Podwyższony poziom fenyloetyloaminy wraz z dopaminą tworzy prawdziwą mieszkankę wybuchową. Badania nad chemią miłości Amerykanie z Uniwersytetu w Chicago rozpoczęli już w latach 70-tych.

Według nich, miłość, zakochanie się, maślane oczy i swoiste uskrzydlenie, to nic innego jak seria reakcji chemicznych zachodzących w naszych organizmach. Dlatego teza, że by w kimś się zakochać, trzeba czuć swoistą chemię, jest jak najbardziej na miejscu.

Ci, którzy "wymyślili" walentynki, doskonale to wiedzieli. I zdawali sobie sprawę, że ten "narkotyk miłosny" produkowany w naszym organizmie popchnie nas do wydawania tego dnia dużych sum pieniędzy na kwiaty, serduszka i czekoladki.

A propos czekoladek. Naukowcy wykazali, że dzięki tym słodkościom dostajemy potężną dawkę fenyloetyloaminy, nic więc dziwnego, że akurat w walentynki to jeden z bardziej popularnych prezentów.

Początek zakochania się przeważnie wygląda zawsze tak samo. Najpierw jest kontakt wzrokowy. Utrwalamy sobie wygląd drugiej osoby. Kodujemy jej głos i zapach. Jak taki obraz zostanie zapisany na naszym "twardym dysku", wtedy do ataku ruszają związki chemiczne.

Każdy, kto choć raz był zakochany, wie, że tylko wtedy można doświadczyć tego wyjątkowego drżenia nóg, głosu i przyspieszonego oddechu. Ale ta euforia nie trwa wiecznie.

Prędzej czy później "motylki w brzuchu", niestrawność z powodu miłości czy pocące się dłonie, znikną z naszego codziennego życia.

I na nic tu zapewnienia romantyków, że to zależy od siły uczucia. Dlaczego? Bo ta sama chemia, dzięki której się zakochujemy, przynosi nam później równowagę ducha i bardziej trzeźwe spojrzenie na nasz związek i naszego partnera. Czyli po prostu "wyparowuje" z organizmu.

Najbardziej intensywnie będziemy zakochani przez pierwsze trzy miesiące znajomości. To wtedy właśnie poziom fenyloetyloaminy w naszym organizmie będzie najwyższy. Maksymalnie po ośmiu latach nasza miłosna substancja wróci do równowagi.

A potem do głosu dochodzą endorfiny, czyli wyciszacze naszych galopujących emocji.

I tu kończy się miłość, a zaczyna co najwyżej przywiązanie. Częściej nuda - uboczny skutek działania endorfiny. I to wtedy stajemy przed odwiecznym dylematem. Zostajemy, czy znowu ruszamy na polowanie za fenyloetyloaminą?