Pogląd drugi zakłada coś wręcz przeciwnego: Chińczycy, tak jak i ludzie Zachodu pragną wolności - nie tylko gospodarczej - oraz demokracji. Argumenty Iana Burumy mieszczą się gdzieś pośrodku między tymi dwoma stanowiskami. Z jednej strony wskazuje on, że demokracja kojarzy się Chińczykom z anarchią i chaosem - nauczeni przykładem jelcynowskiej Rosji z lat 90. za wszelką cenę chcieliby uniknąć podobnego rozprzężenia społecznego i politycznego. Ten pogląd charakterystyczny jest dla warstw rządzących i większej części klasy średniej, która korzysta z dobrodziejstw "państwowego kapitalizmu". Z drugiej strony jednak większość społeczeństwa sprzeciwia się arbitralności chińskiej władzy i pragnie poszerzenia sfery swobodnej krytyki jej poczynań. Ta sprzeczność często zdaniem Burumy umyka uwagi zachodnich komentatorów, którzy zadowalają się ogólnikami o "chińskiej tradycji autorytaryzmu" albo naiwnie projektują historyczne doświadczenia Zachodu na umysłowość Chińczyków. Chiny nie maszerują dziś z pewnością w kierunku liberalnej demokracji, ale nie znaczy to, że są skazane wyłącznie na taką czy inną formę nowoczesnego despotyzmu.

p

Maciej Nowicki: Od dłuższego czasu nieustannie słyszymy: "Liczą się tylko Chiny. To ich rozwój zadecyduje o tym, jak będzie wyglądał XXI wiek".
Ian Buruma*:
Sukces Chin stanowi największe wyzwanie dla liberalnej demokracji od czasu pojawienia się faszyzmu w latach 30. Nie mam tu na myśli zagrożenia militarnego - przekonanie, że Chiny pragną np. wielkiej wojny ze Stanami Zjednoczonymi jest czystym szaleństwem. Chiny odnoszą swoje wielkie zwycięstwo w dziedzinie idei. To, co robi Pekin, uważane jest przez wielu za atrakcyjną alternatywę dla mariażu kapitalizmu z demokracją.

Czy to prawdziwa alternatywa? Czy nie jest po prostu powtórką z fazy "dzikiego kapitalizmu", którą Europa przeszła w XIX wieku?
To nie ma nic wspólnego z XIX-wiecznym kapitalizmem w Europie. Zgoda: europejscy robotnicy - nie wspominając już o kobietach - nie mieli wtedy praw wyborczych. Jednak nawet w najbardziej bezwzględnych fazach zachodniego kapitalizmu istniała wielka sieć organizacji niezależnych od państwa: kościołów, klubów, partii politycznych i stowarzyszeń dostępnych dla wszystkich klas społecznych. W Chinach mimo ideologicznego bankructwa komunizmu nic podobnego się nie pojawiło. Jednocześnie moda na poszukiwanie alternatywy dla Stanów Zjednoczonych jako światowego hegemona nie przeminęła. Wielu myślicieli lewicowych, w przeszłości zaangażowanych na rzecz państw Trzeciego Świata, od dawna szuka swojej Mekki, która mogłaby służyć jako kontrprzykład dla drogi obranej przez państwa Zachodu. Swego czasu taką rolę pełniły Kuba czy Związek Sowiecki. Dziś odgrywają ją Chiny rządzone przez byłych stalinowców nawróconych na kapitalizm.... Lewica wychwala społeczeństwo, które pogoń za pieniądzem uznało za podstawowe - i właściwie jedyne - zadanie ludzkości.

Chce pan przez to powiedzieć, że wszystkiemu winna jest lewica.
Nie. Chiny istotnie stanowią potęgę na skalę światową, a wpływ Stanów Zjednoczonych zdaje się zmniejszać. Trudno polemizować z historią sukcesu. Ale musimy pamiętać, jakie są konsekwencje tego powodzenia. Chińczycy podważyli raz na zawsze ideę, w którą tak bardzo chcieliśmy wierzyć: że kapitalizm i pojawienie się zamożnej burżuazji muszą nieuchronnie prowadzić do wyłonienia się liberalnej demokracji. Przecież w Chinach to właśnie klasa średnia, przekupiona obietnicą jeszcze większej zamożności, robi wszystko, by zachować istniejący porządek polityczny. Być może kiedyś tego pożałuje, ale jak na razie jej wybór jest jasny: ślubuje posłuszeństwo w zamian za pieniądze. Zresztą ten model jest atrakcyjny nie tylko dla chińskich elit z wybrzeża. Jego zasięg jest globalny. Dyktatorzy z całego świata kochają Pekin. Bo jest to model niezachodni, a Chińczycy nie chcą nikogo nawracać na demokrację. Na dodatek mają mnóstwo pieniędzy - spora ich część ląduje w kieszeniach dyktatorów. Dowodząc, że autorytaryzm może oznaczać sukces, Chiny stanowią przykład dla autokratów od Moskwy po Dubaj, od Islamabadu po Chartum. Troska o prawa człowieka stała się czymś niemodnym lub jest przedstawiana jako dowód na arogancję Zachodu.

Peter Sloterdijk powiedział mi, że europejska demokracja może znacznie osłabnąć pod wpływem "chińskiej grypy".
Na szczęście Europejczycy jak na razie nie naśladują Pekinu. Albo przynajmniej w niewielkim stopniu. Berlusconi jest zafascynowany Chinami, podobnie jak ludzie skupieni wokół Victora Orbána. Nie zmienia to jednak faktu, że sukces Chin podkopał przekonanie wielu Europejczyków o wyższości demokracji.

Legitymizacja władzy w Chinach opiera się na gwarancjach porządku i nieustającego wzrostu gospodarczego. Co w tej sytuacji oznacza kryzys gospodarczy? Czy stanowi jakieś zagrożenie dla potęgi Chin?
Jak do tej pory prawie nic na to nie wskazuje. Chiny mimo spowolnienia gospodarczego i tak radzą sobie lepiej niż większość krajów. Głównymi ofiarami kryzysu są tam zwalniani robotnicy, którzy masowo wracają na wieś, bez grosza. Szanse na to, że znowu znajdą pracę, są bliskie zeru. Biedni, często oszukani przez dawnych pracodawców, utracili wszystkie szanse. Ich gniew często kończy się zamieszkami. Jednak nie stanowią oni żadnej zorganizowanej siły, policja radzi sobie z nimi bez większego trudu. Sytuacja zmieniłaby się na dobre dopiero wtedy, gdy poziom życia klasy średniej obniżyłby się dramatycznie. Wtedy partia komunistyczna znalazłaby się w kłopotach. W historii Chin upadającą władzę centralną bardzo często zastępowali lokalni władcy. Szefowie partii z prowincji, podobnie jak "panowie wojny" 100 lat temu, mogliby przejąć władzę nad regionami. Jest mało prawdopodobne, by okazali się zwolennikami demokracji. Może też dojść do wybuchu skrajnego nacjonalizmu. Rząd w Pekinie będzie robił wszystko, by nakierować złość klasy średniej na "cele zewnętrzne". Wtedy przywracaniem porządku - w krwawy sposób - może zająć się chińska armia. Jednak na razie podobne scenariusze wydają się bardzo, bardzo odległe. Jak mówiłem, kryzys musi stać się odczuwalny dla wykształconych warstw społeczeństwa. A na razie nic na to nie wskazuje.

Niektórzy twierdzą, że Chiny już dziś mają tyle wolności, ile potrzebują. Bill Emmott powiedział mi, że nie ma sensu wymagać od Chin wprowadzenia demokracji. Wystarczy, że kraj i poczynania władz będą trochę bardziej transparentne. Nie ma sensu żądać więcej.
To prawda, że wolność jednostki jest większa, niż była 20 lat temu, ale to nie wystarczy. Moim zdaniem, gdyby Pekinowi udało się pójść w kierunku bardziej otwartego społeczeństwa, stałby się jeszcze poważniejszą siłą. Demokratyzacja uwolniłaby pokłady kreatywności, które dziś pozostają w uśpieniu. Proszę spojrzeć na Tajwan. Demokracja to jeden z powodów, dla których Tajwan jest tak wielkim problemem dla Chin. Jeżeli chińska tradycja wymaga autorytaryzmu, to co zrobić z Tajwanem, który ma znacznie wyższy poziom życia i jest krajem demokratycznym? Przecież Tajwańczycy także są Chińczykami. To sprawia, że cała ta gadanina o "chińskim zamiłowaniu do autorytaryzmu" traci wszelki sens.

A czy mamy w ogóle jakiś dowód na to, że Chińczycy pragną dziś demokracji?
Wszystko zależy od tego, w jaki sposób postawimy to pytanie. Gdyby zapytać Chińczyków, czy chcą, aby ich kraj był demokracją, wielu na pewno odpowie: "Nie, nie chcę". Ponieważ uważają demokrację za system niestabilny, niezdolny do utrzymania porządku społecznego. Jeśli zwrócimy się do przedstawicieli elity, niemal na pewno odpowiedzą w ten właśnie sposób. Jedną z głównych przyczyn takiej postawy jest chaos, jaki zapanował w Rosji pod rządami Jelcyna - Chińczycy nie chcą niczego takiego u siebie. Opinia, że oddanie głosu ludowi doprowadzi do załamania porządku i wybuchu przemocy - co w najnowszej historii Chin zdarzało się często - jest powszechna wśród elit.

Trudno to uznać za argument na rzecz demokracji.
Tyle że, po pierwsze, bez wolności słowa w Chinach nigdy nie dowiemy się, czego chcą Chińczycy. Jak można wiedzieć, czego pragną, skoro skazani są na kłamstwo? Zachodni obserwatorzy piszą często: "Chińczykom w ogóle nie zależy na ustanowieniu demokracji". Ale to nie jest żadna objawiona prawda, to jedynie wrażenia, jakie obserwatorzy ci wynoszą ze swoich podróży do Pekinu i rozmów z kilkoma osobami. Po drugie, jeśli zadamy Chińczykom pytanie w kategoriach abstrakcyjnych np. "Czy wierzysz w rządy prawa?", wielu odpowie rzeczywiście przecząco. Ale jeśli zapytać, czy chcą, aby lokalni liderzy partyjni mogli aresztować ich, kiedy tylko zapragną, bez podania przyczyn, wówczas z pewnością opowiedzą się za demokracją, a nie za autorytaryzmem. Wbrew temu, co głoszą zachodni komentatorzy, Chińczycy bardzo chcą poszerzenia sfery wolności. Mogą się różnić w kwestii scenariuszy osiągnięcia tego celu, w niczym nie zmienia to jednak faktu, że go pragną. W Chinach żyje wielu ludzi gotowych poświęcić życie dla zdobycia wolności. Pojawia się więc pytanie: czy Zachód poprze działania tych ludzi, czy też poświęci ich w imię krótkoterminowych interesów? Tak naprawdę, wbrew temu, co się często mówi, główny problem polega na tym, że Zachód rzadko kiedy - o ile w ogóle - "narzucał" komuś demokrację. Być może, gdyby naprawdę ją narzucał, świat byłby lepszym miejscem. Przecież w czasie zimnej wojny polityka amerykańska sprowadzała się do tego, by wspierać "naszych sukinsynów", o ile byli antykomunistyczni. W czasie wojny z Irakiem zrobiono demokracji niedźwiedzią przysługę: wiele o niej mówiono, ale ludzie administracji Busha tak naprawdę w ogóle nie byli zainteresowani tworzeniem wolnych instytucji.

Niedawno minęła 20. rocznica masakry na placu Tiananmen. Mark Leonard, autor ksiązki "What does China thinks" ("Co myślą Chiny"), powiedział mi, że Zachód postrzega te wydarzenia jako wyraz walki o demokratyzację, podczas gdy były to przede wszystkim protesty o charakterze ekonomicznym, wywołane inflacją i coraz większym bezrobociem.
Mark Leonard powinien pamiętać, że wśród demonstrujących byli także dziennikarze oficjalnych gazet z transparentami "Nie chcemy dłużej pisać kłamstw!". Tiananmen to był protest przeciwko masowej korupcji wśród urzędników państwowych, ale żądano również niezależnych związków studentów, wolności słowa itp. Ludzie, którzy twierdzą, że protesty w 1989 roku nie miały nic wspólnego z wolą demokratyzacji, szukają jedynie wygodnego alibi dla siebie.

Tiananmen zostało wyparte z pamięci - większość młodych Chińczyków po prostu nigdy o tych wydarzeniach nie słyszało. Z kolei w przypadku Mao obowiązuje oficjalna wersja, zgodnie z którą jego poczynania były "w 70 procentach słuszne, a w 30 procentach błędne". Przyznaje się, że Mao popełniał błędy. Jednak dyskusja o tym, na czym owe błędy polegały, jest wciąż zakazana, a fakt, że Mao był wielkim zbrodniarzem, nie ma dla Chińczyków większego znaczenia. Jednym słowem, chińska oficjalna wersja historii jest równie zakłamana, co rosyjska...
Chińska wizja przeszłości z pewnością sięga dalej w przeszłość niż rosyjska. Chińczycy są dumni ze swojej cywilizacji, z faktu, że jest to najstarsza żywa cywilizacja na świecie. Jednocześnie ich wizja samych siebie jest zdecydowanie bardziej spójna niż Rosjan. Rosjanie są zawsze rozdarci między tożsamością azjatycką i europejską, natomiast Chińczycy są przekonani, że ich cywilizacja przewyższa wszystkie inne kultury. Za to jedno jest w przypadku obu tych narodów podobne: traktują one historię jako narzędzie realizacji celów politycznych. Dla Chin takim celem jest dziś przede wszystkim dalszy wzrost ekonomiczny i odzyskanie statusu światowej potęgi. Chiny pragną być na tyle potężne, by żadna inna siła zewnętrzna - czy będą to Stany Zjednoczone czy Japonia - nie mogła narzucić im swoich warunków. Stąd historia ostatnich 200 lat jest przedstawiana jako epoka barbarzyńskich - zachodnich i japońskich - najazdów, przed powtórzeniem których ma chronić dzisiejszy wzrost potęgi kraju pod rządami partii komunistycznej. Największym kłamstwem jest właśnie twierdzenie, że to KPCh jest jedynym gwarantem chińskiej potęgi i tylko ona może uratować kraj przed wewnętrznym chaosem.

Czy ktokolwiek w Chinach wierzy jeszcze w komunizm?
Jedynie bardzo wąska grupa ludzi. Technokraci, którzy rządzą krajem, z pewnością nie są marksistami. Zapytani wprost najprawdopodobniej przedstawiliby się jako zwolennicy "chińskiego komunizmu", ideologii dostosowanej do warunków ich kraju, która w praktyce z komunizmem ma niewiele wspólnego. Dlaczego po prostu nie odrzucą komunizmu? To się wiąże z chińską tradycją. W przeszłości legitymację dla władzy w Chinach zawsze stanowiły rzekome cnoty i wyższość moralna oparte na naukach Konfucjusza. Pod rządami Mao struktura władzy pozostała niezmieniona - tyle że nauki Konfucjusza jako gwaranta moralności zastąpiły pisma Mao. Dziś władza po raz kolejny poszukuje uprawomocnienia. Niektórzy członkowie elity opowiadają się za przywróceniem tej funkcji konfucjanizmowi, inni nawołują do reinterpretacji komunizmu.

Kishore Mahbubani, mentor Li Kuan Jewa, byłego premiera Singapuru, przedstawia zjednoczoną Azję przyszłości, opartą na chińskiej potędze jako ulepszoną wersję Unii Europejskiej - znacznie silniejszą i bardziej solidarną.
Jest wiele dziedzin, w których kraje azjatyckie radzą sobie lepiej niż europejskie - np. przestępczość - ale nie sądzę, by polityka była jedną z nich. Jeśli wierzymy w liberalną demokrację, kraje azjatyckie niewiele mogą nam zaoferować. Azja jest bardzo daleko od stworzenia związku na wzór Unii Europejskiej. Chińczycy nie znoszą uniwersalistycznego języka, który charakteryzuje Europejczyków - widzą w tym jedynie zachodni imperializm w przebraniu. Wolą rozumować kategoriami siły i potęgi. To zresztą jeden z powodów, dla których lepiej dogadywali się z Bushem niż z Obamą. Nie przeszkadza im, że Obama jest czarny - ten fakt z całą pewnością odgrywa większą rolę w Rosji niż w Chinach - natomiast polityka Obamy to dla nich na razie tylko słowa: pojednanie, zaangażowanie, pokój... Chcą wiedzieć, co się za tym kryje, bo uważają, że te sformułowania nic nie znaczą.

Wracając do Mahbubaniego - czy Azja nie ma najmniejszych szans stać się ulepszoną wersją UE?
Nie ma. Choćby dlatego, że w Europie rywalizacja między Francją i Niemcami nie prowadzi do żadnych istotnych konfliktów, podczas gdy w Azji wszystko opiera się na wrogości Chin i Japonii. Chiny boją się, że Japonia stanie się nuklearną potęgą - i zrobią wszystko, by ten proces zatrzymać. Japonia z kolei boi się, że Chiny już wkrótce zmienią się w azjatyckiego Wielkiego Brata, który zwasalizuje resztę kontynentu. Polityka historyczna Chin przedstawia Japonię jako barbarzyńskiego najeźdźcę numer 1. Także w Japonii historia najnowsza - inaczej niż w Niemczech, gdzie główne siły polityczne od dawna akceptują winę nazistów za wybuch II wojny światowej - jest przedmiotem ogromnych kontrowersji. Pokajanie się za zbrodnie wojenne, zwłaszcza wobec Chin, jest dla bardzo wielu Japończyków nie do pomyślenia. Ich zdaniem Japonia prowadziła wojnę na takich samych zasadach co inne państwa. Jest wręcz ofiarą tej wojny... To wszystko prowadzi do sytuacji, w której to Stany Zjednoczone są jak na razie gwarantem stabilności Azji. Chińczykom może się nie podobać sytuacja, w której USA mają tak wiele baz na kontynencie azjatyckim, ale mimo wszystko wolą to od Japonii z bombą atomową. Japończycy są zirytowani amerykańską butą, ale mimo wszystko czują się bezpieczniej z amerykańskimi bazami niż bez nich. Nie ma w tym wszystkim niczego dziwnego - pominąwszy katastrofę w Wietnamie, Stany Zjednoczone były całkiem niezłym żandarmem Azji. Problem w tym, jak długo jeszcze Ameryka będzie w stanie pełnić tę rolę.

p

*Ian Buruma, ur. 1951 w Holandii, angielski pisarz, dziennikarz i komentator polityczny. Specjalista w dziedzinie spraw Dalekiego Wschodu wykładał m.in. w Oxfordzie. Obecnie jest profesorem nowojorskiego Bard College. Opublikował kilkanaście książek m.in. "Inventing Japan" (2003) oraz "The China Lover" (2008). W Polsce ukazały się: "Okcydentalizm" (2005, wspólnie z A. Margalitem), "Misjonarz i libertyn" (2005) oraz "Śmierć w Amsterdamie" (2008).