PAP: Ustalmy na początku, bo to wciąż budzi niejasności: "Łupaszko" czy "Łupaszka"?

Tomasz Łabuszewski: W tej sprawie są dwa obozy, które bardzo silnie okopały się na swoich pozycjach. Należę do tej frakcji, która przyjmuje, że pseudonimem Zygmunta Szendzielarza był "Łupaszka", a nie "Łupaszko", a swoją opinię formułuję na podstawie zapisu na karcie ewidencyjnej oficerów Komendy Okręgu Białostockiego AK, złożonej przez majora późną jesienią 1944 roku, na której widnieje jego własnoręczny podpis "Łupaszka". Dokument ten znajduje się w archiwum Oddziału IPN w Białymstoku.

PAP: A czy major czy pułkownik? Bo na ten wyższy stopień mianowany był pośmiertnie, w 2016 roku.

W tym wypadku należę do frakcji, dla której stopnie wojskowe powinny odnosić się wyłącznie do okresu służby czynnej danego żołnierza. Wszystko to, co jest dziełem późniejszym, zakłóca pewien porządek rzeczy i tworzy fałszywy obraz zasług poszczególnych osób. Proszę zwrócić uwagę na to, że osoby, którym dane było po prostu przeżyć dłużej, mają z tego tytułu szansę na dalszą drogę awansową, kosztem ludzi, którzy zmarli wcześniej, a których zasługi były wielokrotnie wyższe. Mamy w tej sytuacji "szeregowych pułkowników" i dawno zmarłych prawdziwych poruczników czy kapitanów.

PAP: Dobrze, zatem major "Łupaszka". Panie doktorze, w ostatnim czasie radni Białegostoku zdecydowali, że jedna z ulic miasta nie będzie nosić imienia Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Decyzja ta wzbudziła kontrowersje, a jak pan ją przyjął?

Przyjąłem ją jednoznacznie negatywnie, ale nie stanowiła ona dla mnie żadnego zaskoczenia. Co więcej, spodziewałem się jej, ponieważ pierwsza próba odebrania Zygmuntowi Szendzielarzowi honoru bycia patronem jednej z ulic Białegostoku miała już miejsce wiele miesięcy temu. Uczestniczyłem wówczas z dr. Kazimierzem Krajewskim z IPN w spotkaniu organizowanym w tej właśnie sprawie w Urzędzie Wojewódzkim w Białymstoku. Już wtedy określiłem całą inicjatywę mianem hucpy politycznej. Moim zdaniem nie miała ona żadnych realnych podstaw merytorycznych. Zarówno o Dubinkach, Potoce czy Wilukach wszyscy wiedzieli od lat. Wszyscy znali przyczyny tych akcji i jak do tej pory byli w stanie właściwie ocenić w nich rolę mjr. Zygmunta Szendzielarza. Publikacja "Skazy na pancerzach" Piotra Zychowicza także niczego nowego w tym temacie nie wniosła. Uważam, że uzasadnienie owego wniosku, z którym miałem okazję się zapoznać, wystawia przede wszystkim fatalną ocenę jej inicjatorom, dla których w ogóle nie liczą się kwestie merytoryczne, a wyłącznie efekt medialny.

PAP: Co konkretnie wzbudziło pana zastrzeżenia?

Proszę sobie wyobrazić, że wśród koronnych argumentów, który miał świadczyć o "ciemnej stronie" działalności "Łupaszki", była sprawa zabójstw dokonanych przez żołnierzy Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w Zaniach w lutym 1946 roku. Tymczasem pacyfikację tej białoruskiej wsi na początku 1946 roku przeprowadzili żołnierze 3. Brygady Pogotowia Akcji Specjalnej NZW Okręgu Białostockiego, którzy nie mieli żadnych kontaktów i podległości organizacyjnej wobec Zygmunta Szendzielarza.

PAP: Być może stąd niedawna decyzja prezesa IPN, żeby przesłać materiały edukacyjne tym radnym Białegostoku, którzy sprzeciwili się uhonorowaniu "Łupaszki".

Te błędy merytoryczne i związana z nimi niewiedza są naprawdę zaskakujące, ponieważ informacje, które przed chwilą panu przedstawiłem, były i są ogólnie dostępne, a nawet dobrze znane. To, że z nich nie skorzystano świadczy o tym, że w tej sprawie radni nie dbali w ogóle o prawdę historyczną, ale świadomie dążyli do zantagonizowania różnych środowisk w samym mieście i regionie.

PAP: W dyskusji o Szendzielarzu podnosi się jednak bardzo poważną kwestię zbrodni w Dubinkach i okolicach, popełnioną w czerwcu 1944 r. na litewskiej ludności cywilnej, w tym nawet na dzieciach. Zbrodni tej dokonali dowodzeni przez "Łupaszkę" żołnierze legendarnej 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej.

Warto zacząć od tego, że wyjęcie sprawy Dubinek z pewnego kontekstu historycznego jest od strony warsztatowej czymś niedopuszczalnym. Dubinki lokują się bowiem jako konsekwencja pewnych działań, których głównym animatorem – pierwotnym sprawcą - była strona litewska. Nie myślę tutaj wyłącznie o mordzie na polskiej ludności polskiej cywilnej dokonanym przez Litwinów kilka dni wcześniej w Glinciszkach, ale o całej sekwencji zbrodni dokonywanych przez kolaborantów litewskich na ludności polskiej począwszy od 1941 roku. Dotknęły one zarówno Żydów, którzy byli obywatelami II Rzeczypospolitej i byli masowo mordowani w Ponarach, jak i Polaków. W każdym przypadku mówimy o dziesiątkach tysięcy ofiar. Warto również wspomnieć o tym, że teren, na którym działy się owe zdarzenia był objęty wcześniej operacją przymusowego wysiedlenia ludności polskiej. W związku z tym ów antagonizm litewsko-polski na tym terenie miał wyjątkowo wysokie ciśnienie.

PAP: To wszystko prawda, ale...

Warto również wspomnieć o tym, że w maju 1944 roku komendant Okręgu Wileńskiego AK płk Aleksander Krzyżanowski "Wilk" dwukrotnie ostrzegał stronę litewską przed konsekwencją dalszych represji wobec społeczności polskiej, które nieuchronnie spotkają się z polskim odwetem. To oświadczenie "Wilka" było kolportowane w przestrzeni publicznej i z pewnością dotarło też do strony litewskiej. Mimo tego ostrzeżenia 20 czerwca 1944 roku dochodzi do zbrodni w Glinciszkach, gdzie z rąk litewskiej policji zginęło 38 polskich obywateli, w tym kobiety i dzieci. W tym czasie Zygmunt Szendzielarz był dowódcą 5. Brygady, któremu ten teren podlegał, i którym miał on za zadanie się opiekować - chroniąc ludność cywilną prze represjami okupanta i jego litewskich kolaborantów.

PAP: Jaką decyzję podejmuje major "Łupaszka"?

Decyduje o zastosowaniu odwetu – do czego jako dowódca brygady miał prawo. Trzeba też od razu zaznaczyć, że nie mamy żadnego potwierdzenia, że Zygmunt Szendzielarz wydał rozkaz - ustny czy pisemny - mordowania kobiet i dzieci. Wydał natomiast rozkaz przeprowadzenia odwetu na litewskich sprawcach mordu na Polakach. Po krótkich przygotowaniach w teren wyruszyły dwa pododdziały 5. Brygady - kompania szturmowa i jeden ze szwadronów. Partyzanci "Łupaszki" byli prowadzeni przez miejscowych konspiratorów, ponieważ teren na którym operowała brygada nie był jej terenem macierzystym. Konspiratorzy ci dysponowali listami Litwinów, co do których było wiadomo, że byli zaangażowani w działalność represyjną przeciwko społeczności polskiej. I to na nich miał być przeprowadzony odwet, ale - i trzeba to sobie jasno powiedzieć - nastąpiło coś, czego być nie powinno. Doszło niestety do czynu haniebnego, to znaczy do rozszerzonej formuły odwetu, w wyniku której ofiarami stały się kobiety i dzieci. W żadnym wypadku działanie takie nie może być akceptowalne. Pamiętajmy jednak o kontekście, on tutaj jest bardzo ważny, a o nim się zazwyczaj przy tej okazji zapomina lub celowo pomija. Druga wojna światowa była wojną pozbawioną jakichkolwiek zasad. Była to pierwsza w dziejach ludzkości wojna o charakterze totalnym, w której ofiarami byli nie tylko żołnierze, ale wręcz z założenia i z premedytacją cywile.

Strona polska, mówiąc wprost, spośród wszystkich uczestników wojny najczęściej jako ostatnia uciekała się do tego typu sposobu prowadzenia działań – zwykle w sytuacjach bez wyjścia, jak np. na przełomie 1942 i 1943 roku na Zamojszczyźnie, gdzie wobec masowych represji i wysiedlania ludności polskiej oddziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich zastosowały zasadę odpowiedzialności zbiorowej wobec folksdojczów i ludności niemieckiej. Tam również dochodziło do tego, że rozstrzeliwane były całe rodziny. I w tych przypadkach należy traktować tego typu zachowania jako nieakceptowalne, natomiast należy je widzieć w szerszym kontekście całej wojny – jej okrutnych pozbawionych zasad mechanizmów.

Nigdy nie zdarzyło się tak, że strona polska jako pierwsza zaczynała likwidować ludność cywilną. Nie, zawsze był to mechanizm reakcyjny na coś, co nastąpiło wcześniej.

PAP: Ile osób zginęło w Dubinkach i okolicach?

Dr Paweł Rokicki w swojej monografii na ten temat podał, że straty po stronie litewskiej wyniosły ok. 90 osób. Z całą pewnością to, że doszło tam do zabójstwa wielu kobiet i dzieci jest czynem haniebnym i nigdy nie powinno to się zdarzyć, ale jeszcze raz powtórzę: nie ma żadnego dowodu na to, że Zygmunt Szendzielarz wydał rozkaz mordowania kobiet i dzieci. Wydał on rozkaz przeprowadzenia akcji odwetowej wobec litewskich sprawców represji na ludności polskiej, których wskazać miała miejscowa siatka konspiratorów z AK.

PAP: Powstaje jednak pytanie, dlaczego major Szendzielarz nie wyciągnął konsekwencji wobec tych żołnierzy, którzy ewidentnie przekroczyli swoje uprawnienia i doknali zbrodni.

To prawda, pamiętajmy jednak, jaki był to moment historyczny. Zaraz po zakończeniu akcji odwetowej nadeszła Armia Czerwona i 5. Brygada Wileńska AK zmuszona została do rozpoczęcia ewakuacji w kierunku zachodnim, uzgodnionej wcześniej z komendantem okręgu; ewakuacji, która kończy się ogarnięciem brygady przez Sowietów na Grodzieńszczyźnie w rejonie Porzecza i koniecznością rozwiązania tej jednostki wojskowej. To spowodowało, że nie było czasu na wyciągnięcie konsekwencji wobec tych, którzy kierowali odwetem: cichociemnego por. Wiktora Wiącka "Rakoczego", który był zastępcą "Łupaszki" i podoficera wachmistrza Antoniego Rymszy "Maksa". Może zresztą uznał, że działali oni w afekcie – wzburzeni mordem litewskim. Ludzie po tylu latach makabry też tracili odporność psychiczną. Pamiętajmy o reakcji żołnierzy amerykańskich po wkroczeniu do obozu koncentracyjnego w Dachau, kiedy to po odkryciu tysięcy zwłok rozstrzelali wziętych do niewoli SS-manów.

Warto też zwrócić uwagę, że zarówno w 1945 roku, jak i w 1946 roku, major "Łupaszka" odtwarzając 5. Brygadę nie sięgnął już po tych dwóch oficerów. Można snuć różne dywagacje, ale być może nie sięgnął po nich właśnie dlatego, że negatywnie ocenił realizację jego rozkazu w 1944 roku na Wileńszczyźnie. Korzystał natomiast z wielu innych dowódców pododdziałów 5. Brygady - Mariana Plucińskiego "Mścisława", Zdzisława Badochy "Żelaznego" czy Henryka Wieliczki "Lufy".

PAP: Od wielu lat bada pan polską konspirację z okresu wojny, a także powojenne podziemie niepodległościowe. Co mówi o Zygmuncie Szendzielarzu całokształt jego działalności?

Gdy przyjrzymy się długiej i trudnej służbie Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" to poprzez relacje i dokumenty widać, że nigdy nie kierowała nim jakaś atawistyczna chęć zemsty i gotowość do nadmiernego szafowania krwią - zarówno swoich żołnierzy, ale także drugiej, przeciwnej strony. Natomiast niewątpliwie był oficerem konsekwentnym, dla którego przysięga walki o niepodległą Polskę nie była pustym frazesem. Był po prostu bezlitosny dla jej wrogów. Oczywiście, ktoś może zarzucić, że w 1945 roku likwidował wszystkich schwytanych oficerów NKWD i w ogóle Sowietów, tudzież funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa - to prawda. Prawda jest jednak taka, że już w czasach wileńskich istniała pewna kategoryzacja wrogów z pewnym stałym mechanizmem ich traktowania. To znaczy żołnierzy Wehrmachtu po rozmundurowaniu puszczano wolno, natomiast esesmanów i gestapowców rozstrzeliwano na miejscu jako członków formacji zbrodniczych. I w ten sam sposób "Łupaszka" traktował funkcjonariuszy NKWD i resortu bezpieczeństwa - właśnie jako członków organizacji przestępczych.

Być może gdyby po 1989 roku polskie władze jednoznacznie ustaliły, że resort bezpieczeństwa był właśnie formacją zbrodniczą - nie byłoby dziś anaukowych dyskusji na ten temat. Ktoś, kto szedł do resortu bezpieczeństwa, o ile nie był tam kierowany przez organizacje niepodległościowe, szedł tam dla konkretnego celu, przeciwnego wolnej Polsce. I nie powinno być usprawiedliwienia dla tego typu postaw.

PAP: Sprawa uhonorowania Zygmunta Szendzielarza wpisuje się jednak w szerszą dyskusję, czy nazwami w przestrzeni publicznej powinny być honorowane osoby, które budzą w społeczeństwie poważne kontrowersje. Czy nie uważa pan, że powinna odbyć się dyskusja dotycząca kryteriów, dzięki którym będzie jasne, kto zasługuje na upamiętnienie?

Tak, ale ta dyskusja powinna odbyć się w gronie historyków, a nie w gronie polityków lub domorosłych politykierów niemających wiedzy historycznej. W innym wypadku zamienia się to niestety w rodzaj walki "cepami w błocie", gdzie nie liczą się argumenty merytoryczne, tylko różnego rodzaju hasła zastępcze. Prawda jest też taka, że niemal u każdej postaci historycznej, której okres działalności zahaczał o konflikt zbrojny, możemy znaleźć tzw. rzeczy niewygodne dla pewnej kategorii społecznej czy politycznej. Dotyczy to nie tylko Zygmunta Szendzielarza, ale nawet takich postaci jak marszałek Józef Piłsudski, któremu można przecież postawić zarzut terroryzmu czy też działalności agenturalnej.

To jednak droga fałszywa. Trzeba patrzeć na całokształt służby publicznej takiej osoby i dopiero na tej podstawie formułować wnioski ogólne. W przypadku majora Zygmunta Szendzielarza przeważa obraz pełnej poświęcenia dla niepodległej Polski służby wojskowej. Był to oficer, który aż trzykrotnie odtwarzał oddziały z niczego, jeden w 1943 roku, drugi w 1945 roku i trzeci w 1946 roku i był w tych wyborach konsekwentny. Robił wszystko, co było jego w mocy, aby Polacy mogli cieszyć się wolnością. Biorąc zatem pod uwagę całą jego służbę publiczną, nawet w kontekście Dubinek, należy stwierdzić, że w pełni zasłużył się on Rzeczypospolitej.

Rozmawiał Norbert Nowotnik