Alex Tew, Brytyjczyk, lat dwadzieścia jeden, miał ten sam problem, co miliony studentów przed nim i bez wątpienia miliony po nim: próżnię w kieszeni. Uznał, że milion dolarów rozwiąże wszystkie możliwe kłopoty. Brzmi prosto, nieprawdaż? Otóż rzeczywiście okazało się to niezwykle proste. Wystarczyło stworzyć w internecie jedną jedyną stronę reklamową, z jednym wielkim reklamowym polem składającym się z miliona pikseli (trochę mniej, niż mieści się na typowym monitorze komputerowym) i sprzedawać powierzchnię po dolarze za piksel.

Reklama

Pomysł okazał się niezwykle skuteczny. Każdy może odwiedzić The Million Dollar Homepage i obejrzeć ostateczny rezultat. Uwaga: już za późno, żeby na płachcie umieścić swoją reklamę, cała powierzchnia została sprzedana. A Alex Tew zgarnął swój milion. Natychmiast pojawił się tabun naśladowców, którzy rozumowali całkiem logicznie: "Alex mógł zarobić bańkę za nic, to czemu mnie ma się nie udać?". Jednak strony takie jak Million Pound Gallery czy The Million Dirham Website zarabiają zdecydowanie gorzej od oryginału. Kto chce własny milion dolarów (funtów, dirhamów, czy innej waluty), musi wpaść na własny oryginalny pomysł.

23-letni emeryt
Potencjał młodzieży, która potrafi z taką gracją wyciągać miliony z kieszeni swych rówieśników i z kont dorosłych, dostrzegł nawet rząd Stanów Zjednoczonych. Small Business Administration, amerykańska agencja rządowa wspierająca drobnych przedsiębiorców, na stronie Teen Business Link ma pełne garście praktycznych porad dla licealistów, którym strzeli do głowy spróbować Amerykańskiego Snu i założyć własną firmę. Wujek Sam, tym razem jako Wujek Dobra Rada, porusza takie problemy, jak "w domu czy w wynajętym lokalu", "za swoje czy za pożyczone", "jak nie potknąć się o jakiś prawny kruczek".


Ci, którzy uznają, że Small Business Administration nie jest w istocie taką znowu wielką pomocą (bądź co bądź to agencja rządowa, czego można się spodziewać?), sięgną po radę do tych, którzy niedawno tę drogę przeszli. Typowa droga: wpaść na pomysł, założyć jedną lub kilka firm, odnieść sukces finansowy, napisać książkę, skończyć dwadzieścia lat, w tej właśnie kolejności.

Ben Cathers, Amerykanin, jest jednym z prekursorów tego pędu. Dziś, jak na biznesmena łowiącego ryby w Web 2.0, jest dość sędziwym dziadem, ma bowiem 23 lata. Internetowym biznesem zaczął się parać, gdy miał lat 12: postawił na internetowy marketing i reklamę w czasach, gdy dorośli uważali sieć za medium niepoważne i niewarte zachodu. Odniósł spory sukces, porzucił reklamę, stworzył własny program radiowy, który od pierwszego dnia był słuchany w całych Stanach. W tej chwili jednocześnie rozkręca siedem różnych projektów internetowych. Swoją książkę poświęcił - a jakże - nastoletnim biznesmenom.

Respekt dla małolata
Niegdyś obowiązywał przynajmniej jeden pewnik: gdy masz 15 lat, nikt cię nie traktuje poważnie. Dzieci i ryby, mówi stare powiedzenie, głosu nie mają. Dorośli, którzy ukuli ten uroczy aforyzm, dziś nie są do niego do końca przekonani. To, że młody internauta ma głos, wszyscy oczywiście wiedzą, jednak wedle stereotypu ten głos jest głosem "dziecka Neostrady" posługującego się niby-językiem, by przekazać niby-treści, zaśmiecającego fora na popularnych portalach komunikatami w rodzaju "wpisujcie miasta kture popierają" (ponieważ po stereotypowym nastoletnim internaucie oczekujemy nieznajomości ortografii lub pogardy dla jej zasad).


Fakt, że opinia nie wzięła się z powietrza, rzesze głupców (choć niekoniecznie nieletnich) musiały na nią solidnie zapracować. Jednak to tylko część prawdy. Gdy powstaje przyzwoity blog, taki jak Ypulse, opisujący, co się kłębi w duszy nastoletniego internauty, jak sępy rzucają się na niego specjaliści od marketingu, by móc z młodym ubić interes. Na Mashup 2007 - konferencji, na której wielu spośród wygłaszających wykłady czy prowadzących dyskusje panelowe nie mogłoby legalnie kupić sobie puszki piwa, karnie stawili się przedstawiciele takich koncernów, jak Nokia, Yahoo!, Microsoft. Byli tam nie w roli znakomitości uświetniających imprezę, tylko po to, by słuchać i pilnie notować, co może mieć do powiedzenia np. szef MyYearbooka.

Biznesplan od młodszej siostry
Serwis MyYearbook.com to jedna z wielu tzw. stron społecznościowych stworzona z myślą o uczniach i studentach. Dwa lata temu Catherine Cook (wówczas 15 lat) i jej brat David (o rok starszy) uznali, że roczniki tradycyjnie wydawane przez amerykańskie szkoły (kronika ważniejszych wydarzeń, zdjęcia uczniów i inne drobiazgi, które z biegiem lat nabierają wartości sentymentalnej), są śmiertelnie nudne.


Stwierdzili też, że spośród setek rozwijających się jak grzyby po deszczu serwisów społecznościowych, żaden nie jest idealnie dopasowany do potrzeb nastolatków. Dodali dwa do dwóch, wyszło im cztery, wymyślili MyYearbooka i namówili starszego brata, Geoffa, by zainwestował w projekt niebagatelną sumę ćwierć miliona dolarów (Geoff swój pierwszy milion zarobił oczywiście na internecie w czasach studiów magisterskich na Harvardzie). Jak widać, nigdzie nie jest powiedziane, że nieletni biznesmen musi operować jakimś śmiesznym budżetem.

Reklama

Serwis rozwija się, aż miło popatrzeć, w styczniu znalazł się sponsor chętny, by wpompować w młodą firmę kolejne cztery miliony. Parę dni temu Catherine Cook udzieliła wywiadu serwisowi CNet, z którego możemy dowiedzieć się paru ciekawych rzeczy o młodocianych rekinach biznesu. Catherine spędza w pracy od dwudziestu pięciu do czterdziestu godzin tygodniowo. To w czasie roku szkolnego, w wakacje robi się z tego godzin sześćdziesiąt.

Nie czyta szkolnych podręczników, ściąga je w wersji audio i odsłuchuje w samochodzie w drodze do biura. Siedemnastolatka - zwracam uwagę. Ale jednocześnie musi, jak na licealistkę przystało, płaszczyć się przed wicedyrektorem, by usprawiedliwić kolejną nieobecność. Ot, życie. W losach MyYearbooka najłatwiej znaleźć wytłumaczenie sukcesu, jaki stał się udziałem zastanawiająco wielu małolatów, którzy zabrali się za wydobywanie pieniędzy z internetu. Dlaczego to właśnie szkolna smarkateria stworzyła ten zakątek sieci, który jest jednym z najważniejszych miejsc spotkań amerykańskich nastolatków?

Jedna odpowiedź, banalna: sami są nastolatkami, najlepiej więc czują, czego nastolatkom potrzeba. Ale nie tylko to. Stary pryk, przeglądając stary album z liceum, zalewa się łzami wzruszenia i tęsknoty za utraconą młodością, za dawnymi sympatiami, za przyjaciółmi itd. Tymczasem nastolatek swoim krytycznym, bezlitosnym okiem widzi, że forma papierowego rocznika jest nudna i skostniała. Inny przykład: nastolatek zarabia koło tysiąca dolarów miesięcznie, sprzedając na eBayu plakaty, kompakty i inne gadżety jednej bardzo ściśle określonej grupie nabywców - gimnazjalistkom. Młodsza siostra służy mu za nieocenione źródło wiadomości na temat "co dziś kręci dwunastoletnie dziewczynki" (żeby nie było za łatwo, odpowiedź na to pytanie zmienia się z tygodnia na tydzień). Może za jakiś czas też stworzy swojego MyYearbooka.

Myszka przed klawiaturą
"Młody przedsiębiorca internetowy" to gatunek nadspodziewanie liczny. Czasem to licealista, czasem student - mało kto spośród nich darzy dziś szacunkiem tradycyjną ścieżkę: szkoła, studia, posada, a na końcu, ewentualnie, stworzenie własnej firmy. Z ankiet przeprowadzonych na amerykańskich uczelniach wyłania się portret dynamicznej, agresywnej "generacji Y": młodzi pożądają sukcesu, a jednocześnie nie tylko nie boją się ryzyka, ale wręcz go potrzebują. Po drugie, pokolenie, które dziś kończy szkołę, dorastało w świecie rządzonym przez komputery.


Nie tyle czują się w internecie jak ryba w wodzie, co bez internetu poczuliby się jak ryba wyrzucona na ląd. Gdy w roku 1975 Bill Gates i Paul Allen założyli Microsoft, przyszłego software’owego giganta, nikt właściwie nie wiedział, czym jest firma software’owa i czy coś takiego jest komukolwiek do czegoś potrzebne. Dziś dorastają ci, którzy trzymać myszkę nauczyli się wcześniej, niż czytać i pisać. W świecie komputerów od dawna wszelkie rewolucje są udziałem młokosów - wspomniani Gates i Allen z Microsoftu, twórcy Google’a Siergiej Brin i Larry Page, założyciele Apple’a Steve Jobs i Steve Wozniak - żaden z nich nie miał jeszcze trzydziestki, gdy wchodził do gry.

Michael Dell, gdy stworzył firmę, która w swoim czasie piastowała pozycję największego producenta komputerów na świecie, miał lat 19. To było jednak w XX wieku: dziś internetem zaczynają trząść licealiści. Niektórzy usiedli na fotelu szefa wartej miliony dolarów firmy, zanim dostali prawo jazdy czy pierwszą kartę kredytową. Ciekawe, co pokażą, kiedy dorosną.