Nie chodzi bowiem o korzyści osobiste czy finansowe, lecz osobisty rozwój, dobry styl życia, "cnotę". Taki system nazwał politeją. Nie rządzą w nim "wszyscy", jak by chciała demokracja, lecz jak największa liczba osób z niego korzysta.
Dziś Arystoteles nie daje się zastosować wprost do polskiej sytuacji. Naszej cywilizacji bardzo zależy na ustroju demokratycznym i bezpośrednie czerpanie z teorii tego myśliciela nie będzie funkcjonalne. Opierając się jednak na jego nauce, powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że współczesne partie polityczne mogą przybierać dwojaką naturę: albo klubu sportowego, albo korporacji.
Ilekroć partia polityczna przemienia się w klub sportowy, tylekroć odchodzi tym samym od ideału, który głosił Arystoteles. Pojawia się w niej postać wielkiego wodza, a przemożnym dążeniem jest chęć zwycięstwa, przejęcia władzy. To, do czego owa władza ma zostać użyta, staje się problemem wtórnym. Władzy chce się używać do przemieniania społecznej świadomości, bez liczenia się z opinią szerokich kręgów akademickich czy profesjonalnych. Takie traktowanie polityki - jak meczu piłkarskiego - pociąga za sobą analogiczne, "stadionowe" konsekwencje. Pojawiają się pseudokibice, szalikowcy, cała chmara ludzi chcących skorzystać ze zwycięstwa; pojawia się chęć bójki i destrukcji.
Pojawia się wreszcie niezdrowa ekscytacja mętnymi celami naszkicowanymi przez wodza. Jest to rodzaj mydlenia oczu, bałamucenia opinii publicznej co do rzeczywistych celów przejęcia władzy. W obecnej polityce ta mętność celów bije w oczy: weźmy choćby polowanie na układ. Nie wiadomo, kto jest w układzie, czym się ów układ charakteryzuje ani jak działa, ale mobilizuje się cały klub do tej walki. Kto stoi na czele układu - nie wiadomo. Jedni mówią, że pan Krauze, drudzy – że premier. Jeszcze inni dowodzą, że układ się rozmył i w rzeczywistości mamy do czynienia z setką małych układów. Poważni wydawało się ludzie zaczynają szukać czegoś, o czym nic nie wiedzą. Kibicom zaś wmawia się, że znalezienie tego jest niezbędne dla powszechnej szczęśliwości. Powstaje wrzawa i ekscytacja porównywalna do sportowych igrzysk. Podstawową wartością staje się zwycięstwo i lojalność zawodników wobec klubowych barw. Tak urządzona polityka jest rodzajem patologii i z politeją nie ma nic wspólnego.
Jest jednak inna droga: korporacyjna. To, nad czym bardzo ubolewam, to brak profesjonalizmu w polskiej polityce. W korporacji brak profesjonalizmu jest wykrywany i tępiony. W polskiej polityce wydaje się promowany. Profesjonalnym działaniem jest właściwy wybór jasno określonego celu i wskazanie drogi do jego osiągnięcia. Tak czynią korporacje. Do takiej polityki przychodziliby profesjonaliści - w polskiej polityce na razie odbywa się raczej selekcja negatywna. Spełniają się w niej przede wszystkim ci, którzy gdzie indziej nie dali sobie rady. W korporacji nie mieliby szans: tu znane są zasady awansu, z osiągnięć trzeba się rozliczyć w określonym czasie i według jasnych kryteriów, a błędy muszą być naprawione.
Od samego początku minionej koalicji PiS - LPR - Samoobrona było widać, że nie jest ona w stanie osiągnąć żadnych realnych celów. PiS dążyło do rewolucji moralnej, Samoobrona interesowała się wyłącznie rolnictwem, a LPR w sposób dość autokratyczny chciała narzucić tradycyjny styl życia. Te trzy cele nie dają się ze sobą pogodzić - to tak jakby powstała korporacja, która z jednej strony chce produkować samochody, z drugiej zegarki, a z trzeciej koncentrat pomidorowy. Nie ma żadnego powodu, żeby tego rodzaju korporacja w ogóle istniała jako jeden organizm. Może się stać co najwyżej sztandarowym przykładem amatorszczyzny i dyletantyzmu.
Celem istnienia demokracji jest możliwość wypowiedzenia się większości społecznej za jakimś programem politycznym. Jeśli więc zamiast programu politycznego dostajemy wyłącznie klubowe zjazdy, pieśni, hasła, symbole czy sztandary, to wybór staje się pozorny. Ten rodzaj amatorszczyzny okazał się najbardziej szkodliwą cechą polskiej polityki. Nie pozwala on stworzyć dobrze funkcjonującego systemu, który zorganizowałby społeczeństwo do działania dla wspólnych celów i nie wbrew woli obywateli, lecz zgodnie z ich osobistymi dążeniami - przy założeniu, że owe dążenia wykraczają nieco ponad zarabianie pieniędzy i trwonienie ich na przyziemne przyjemności.
Arystoteles przestrzegał zarówno przed demokracją pozbawioną dążenia do celów wyższych, jak i przed tyranią, która dąży do wyższych celów, lekceważąc obywateli. Złotym środkiem na miarę naszych czasów byłaby władza polityczna skonstruowana jak sprawna korporacja. Byłoby to uwspółcześnienie teorii politei. Zamiast niej politycy zafundowali nam zinstytucjonalizowaną anarchię, w której większość obywateli odmawia w ogóle udziału w życiu politycznym. Marazm, bierność i wyalienowanie społeczeństwa z polityki jest zjawiskiem bardzo niepokojącym. 20 lat temu można to było złożyć na karb systemu komunistycznego, który nie pozwalał obywatelom na pełny udział w życiu politycznym. Dziś każdy z nas mógłby swobodnie w nim uczestniczyć, ale wielu już się nie chce.