Od upadku komunizmu w Polsce mieliśmy dwa rodzaje sporów politycznych. Pierwszy dotyczył tego, czy daną rzecz należy zburzyć. Drugi rodzaj - jak burzyć. Nad planami zrobienia czegoś konstruktywnego politycy nie debatowali, ponieważ nie budziło to większych emocji wyborców.

Reklama

Symptomy, że w tej kwestii coś się może zmienić, pojawiły się w ubiegłym roku 15 października. Wówczas okazało się, iż frekwencja wyborcza przekroczyła 74 proc. Co wprawiło w bezbrzeżne zdumienie rządzących, opozycję, pracownie badania opinii publicznej oraz media. Tak wielkiej mobilizacji społecznej nie spodziewał się właściwie nikt.

Początkowo wydawało się, iż nastąpiła ona, ponieważ znacząca większość Polaków postanowiła okazać PiS-owi, jak bardzo mam go dość. To wyjaśnienie było całkiem prawdopodobne, lecz niekompletne. Kolejną podpowiedź stanowiło nadspodziewanie duże zainteresowanie, z jakim ludzie zaczęli śledzić obrady parlamentu. Wprawiając tym w zachwyt nowy obóz władzy. Bo politykom zdawało się, iż Polakom jak zawsze najbardziej do szczęścia potrzebne jest wciągające reality show.

Takiego reality show w III RP jeszcze nie było

Reklama

"Drodzy państwo, zaopatrzcie się w popcorn" – oświadczył 23 listopada ubiegłego roku marszałek Sejmu Szymon Hołownia, no i rozpoczęło się odzyskiwanie mediów publicznych oraz przywracanie praworządności.

Robionego z takim rozmachem reality show w III RP jeszcze nie było. W tym miejscu wszyscy zwolennicy obozu władzy mają prawo wyrazić swoje szczere oburzenie. No przecież prawo i dbające o jego egzekwowanie instytucje są kręgosłupem państwa. Tymczasem ten nasz przypomina stos pacierzowy dotknięty głęboką skoliozą. Z kolei media, zwane przez osiem lat narodowymi, upodobniły się do narośli nowotworowej. Zatem leczenie tych przypadłości jest jak najbardziej wskazane.

Rzecz w tym, że gdyby chodziło o leczenie, wówczas w pierwszym kroku powstałyby ustawy naprawcze, szybko przyjęte przez Sejm i Senat, ku czemu jest odpowiednia większość. Na pytanie - czemu pominięto ten krok, odpowiedź jest niezmienna – "bo prezydent by zawetował". Tu pojawia się wątek, do rozwinięcia w dalszej części a propos CPK, mianowicie naturalne dla polskiej klasy politycznej przekonanie, iż głosujący na nią ludzie są w swej masie debilami i adekwatnie do tego należy się z nimi komunikować.

Taktyka stosowana podczas korridy

W przypadku odpowiedzi "bo prezydent by zawetował" po pierwsze dopóki się tego nie sprawdzi, brak dowodu rzeczowego na potwierdzenie owej tezy. Pod drugie Andrzej Duda przez cały okres urzędowania nieskończoną liczbę razy okazywał swą marną odporność na długotrwałą presję, przy jednoczesnej podatność na oferty ugody.

Po trzecie Donald Tusk i jego otoczenie, od momentu powstania "koalicji kordonowej", rozgrywa prezydenta Dudę wedle taktyki stosowanej podczas korridy. Jeśli byk okazuje się zbyt pokojowo usposobiony do życia i ludzi, torreadorzy machają mu przed nosem kolorowymi płachtami. Gdy to nie pomaga, pikador nakłuwa byka lancą. W końcu najbardziej nawet spolegliwe zwierzę nabiera chęci do walki. I wreszcie zaczyna się show dla widowni.

Kto nie wierzy niech sobie prześledzi, jaka jest częstotliwość "nakłuwania" Andrzeja Dudy przez Donalda Tuska w mediach społecznościowych. Wtedy, gdy w stanie rozdrażnienia usiłuje zademonstrować że walczy (inna sprawa jak owe demonstracje wychodzą), czy kiedy zaczyna odpuszczać.

Dzięki naszemu show nowy rząd nie musi męczyć się z pisaniem trudnych ustaw i ich negocjowaniem z prezydentem. A jednocześnie może dokonać szybkiej wymiany kadrowej w instytucjach będących kręgosłupem państwa.

"Obrona więźniów politycznych w PRL"

Niestety w praktyce wygląda to tak, że pokręcony kręgosłup zaczął dodatkowo pękać, a nowotworową narośl mediów, zwanych znów publicznymi, kompletnie rozbabrano (na szczęście na koniec można ją po porostu wyciąć).

Jak na dziś zamiast naprawmy państwa mamy widok coraz bardziej przeznaczony jedynie dla osób niedowidzących lub o mocnych żołądkach.

W nasze reality show od razu znakomicie wkomponował się PiS ze swym geriatryczno-sklerotycznym kierownictwem. Odegrano więc rekonstrukcję pt. "Obrona więźniów politycznych w PRL". Przybliżając widowni klimaty lat 70. oraz 80. ubiegłego stulecia.

To okraszono inscenizacją szturmu na Kapitol. Niestety panowie Kamiński i Wąsik nie mają w sobie nawet krzty tego urzekającego uroku co "człowiek bizon". Zaś posłowie Prawa i Sprawiedliwości nie zdobyli się na stoczenie walki na pięści ze Strażą Marszałkowską. A szkoda, bo gdyby dobrze im szło, na pewno zaskarbiliby sobie więcej szacunku, niż odgrywając ni to, ni owo dla mediów oraz twardego elektoratu.

Tylko jedna rzecz "nie pykła"

Jedynie prezes nie zawiódł, ogłaszając, iż ze strony obecnej władzy (czytaj Donalda Tuska i jego niemieckich mocodawców) "można spodziewać się nawet zabójstw politycznych". Po tak wysokim podniesieniu poprzeczki, dalsza licytacja w górę będę piekielnie trudna. Skoro tortury też już były, to można jeszcze tylko dorzucić: "gwałty i zabójstwa", następnie: "gwałty, zabójstwa i ćwiartowanie zwłok", a na koniec licytowania łącząc wszystko ze słowem "masowe".

W tak pięknie rozkręcającym się reality show tylko jedna rzecz "nie pykła". Mianowicie widownia. Ta bowiem zachowuje tak, jakby cyrk w Sejmie już jej zupełnie nie obchodził. Przywracanie praworządność też niespecjalnie zdaje się ją ekscytować. Rzeczą szczerze emocjonującą okazała się budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego.

Pełne emocji widowisko

To jest coś tak zaskakującego, że aż nie dziwi stupor, w jaki to wprawiło polityków, zwłaszcza tych z koalicji rządzącej. Żeby było dziwniej, debata, która się wokół tej kwestii wywiązała w mediach społecznościowych, z upływem czasu staje się coraz bardziej merytoryczna oraz specjalistyczna.

Wreszcie wisienką na torcie okazał się jeden z pierwszych programów nowego projektu Krzysztofa Stanowskiego "Kanału zero". Oto Rober Mazurek i Tomasz Rożek moderowali debatę na temat zasadności powstania CPK oraz kolei wielkich prędkości.

Widz dostał trzy godziny wyczerpującej dyskusji, wypełnionej mnóstwem detali technicznych, ze znakomitą szermierką na argumenty. Obie strony sporu trzymały wysoki poziom, dając sobie nawzajem do myślenia. Coś co w klasycznej telewizji wymarło dawno temu. To pełne emocji widowisko dobija właśnie do miliona odsłon. Każdy może sobie je obejrzeć, a potem porównać z poziomem argumentacji przedstawicielek i przedstawicieli władzy.

Kierując MEN-em nie trzeba mieć wiedzy

"Kolej tak. Nowe lotnisko w środku pola na nie" – to stanowisko pani sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska Urszuli Zielińskiej. Ciekawe, czy gdyby lotnisko było na środku jeziora, lasu lub w centrum miasta to jednak tak?

"Budowa portu w Baranowie, w czasie kryzysu klimatycznego, gdzie ten ruch lotniczy będzie coraz mniejszy a nie większy, w moim przekonaniu jest po prostu bez sensu" – wiceminister edukacji Joanna Mucha. Wprawdzie na całym świecie rośnie zamiast maleć, no ale kierując MEN-em nie trzeba mieć wiedzy.

"Uważam, że nowy port lotniczy nie jest nam potrzebny. Widzę, co się dzieje w Modlinie, w Rzeszowie, Bydgoszczy. Nie ma pomysłu na dobre zorganizowanie tych lotnisk" - sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Joanna Izabela Scheuring-Wielgus. Należy mieć nadzieję, że pani sekretarz nie wybierze się podczas wakacji do portu w Pucku lub Kołobrzegu. Widząc ich wykorzystanie może utracić wiarę w sens istnienie Gdańska i Gdyni.

I tak można bez końca. Dorzucając jeszcze, że politycy PiS, którzy nagle się w tym tygodniu zorientowali, że opłaca im się bardziej bronić CPK od Kamińskiego i Wąsika, jeszcze nie zdążyli sobie przyswoić szerszej argumentacji. Dopiero ucząc się wychodzi poza standardowe: "Berlin zabronił a zdrajca Tusk wykonuje". Czym idealnie wpisują się w prawidłowość, iż polski polityk ma swego wyborcę za debila i lubi to okazywać.

Tak jak Platforma zademonstrowała to, mianując osobą odpowiedzialną za ocenienie przydatności "megalomańskiego lotniska" człowieka, który przez całą kampanię wyborczą zajmował się uzasadnianiem, czemu to zły projekt. Po czym wyborcom każe się wierzyć, że Maciej Lasek podejdzie do sprawy obiektywnie, kierując się wyłącznie dobrem III RP i jej mieszkańców.

Owszem rządzący mogą sobie dalej tak pogrywać, podobnie jak do niedawna PiS, który np. bardzo szybko zapomniał o spostrzeżeniu własnej pani premier, że "wystarczy mniej kraść". Jednakże wszystko ma wcześniej czy później swoje konsekwencje.

Stopień degeneracji intelektualnej w obu partiach

Jakby to ładnie ująć. Mianowicie – to, że klasa polityczna ma swych wyborców za tak mało rozgarniętych umysłowo ludzi, nie oznacza tego, iż ci nie zauważają różnic w jakości, gdy debatuje się o jakimś konstruktywnym, przyszłościowym projekcie. Wówczas bowiem najlepiej widać stopień degeneracji intelektualnej, zarówno w szeregach PO jaki i PiS przez ostatnich dwadzieścia lat. Jako, że w Sejmie jest aż 460 miejsc, aby je obsadzać oba stronnictwa muszą posiadać liczne kadry aktywu partyjnego. Jednakże dziś statystyczny parlamentarzysta musi umieć wykonać zestaw prostych czynności.

Bywać obecnym na sali. Podnieść rękę i nacisnąć przycisk, wedle polecenia wydanego przez szefa poselskiego klubu. Wydać z siebie serię dźwięków po wyjściu na mównicę. Wydawać z siebie serię ogłuszających dźwięków podczas nagrania w studiu telewizyjnym, tak aby zagłuszały one prowadzącego oraz dźwięki innych parlamentarzystów. Robić selfie. Zlecić prowadzenia konta w mediach społecznościowych fachowcom. Czyli w sumie wykonywać czynności, do których da się przyuczyć przeciętnie rozgarniętego szympansa. No może poza uważaniem swoich wyborcy za debili.

Te rzeczy, gdy dochodzi do merytorycznej debaty (taka jak ta w odniesieniu do CPK), stają się boleśnie zauważalne. A śledzące ją osoby spoza klasy politycznej nie są ślepe, co z czasem musi mieć swoje konsekwencje. Coś się zatem w tym kraju bardzo zaczyna zmieniać i to jakby na lepsze. Byleby tylko z tym zdążyć, bo stary porządek naszego świata coraz mocniej trzeszczy w szwach.