Moją pierwszą pracą po studiach było dziennikarstwo. Miałam jednak poczucie, że nie jestem wystarczająco mądra i nie umiem dobrze pisać. Zastanawiałam się, co mogę robić w życiu. W latach 90. każdy, kto miał trochę energii, zakładał własną firmę. Założyłam więc w 1993 r. Agencję Reklamowo-Wydawniczą i przez następne dziesięć lat całkowicie oddałam się temu zajęciu.
W reklamie lubiłam jej stronę artystyczną, ale nie znosiłam marketingowej i źle się czułam w ciągłym wyścigu szczurów. Mój organizm z trudem radził sobie z tempem życia, które wypełniały praca i nieustający stres. Finansowo wiodło mi się znakomicie. Wolny czas i pieniądze inwestowałam głównie w podróże po świecie. Z czasem powroty do rzeczywistości stawały się coraz trudniejsze. Coraz ciężej było mi znosić to, że w pracy panują prawa dżungli, a na zasady fair play nie ma w niej miejsca.
W 1997 r. kupiłam za okazyjną cenę dworek w Borach Tucholskich i myśl, że kiedyś tam zamieszkam, pomagała mi przetrwać kolejne stresy. Długo traktowałam to tylko jako psychiczne koło ratunkowe, ale w momentach kryzysowych wracała do mnie ta myśl coraz natrętniej. I wreszcie zdecydowałam się – jadę na wieś. A kiedy już przekroczyłam ten Rubikon, wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Sprzedaż mieszkania i załatwianie licznych formalności w urzędach nie zajęło mi dużo czasu. Pamiętam zdumienie pani na poczcie, gdy podawałam jej nowy adres z prośbą o odsyłanie listów: nie żal pani zamieniać ulicę Parkową w Warszawie na jakąś zapadłą dziurę w Borach Tucholskich? - spytała. To prawda, do tej pory czuję pewien dyskomfort, kiedy podaję mój nowy adres. Po prawie dwudziestu latach (całe moje dorosłe życie) funkcjonowania jako warszawianka teraz jestem czasem traktowana jak baba ze wsi.
Żeby było trudniej, na wieś przeniosłam się jesienią, kiedy po godzinie 16 robi się kompletnie ciemno i głucho za oknem. Moja wioska (mieszkam na samym jej skraju) liczy 170 mieszkańców. Jest w niej jedna zaniedbana ulica i mały sklepik, czynny tylko dwie godziny rano i dwie po południu. Nie ma poczty ani kościoła. Mój dwór położony jest w pobliżu Zakładu Doświadczalnego Ziemniaka.
Popegeerowski bałagan, jaki tam panuje, razi moje poczucie estetyki, ale nauczyłam się cenić to sąsiedztwo, gdyż w przypadku awarii prądu czy wody lub zasp śnieżnych jest to jedyne miejsce, dokąd mogę się pójść po pomoc. Do najbliższego miasta powiatowego ze sklepami, szkołą, szpitalem itd. jest tylko pięć kilometrów, ale brakuje niecałe 1000 m asfaltu, aby mieszkańcy mojej wsi mogli korzystać z komunikacji podmiejskiej. Od lat więc kobiety z wózkami, ludzie starsi i dzieci pokonują ten dystans pieszo, podziurawioną przez kombajny i traktory polną drogą (a i dla samochodu jest to duże wyzwanie).
Mimo tych niedogodności nie żałuję swojej decyzji. Tu czuję się nareszcie sobą. Niedługo skończę 44 lata i po raz pierwszy w życiu mam uczucie, że nie muszę nikomu nic udowadniać. W swoim dworku rozpoczęłam działalność agroturystyczną. Prowadzenie na wsi pensjonatu agroturystycznego nie jest sielanką, o jakiej marzą mieszczuchy. Pracuję tu bardzo dużo i często jestem zmęczona fizycznie, ale nie czuję ciągłego stresu, który towarzyszył mi, gdy miałam agencję reklamową. Fizyczna praca i ruch przez cały dzień uruchamiają mięśnie, o których istnieniu zapomniałam przez lata siedzenia przy komputerze. Chyba nie umiałabym już wrócić do poprzedniej pracy.
Ponieważ z pięciu pokoi trudno utrzymać dworek przez cały rok (koszty ogrzewania są niestety ogromne), przymierzam się do uzyskania dotacji unijnej na przebudowę starego spichlerza, który wraz z zaniedbanym stawem wchodzi w skład mojej posiadłości. Chcę tu stworzyć salę biesiadną, kolejne miejsca noclegowe i coś w rodzaju eko-spa (sauna, kąpiel w kozim mleku, relaks na sianie itd.). To ogromne wyzwanie i doświadczenie z mojej poprzedniej pracy pewnie się przyda.
Ale wciąż zdobywam również nowe. Okazało się, że umiem nieźle gotować. Sporo eksperymentuję, wypróbowuję nowe przepisy i degustuję je z przyjaciółmi przy dobrym winie. I ogromnie to lubię. Nie czuję się jednak prawdziwym kucharzem ani też nie zamierzam za takowego uchodzić. Od jakiegoś czasu zaczęłam też na mojej stronie internetowej prowadzić coś w rodzaju blogu, który zatytułowałam "Zapiski niecodzienne i notatnik kulinarny". Robię to jednak głównie dla siebie, żeby nie zardzewiał mi intelekt. Po raz pierwszy w życiu nie przejmuję się bez przerwy, jak to, co robię, zostanie ocenione przez innych. Od pół roku wychowuję też dwójkę rodzeństwa (6-letnią dziewczynkę i 11-letniego chłopca) z domu dziecka, która wnosi do mojego domu i życia szczęśliwy zamęt. Do domowników zaliczamy również sześć kotów, trzy psy, kozy i konie (każde zwierzę ma swoje imię).
Przestałam tęsknić za warszawskim życiem. Ale do Warszawy jeżdżę i robię to zawsze z wielką przyjemnością, zwłaszcza że teraz korzystam tylko z jej uroków: kino, teatr, wystawy, spotkania z przyjaciółmi w kawiarniach itd. Na wieś wracam już jednak jak do domu.
Podsumowując ten rok – był on olbrzymią zmianą w moim życiu. Mam jednak poczucie, że wszystko nastąpiło we właściwym czasie i miejscu. Umacniam się w tym za każdym razem, kiedy spaceruję z moimi szczęśliwymi psami i radosnymi dziećmi piękną drogą przez malowniczo pofałdowane wzgórza. Niebo wydaje się być dużo bliżej, w dali spokojnie pasą się sarny, nad nami kołuje jastrząb, szumią stare drzewa, sadzone jeszcze przez ostatnich właścicieli tego majątku. Jak napisał ksiądz Twardowski, którego poezje miałam kiedyś przyjemność wydać: "Wszystko jest tak jak ma być".