Anna Sobańda: Czym zajmowała się w przedwojennym domu tak zwana służąca do wszystkiego?

Joanna Kuciel-Frydryszak: Praktycznie wszystkim. Sprzątała, gotowała, zajmowała się dzieckiem, robiła zakupy, podawała płaszcz rodzinie, pomagała się ubrać gościom, obsługiwała przyjęcia, rozpalała w piecu. W książce publikuję plany dnia, które panie wywieszały służącym w kuchni, żeby te wiedziały, co i o jakiej porze mają danego dnia zrobić. Do tego były plany tygodniowe, z których służące dowiadywały się, jakie generalne porządki będą robiły w danym czasie, np. w jednym tygodniu czyściły wszystkie klamki, a w innym ramy od obrazów. Te plany są z jednej strony zabawne, bo widać, jakie fanaberie miały panie, a z drugiej bardzo smutne, bo pokazują, jak zapracowane były służące

Czy służące miały jakiś czas wolny?

Z tych planów wynika, że służące miały pół godziny, może godzinę wolnego w ciągu dnia. One właściwie pracowały non stop, były maszynami do roboty.

Poza tym panie obawiały się, że nadmiar wolnego czasu może mieć zły wpływ na służącą

Panie nie wyobrażały sobie, co też służąca mogłaby robić w wolnym czasie. Poza tym było im żal, że płacą, a służąca miałaby tracić czas na własny wypoczynek. Kiedy w latach 30. wywiązała się prasowa dyskusja wokół ustawy o służbie domowej, która zakładała, że służąca będzie miała 12 godzin wolnego, to inteligentkom (odpowiednik dzisiejszej klasy średniej) nie mieściło się to w głowie. Oburzały się, że nikt nie będzie chciał patrzeć na taką wypoczywającą aż 12 godzin służącą. To pokazuje, jak przykry i pozbawiony zrozumienia był stosunek wobec służących.

Służące nie były traktowane jak ludzie, a raczej jak urządzenia domowe

W książce napisałam, że służąca była traktowana trochę lepiej od elektroluksa, albo nawet nie. Warunki mieszkaniowe miała fatalne, bowiem mieszkała w kuchennej nyży, albo na antresoli. W najlepszym wypadku miały służbówkę, ale to był rzadki luksus. Na każdym poziomie doświadczały tego, że są ludźmi gorszej kategorii, o dużo niższych potrzebach. Były pogardzane, wykorzystywane, pomiatano nimi. Bywały także ofiarami przemocy seksualnej. W niektórych domach były głodzone, a w większości przypadków dostawały jedzenie gorsze, niż domownicy. Utrzymywano bowiem, wywodzącą się jeszcze z ziemiaństwa zasadę dwóch stołów – lepszego dla domowników i gorszego dla służby. Służba dostawała na przykład ciemny chleb, który jak dziś wiemy, jest zdrowszy, ale wówczas był uznawany za gorszy. Pieczywo z białej mąki było zaś zarezerwowane dla państwa. W świetle prawa, do 1946 roku można było służące bić. W prawdzie „niegroźnie i lekko”, ale dopuszczano możliwość takiej kary.

Za co służąca mogła być ukarana biciem?

Na przykład za obmawianie państwa, za odmowę wykonania jakiś zadań.

Czy służąca miała jakieś prawa?

Największym problemem w tym układzie było to, że służąca podlegała wszelkim kaprysom swoich chlebodawców. Nie było umowy, która zapewniałaby jej jakieś prawa. W momencie podejmowania pracy otrzymywała bardzo ogólne informacje na temat tego, czym będzie się zajmowała, jak duże jest mieszkanie, z ilu osób składa się rodzina. Jednak dokładne zadania oraz to, jak będzie traktowana, zawsze było dla niej zaskoczeniem. Jeżeli taka dziewczyna trafiła do dobrego domu, nie dociążano jej obowiązkami, ale w wielu domach, musiała wstawać o 6 rano i do 23 ciężko harowała. Panie miały różne upodobania, na przykład takie, żeby codziennie podłoga lśniła jak lustro. Froterowanie podłóg było jednym z najcięższych fizycznie zajęć, służące często mdlały z wysiłku w trakcie jego wykonywania.

Służąca mogła sprzeciwić się pracodawcy?

Odmowa wykonania jakiegoś zadania raczej nie mieściła się służącej w głowie. Kiedy umowa z pracodawcą się kończyła, służąca mogła zdecydować, że nie chce jej kontynuować. W praktyce oznaczało to jednak dla niej utratę schronienia i tułaczkę, po której mogła trafić do jeszcze gorszej rodziny.

Czyli umowy były czasowe?

Tak, zazwyczaj były zawierane na 3 miesiące, pół roku, albo rok. Służąca jednak nie mogła takiej umowy wypowiedzieć przed czasem, a porzucenie służby było karane więzieniem. Mogła tylko poczekać, aż umowa wygaśnie i pójść dalej. Ponieważ prawo jej nie chroniło, była zdana na poziom kultury, jaki panował w rodzinie, do której trafiła. Zdarzały się oczywiście domy inteligenckie, które miały inne podejście, opiekowały się służącą, brały ją pod kuratelę, uczyły pisać i czytać, bo to bardzo często były analfabetki. W takich wypadkach służące przywiązywały się do tej rodziny i wiązały z nią na długie lata.

Praca służącej zawsze wiązała się z mieszkaniem w domu pracodawcy?

Nie zawsze. Nieco gorszą opcją, niż służąca do wszystkiego, była służąca dochodząca. One przychodziły na kilka godzin do rodzin, których nie było stać na służącą na pełen wymiar. Takie kobiety pojawiały się nawet w domach robotniczych. Zamożniejsze domy miały zaś więcej służby. Rodzina browarników Schiele swojej rezydencji przy Grzybowskiej zatrudniała kucharkę, niańkę, mamkę, pokojówkę, frotera, szofera. Takich rodzin było jednak niewiele. Burżuazji było w tamtym czasie ok. 300 tys. a samych służących 500 tys. One obsługiwały głownie rodziny mieszczańskie i inteligenckie.

Z której grupy społecznej wywodziły się służące?

Z najliczniejszej, czyli z chłopstwa. Kobiety były zbędne na wsi, szacuje się, że dla ok. 40% z nich nie było na wsi pracy, a tym samym nie było dla nich jedzenia. Uciekając więc przed nędzą i głodem, podejmowały pracę za grosze. Dlatego podczas, gdy na Zachodzie przed wojną służba była coraz droższa i w kryzysie coraz mniej rodzin było na nią stać, to w Polsce cały czas te usługi były bardzo tanie. Nawet jeśli daną rodzinę dotykał kryzys i kurczył się jej budżet, to na służącą wciąż było ją stać.

Jaki to był wydatek?

Przy 250 zł średniego wynagrodzenia, służące do wszystkiego zarabiały ok. 30 zł. Do tego dochodziło wynagrodzenie w naturze, czyli wyżywienie i mieszkanie. Nie był to duży wydatek.

Służące miały jakiekolwiek życie osobiste?

Na życie prywatne służące nie miały ani czasu, ani miejsca. Wychodne miały tylko raz na tydzień lub co dwa tygodnie, najczęściej nie mogły też zapraszać nikogo do domu. Ich życie było bardzo monotonne. Były absolutnie zależne od swoich chlebodawców, dlatego nawyzywano je niekiedy półniewolnicami, albo białymi niewolnicami.

Dlaczego wiele służących kończyło jako prostytutki?

Były bardzo łatwym łupem, ponieważ kiedy przyjeżdżały ze wsi do miasta, w ogóle nie wiedziały gdzie się udać. Trafiał często do rajfurek, które trudniły się rzekomo szukaniem pracy dla służącej, a tak naprawdę współpracowały z handlarzami żywym towarem. Służące zostawały prostytutkami również przez niechcianą ciążę. Zdarzało się to często na skutek molestowania w domu państwa, ale też dlatego, że służąca, która w pierwszych miesiącach po przyjeździe do miasta poszukiwała ucieczki od służby, chciała ułożyć sobie życie, zadawała się z kimś przypadkowym i zachodziła w ciążę. One były grupą rodzącą najwięcej nieślubnych dzieci. Ciąża dla służącej oznaczała koniec pracy, nie mogła przecież mieszkać w domu pracodawców z dzieckiem. Wówczas szukały innych możliwości, a zawód prostytutki wydawał się najprostszą drogą do własnych pieniędzy. To nie była specyfika tylko Polska. Również w Niemczech największa grupa prostytutek to były służące.

Czy zdarzało się, że służące zmieniały zawód?

Kiedy wychodziły za mąż, nie mogły już służyć, bo nie da się prowadzić dwóch domów jednocześnie. Wówczas szły pracować do fabryki lub pracowały dorywczo, na przykład jako praczki, dozorczynie. W fabrykach zarabiały nieco więcej, niż na służbie, ale musiały wynająć mieszkanie, które w domu państwa było im gwarantowane.

W książce opisuje pani kilka ciekawych historii polskich służących. Jedną z nich była na przykład prababcia Angeli Merkel

Tak, prababcia Angeli Merkel była polską służącą i jej życiorys jest właściwie typowy dla młodych służących - już po roku pracy zaszła w ciążę, ojciec dziecka nie jest znany. Wiadomo, że służyła pod Gnieznem. Poradziła sobie jednak całkiem dobrze, bowiem znalazła mężczyznę, który mimo nieślubnego dziecka postanowił się z nią ożenić. To rzadki przypadek, większość kobiet w takie sytuacji albo wracała na wieś, albo oddawała dziecko rodzinie, a sama pracowała na służbie, oddając każdy zarobiony grosz na jego wychowanie. Prababcia Angeli Merkel znalazła jednak męża, który przygarnął ją i wziął na wychowanie jej dziecko, dzięki czemu dzieje tej rodziny mogły się dobrze potoczyć.

Dziadek Angeli Merkel był tym nieślubnym dzieckiem?

Tak, nazywał się Kaźmierczak. Przyjął nazwisko matki, gdyż jego ojciec był nieznany, ojczym zaś nie dał mu swojego nazwiska. Dziadek wyjechał do Niemiec, gdzie zmienił nazwisko na Kasner. Tam urodził się ojciec Angeli Merkel – Horst Kasner. Ciekawe jest to, że wątek prababci służącej jest traktowany jak tabu. Biograf Angeli wzbraniał się przed napisaniem, że to była służąca, określił ją więc jako biedną dziewczynę. Nie rozumiem, dlaczego tak trudno przyznać się do własnych korzeni, bo przecież zawód służącej nie był zawodem kryminalnym, czy hańbiącym. Nie ma się czego wstydzić.

Inną ciekawą historią są losy służącej Stanisława Wyspiańskiego

Teosia Pytkówna, bo tak miała na imię, została żoną malarza. Zanim do tego doszło, miała bardzo typowy życiorys służącej – jako młoda dziewczyna przyjechała ze wsi do miasta. Trafiła na służbę do adwokata, z którym zaszła w ciążę. Kiedy urodziła syna, została służącą tzw. przychodnią u ciotki Wyspiańskiego. Wyspiański ją uwiódł, a następnie się z nią związał. Mieli razem troje dzieci. Nikt tego afektu nie rozumiał, Teosia do końca miała bardzo czarny PR wśród rodziny i przyjaciół Wyspiańskiego. Przedstawiali ją jako osobę prymitywną, egoistyczną, nie dbającą o Wyspiańskiego. Trudno powiedzieć, ile w tym prawdy, a ile uprzedzeń, na pewno jednak była między nimi ogromna różnica kulturowa.

Gombrowiczowi zaś służąca napisała koniec „Ferdydurke.

Tak. Gombrowiczowie byli ziemiańską rodziną, mieli służącą, kucharkę, pokojówkę, lokaja ale po śmierci ojca bardzo zubożeli i zatrudniali już tylko służącą Anielę Brzozowską, zwaną przez Witolda „Ciemną”. Ona bardzo lubiła Witolda, który często czytał jej swoje utwory. Po jednej z takich lektur spuentowała: „Koniec i bomba, kto czytał ten trąba”, a Gombrowiczowi tak się to spodobało, że w ten sposób zakończył swoją książkę. Zachował się jednak bardzo honorowo, bo informował że autorką tego zdania jest jego służąca i jej samej napisał o tym w liście.

Czy żydowskiej rodzinie trudniej było pozyskać służącą? Pisze pani bowiem w książce, że Kościół przestrzegał katoliczki przed służbą u Żydów

Przestrzegano je, ale mimo to sporo katoliczek i tak przyjmowało tę pracę. W żydowskich rodzinach służyły żydówki i Polki, ale w polskich rodzinach nigdy nie służyły Żydówki. Ten podział społeczny był bardzo mocny.

Instytucję służącej zniosła rzeczywistość powojenna. Czy mentalność społeczna gładko przyjęła tę zmianę?

Oczywiście, że nie. Inteligencja wciąż nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez służącej, a raczej gosposi, czy pomocy domowej, bo słowo służąca stało się słowem brzydkim. Taka służba się zdarzała, choć oczywiście znacznie rzadziej. Nie było to dobrze widziane, bo kojarzyło się z przedwojenną, burżuazyjną Polską. Mentalnie zabrało całe lata, zanim ludzie się przestawili i mam na myśli nie tylko pracodawców, ale i same służące. Pisarka Maria Dąbrowska na przykład zapisała w swoim Dzienniku, że jej służąca dalej chciała się kąpać w wodzie po pani, bo przecież zawsze tak robiła. Nie chciała też jeść masła, które przed wojną było zarezerwowane tylko dla państwa. Sama Dąbrowska zaś, choć rozumiała i tłumaczyła swoje służącej, że nie ma już żadnego poddaństwa, tylko jest wymiana usług, nie mogła przetrawić, że jedna z jej służących się buntowała, chciała mieć firanki w oknach i nie chciała wchodzić kuchennymi schodami. Dla Dąbrowskiej było to nie do pomyślenia. Choć rozumiała, że nastały inne czasy, to wciąż tkwiła w starych schematach.

Od nadania praw, do pełnego równouprawniania jest długa droga

Niestety tak. Widać to również obecnie, w tym jak traktowane są osoby pracujące w Polsce jako pomoc domowa. Myślę, że to charakter tej pracy, czyli posługa osobista, powoduje takie niezdrowe stosunki. Kiedy jedna osoba płaci drugiej, żeby robiła coś wokół niej, łatwo jest o wynaturzenia. Mając na uwadze poziom kultury naszego społeczeństwa obawiam się, a nawet wiem, bo często ktoś mi donosi, że pracujące w polskich domach Ukrainki często traktowane są bardzo źle. Mechanizmy chęci dominacji i wykorzystywania są wieczne.