Maciej Strzembosz: To mnie pani zastrzeliła pytaniem! Na pewno powstała koncepcja, która wyrywa media publiczne z impasu. Z walki politycznej, kto je przechwyci. I kompletnie anachronicznej struktury.
Przekłamaniem jest mówienie, że to ustawa środowisk twórczych.
Środowisk i organizacji pozarządowych. A to, czy jest pełna zgoda będzie wiadomo 3 marca, kiedy Komitet Mediów Publicznych wyda o nim opinię. Nad projektem pracowało 11 podkomisji. Zostały wypracowane postulaty. Część z nich, choć słuszne, nie nadaje się na materię ustawową.
Zastanawialiśmy się, w jaki sposób media publiczne mogą służyć upowszechnianiu kultury i likwidowaniu barier finansowych dostępu do niej. Tego nie można zapisać w prawie. Choć jeśli zgodnie z proponowaną przez nas ustawą uda się powołać Portal Mediów Publicznych, to możliwe stanie się np. internetowe muzeum sztuki. Dla dziewczyny czy chłopaka z małej miejscowości, którzy interesują się malarstwem będzie to tańsze rozwiązanie niż podróż do stolicy czy do Krakowa. Zgadzam się, że to tylko środek zastępczy. Ale zawsze coś.
Odchodzimy od anachronicznych opłat za odbiornik. Bo dziś należałoby taką opłatą obciążyć każdą nowoczesną komórkę z wbudowanym radiem. Opłata ma być za dostęp do dobrych programów. To jak ze służbą zdrowia. Nie korzystam z niej codziennie, a mimo to płacę. Cały czas mam jednak świadomość, że w razie potrzeby mogę pójść do lekarza.
Ciągle to liczymy. Z pewnością wystarczy, jeśli płacić będzie każda osoba pracująca. Ale chcemy zwolnić tych, którzy korzystają z pomocy społecznej i zasiłku rodzinnego, najstarszych emerytów, bezrobotnych czy osoby o bardzo niskich rentach i emeryturach. To samo dotyczy studentów. Zakładamy też możliwość odliczania od podatków. Musimy dostarczyć odpowiednią ilość pieniędzy w sposób najmniej dolegliwy społecznie.
Dotychczas abonament wynosił 17 zł miesięcznie. Teoretycznie pieniędzy będzie więc nieco mniej, ale trudniej będzie uniknąć płacenia. Będzie więc więcej niż obecnie.
Tak, bo przede wszystkim likwidujemy dotychczas działające spółki prawa handlowego. Dlaczego telewizja, która z samych reklam zarabia ponad miliard złotych musi brać kredyt? Dlatego, że działa w przerażającej strukturze biurokratycznej. Nie winię tego zarządu, że bierze kredyt. Kodeks pracy jest tak skonstruowany, że jeżeli Piotr Farfał zaczął zwolnienia grupowe, to dopóki ten proces się toczy, obecne władze nie mogą zacząć kolejnych zwolnień. I teraz nawet „farfałowcy” nie mogą dostać wypowiedzeń. Chyba zresztą na tym polegał plan: zaczniemy zwalniać po to, by nas później nikt nie mógł ruszyć. Telewizja od lat była jak okręt obrastający szlamem z politycznych nominatów. A gdy kiedykolwiek pojawiały się pieniądze, to zamiast zwalniać starych, przyjmowano nowych. Efekt? W telewizji pracują osoby, które od 10 lat żadnego programu nie zrobiły.
Nie chcę siać paniki. To nie jest tak, że operator telewizyjny nagle straci pracę. Zostanie za to strącona cała czapa administracyjna. Wyliczyliśmy, że w zarządach, radach nadzorczych i radach programowych wynagrodzenie pobiera 705 osób. Taka armia w Polsce nadzoruje media publiczne.
Tak, ale z tego tylko 47 pobierałoby wynagrodzenia. Pozostali, np. członkowie Komitetu Mediów Publicznych, pracowaliby za darmo.
Nie sądzę! Wystarczy popatrzeć na organizacje pozarządowe. Setki ludzi pracują za darmo w hospicjach.
A media nie są ważne?
Nie stawiajmy sprawy: albo – albo. Ludzie poświęcają się różnym sprawom. Komitet został powołany we wrześniu zeszłego roku. Ponad 70 osób przepracowało nad ustawą setki godzin. I nikt nawet nie pomyślał, by wziąć za to jakieś pieniądze. Możliwe? Możliwe.
To jeden z głównych celów ustawy. Gdy w 1993 roku wprowadzana była poprzednia ustawa medialna, to KRRiT miała składać się z fachowców. A jaka jest, każdy widzi. My chcemy wprowadzić rodzaj detoksu medialnego dla polityków. Musi zostać wybudowana bariera, która odbierze im pokusę manipulowania mediami publicznymi.
Mówię żartobliwie, że mamy klasyczne inspiracje. Starożytne Ateny i renesansowa Florencja wprowadziły losowania do systemu władzy. I w ten sposób wybierane były wszelkie gremia, które zarządzały miastami. My robimy podobnie. 250 osobowy zasób kadrowy, do którego kierowane są osoby wybierane przez organizacje pozarządowe, organizacje twórców, dziennikarzy, konferencje rektorów szkół wyższych, artystycznych oraz pięć różnych organizacji samorządowych (m.in. Związek Gmin Polskich i Związek Miast Polskich). Z nich losowane jest 50 osób, które stanowią Komitet Mediów Publicznych. I to on ogłasza konkurs na Radę Mediów Publicznych. W jej skład wchodziłoby 7 osób. To byłoby ciało dzielące pieniądze między telewizję, radio i Internet. Wyznaczałoby zasady. Coś na kształt BBC Board.
Nawet w historii TVP raz taki się zdarzył. To było wtedy, gdy wygrał Jan Dworak. Choć zwyciężyć miał ktoś inny.
Nie ma co mnożyć bytów. Nigdzie nie jest powiedziane, że w każdym zarządzie musi siedzieć po pięć osób. Poza tym nie będzie więcej rozmywania odpowiedzialności za to, co się dzieje. Żeby nie było tak, że jedno mówi prezes, a członkowie zarządu go przegłosowują. Co stało się w TVP regułą od czasów Wiesława Walendziaka.
Powołujemy, podlegający Komitetowi i niezależny od dyrektorów telewizji czy radia, Instytut Mediów Publicznych. Będzie badał programy. Ale nie pod kątem oglądalności i przynoszenia pieniędzy, ale jakości i spełnianych założeń ustawy. I tego, czy dają satysfakcję widzom.
Jeśli ktoś wymyśli sobie program dla młodych matek, a badania pokażą, że żadna kobieta z dzieckiem go nie ogląda, to po co łożyć na niego pieniądze? Owszem, i teraz w każdej jednostce mediów publicznych jest biuro programowe. Jego zadaniem jest ocena programów. Tylko jak biuro może dziś uczciwie powiedzieć swojemu dyrektorowi: panie, partaczy pan robotę? Nam zależy na niezależnym audycie.
Powstaje na wzór Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Pewien procent pieniędzy będzie dostępny w konkursach. Nie będziemy pytać, czy projekt realizuje TVP czy TVN. To będą granty na konkretny projekt. Nowością jest też to, że wszystkie projekty, które są dofinansowane przez Fundusz po pewnym czasie będą lądować na Portalu Mediów Publicznych. I każdy będzie mógł za darmo je ściągnąć. Przez Fundusz będzie się można również ubiegać o dofinansowanie tekstów drukowanych. To będzie rodzaj wsparcia dla solidnego dziennikarstwa.
Jan A.P. Kaczmarek na początku prac Komitetu sformułował taką zasadę: dopisujemy tylko to, czego brakuje. Niczego nie wykreślamy. Nie wszczynamy wojny o religię czy wartości.
Na pytanie sceptyków, czy ustawa wypali odpowiem tak: kiedyś uważano, że PISF nie ma prawa zadziałać. Stało się na odwrót i świetnie funkcjonuje. Co do polityki... Naszym zadaniem było stworzenie projektu. Nie założyliśmy partii politycznej, która teraz pod hasłem ratowania mediów chce wygrać wybory.
Może się okazać, że deklaracje, które wtedy padały są nic nie warte. Że były tylko na pokaz. Ale gdybyśmy zawsze zakładali, że nic się nie uda, i że wszyscy nas oszukują, to lepiej w ogóle nie wychodzić z domu. Projekt trafi niedługo do sejmu, który może go odrzucić lub zmienić nie do poznania. Ale trzeba zachować nieco optymizmu.
Rok wyborczy jest też naszą szansą. Idealnie, gdyby ten projekt wniosło do sejmu 15 posłów z wszystkich czterech partii.
To i tak zanim ustawa zacznie obowiązywać przewidujemy okres przejściowy. Nim wpłyną pieniądze z nowych opłat, potrzebne jest uszczelnienie obecnego źródła finansowania. Inaczej media publiczne nie przeżyją.
Niekoniecznie, wystarczy, że zerwiemy w końcu z obłudnym podejściem do tematu. Bo niemal w każdej debacie o abonamencie pojawia się obrazek biednej staruszki, której każe się płacić medialny haracz. Tymczasem problem leży gdzieś indziej. Tylko 5 proc. firm w Polsce płaci abonament. Nie robią tego całe sieci hoteli. To kolejny dowód na to, że pora odczarować atmosferę wokół mediów.