonia PO może oznaczać bierność, która utrudni zmierzanie ku europejskim standardom życia. A to oznaczałoby, w gruncie rzeczy, katastrofę. Rzecz jasna, jeśli za katastrofę uznać "dryfowanie" w przyszłość - jak nazwał to Michał Boni - i niewykorzystywanie własnych możliwości rozwojowych.

Ireneusz Krzemiński

p

*Ireneusz Krzemiński, ur. 1949, socjolog, profesor w Instytucie Socjologii UW, kierownik Pracowni Teorii Zmiany Społecznej. Znawca socjologii interakcjonistycznej, zajmował się też doświadczeniem i społeczną historią "Solidarności" - na ten temat opublikował m.in. książki "Świat zakorzeniony" (1988), "Czy Polska po Solidarności?" (1989). Ostatnio wydał "Wolność, równość, odmienność. Nowe ruchy społeczne w Polsce początków XXI wieku" (2006). W "Europie" nr 233 z 20 września ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Ten problem jest istotny, ale nie najważniejszy".