O upublicznieniu zapisu rozmów w kokpicie w prezydenckim Tupolewie, który 10 kwietnia rozbił się pod Smoleńskiem, informują także inne moskiewskie dzienniki.

Reklama

"Wygląda na to, że premier Donald Tusk spełnił złożoną wcześniej obietnicę zapoznania społeczeństwa z tym, co faktycznie wydarzyło się na pokładzie samolotu Nr 101. W warunkach twardej przedwyborczej walki, która rozgorzała o najwyższy urząd w państwie, publikacja dokumentu (...) może zmienić polityczny układ sił w kraju i wpłynąć na preferencje wyborców" - konstatuje "Rossijskaja Gazieta".

"Niewykluczone, że te przyczyny skłoniły Warszawę do złamania uzgodnień z Moskwą i mimo wszystko podania dokumentu pod osąd społeczeństwa" - dodaje dziennik.

Przytaczając fragmenty stenogramu, "Rossijskaja Gazieta" odnotowuje m.in. zapis z godz. 10.30 (8.30 czasu polskiego) - przypisane dyrektorowi protokołu dyplomatycznego MSZ Mariuszowi Kazanie słowa: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić".

"Najwyraźniej w tym momencie Lech Kaczyński podjął fatalną decyzję o lądowaniu. Kapitan potwierdza nawigatorowi, że otrzymano zgodę na zniżenie do wysokości kręgu" - pisze rządowy dziennik. "Na taśmie dalsze rozmowy kapitana samolotu z dyrektorem Kazaną są niezrozumiałe. Wszelako ewidentnie pilotom dano komendę, by spróbowali wylądować" - dodaje "Rossijskaja Gazieta".

Także "Izwiestija" zauważają, że "na każdej z 41 stron (stenogramu) widnieje adnotacja: <Nie podlega rozgłaszaniu>". "Na końcu umieszczono nawet przypis: +zgodnie z chicagowską konwencją ICAO dokument nie podlega rozgłaszaniu w innych celach, niż badanie wypadku+. Jednak polskie władze uznały, że badaniom publikacja nie zaszkodzi. A być może nawet będzie sprzyjać" - wskazuje gazeta.

Natomiast "Kommiersant" pisze, że opublikowany dokument dowodzi, iż "określoną część odpowiedzialności za katastrofę ponoszą nie tylko piloci samolotu, którzy wiedzieli o gwałtownie pogarszającej się pogodzie, lecz także wszyscy pozostali uczestnicy wydarzeń, w tym dowódca Sił Powietrznych Polski".

>>>Czytaj dalej>>>



"Z zapisu rozmów wynika, że sytuacja awaryjna rozwijała się gwałtownie, i że stanowiła zaskoczenie, tak dla załogi Tu-154 i jego pasażerów, jak i dla służb naziemnych" - pisze gazeta.

Streszczając stenogram, "Kommiersant" zwraca uwagę m.in. na zapis z 10.14 (8.14 czasu polskiego). "Załoga zaniepokoiła się o 10.14, dowiedziawszy się od białoruskiego kontrolera, że widzialność na lotnisku w Smoleńsku z powodu mgły wynosi 400 metrów przy meteominimum dla tego portu 1000 metrów. <To tak nie za dużo, co?> - zapytał kapitana samolotu nawigator, który na Tu-154 miał nalatane zaledwie 30 godzin" - relacjonuje dziennik.

Również "Komsomolskaja Prawda" publikuje obszerne fragmenty stenogramu. Zapis z godz. 10.31 - wypowiedziane przez niezidentyfikowaną osobę słowa: <Podchodzi do lądowania> ta wielkonakładowa gazeta interpretuje jako "polityczną decyzję".

Gazeta zwraca też uwagę na wypowiedziane o 10.34 przez niezidentyfikowaną osobę słowo: <Podwozie>. Zdaniem "Komsomolskiej Prawdy", wypowiedziała je ewidentnie osoba wyższa rangą od kapitana samolotu. "W przeciwnym razie, dlaczego wydała komendę wypuszczenia podwozia. Niewykluczone, że ten głos należał do dowódcy Sił Powietrznych Polski Andrzeja Błasika" - pisze dziennik.

"Komsomolskaja Prawda" cytuje dalej słowa: <Wkurzy się, jeśli jeszcze> oraz: <Pół mili nam zostało>. "Załoga wykonuje ostatni, czwarty nawrót przed podejściem do lądowania. Niezidentyfikowany głos mówi równolegle, że jakieś manewry kogoś zirytują. Prawdopodobnie mówi o Lechu Kaczyńskim. Dalej załoga wypełnia wszystkie wymagane przy podejściu do lądowania czynności. Systematycznie rozbrzmiewa głos dowódcy Sił Powietrznych Błasika" - informuje gazeta.