Brzmi to może banalnie, ale nie można rezygnować z marzeń. Sama pracowałam przez lata w wielkich korporacjach. Zajmowałam się PR. Kilkanaście lat spędziłam jako
kierownik marketingu, prowadziłam kampanie reklamowe. Pracowałam dla bardzo ważnych korporacji, zajmowałam się rozwojem nowego biznesu. Teraz jestem malarką, a moje prace są wystawiane w Nowym
Jorku.
Do malowania ciągnęło mnie od dzieciństwa, ale skończyłam Politechnikę Warszawską, wydział inżynierii biomedycznej. Mój dyplom został ochroniony patentem, bo to był wynalazek. Potem
przez rok chodziłam na grafikę jako wolny słuchacz. Tam się nauczyłam podstaw rysunku, warsztatu malarstwa. Jednak nie mogłam tego kontynuować. Życie mnie zmusiło do tego, żebym zaczęła
zarabiać.
Pewnego dnia, w 2005 roku, usiadłam i zastanowiłam się, czy jestem szczęśliwa? Czy robię to, co bym chciała robić w życiu? I uznałam, że nie jestem do końca szczęśliwa, i nie realizuję
się w pełni. Wiedziałam, że sporo rzeczy w życiu zrobiłam, ale mam swoje pasje, które leżą odłogiem. Stwierdziłam więc, że nie można ich odkładać. Bo gdy pod koniec życia uznam, że
nie zrobiłam czegoś tylko dlatego, że nie spróbowałam, to byłabym na siebie bardzo zła. Życie jest krótkie i nie można odkładać marzeń. Trzeba mierzyć wysoko i mieć wolny umysł.
Dlatego uznałam, że wrócę do malowania. I że nawet jeżeli moje marzenia są pozornie niemożliwe, to nie należy się zrażać. Francis Bacon zaczął malować koło 50-ki i zajął poczesne
miejsce w sztuce współczesnej. Nigdy nie jest za późno, żeby zaczynać.
Nie tak radykalnie. Nadal pracowałam w korporacji francuskiej, ale malowałam po nocach. I przypadkiem pewien biznesmen zobaczył moje obrazy w internecie, i zainteresował się nimi. Zaproponował,
że zorganizuje mi wernisaż. I tak się zaczęło. Na wernisaż przyszło 300 osób. Sprzedałam kilka prac i nagle - co było dla mnie największym zaskoczeniem - okazało się, że ludzie
interesują się tym, co maluję, że im się moje prace podobają. Wcześniej traktowałam to jako hobby. Po tym wernisażu postanowiłam spełnić swoje marzenie, żeby zaistnieć na rynku sztuki i
z tego żyć.
Jestem mamą samotnie wychowującą dziecko i zdawałam sobie sprawę, że taka decyzja wymaga wiele odwagi. I że podejmuję ogromne ryzyko. Ale postawiłam na jedną kartę. Moim celem było
zaistnienie w Ameryce, bo Nowy Jork jest dla mnie mekką sztuki nowoczesnej. I udało się. Zajęłam się malowaniem na poważnie rok temu, a już teraz mam wystawę w William Bennett Gallery na
Soho w Nowym Jorku, gdzie moje obrazy wiszą obok prac Pabla Picassa, Joana Miro, Marca Chagalla i wielu innych. Sprzedaję je. Uzyskałam to, czego wielu artystom po 20 latach działania i
mieszkania w Nowym Jorku nie udało się zrealizować.
Dokładnie tak. Wzięłam kilka obrazów i poleciałam do USA. Jedyne, co miałam, to miejsce do spania u koleżanki. Wzięłam swoje portfolio. Pierwsze, co zrobiłam, to poszłam na targi sztuki współczesnej art-expo w Nowym Jorku. Chodziłam po targach, poznawałam środowisko, ludzi galerii. I po pięciu dniach sprzedałam pierwszy obraz. Potem zaproponowano mi zorganizowanie wystawy na Brooklynie etc., pisały o mnie media amerykańskie, a do marca moje obrazy wiszą w jednej z najlepszych galerii na Manhattanie.
Chyba nie o to chodzi. Bardzo dużo wysiłku włożyłam w to, by osiągnąć to, co osiągnęłam. Po prostu nie zrażałam się niepowodzeniami, choć miałam ich wiele. Ale wierzyłam, że musi mi
się udać. Wyrzucono mnie z wielu galerii na Manhattanie, zanim dotarłam do tej, która się mną zainteresowała. Oczywiście zdarzają się szczęśliwe przypadki. Np. niedawno poszłam do
ambasady amerykańskiej, żeby przedłużyć wizę, a pani konsul zaproponowała mi wystawę – w ambasadzie.
Teraz moim celem jest to, by moje obrazy znalazły się w galerii sztuki nowoczesnej w Nowym Jorku. I wierzę, że w ciągu dwu lat to osiągnę. I chcę utrzymywać się tylko ze sztuki. Ale nie
wszyscy to rozumieją. Wielu znajomych myśli, że zwariowałam. Do dzisiaj pukają się w głowę. A moja mama dzwoni od czasu do czasu i pyta – czy już znalazłam sobie pracę...