Spotkał się przed wizytą, dlaczego miałby się nie spotkać po wizycie. Przecież podczas ostatniego spotkania premier powiedział, że konsultacje między nim i
prezydentem będą czymś normalnym. Odczytuję to jako koniec prób wymanewrowania prezydenta z polityki zagranicznej. Czy więc powiedziałem coś dziwnego?
Nie, przekazałem tylko publicznie zaproszenie. Premier pojechał na urlop, więc to spotkanie może poczekać. Ale czy mam nie odpowiadać na pytania dziennikarzy? A spytano mnie, czy prezydent zna
szczegóły moskiewskich rozmów Tuska. Nie może ich znać, skoro się nie spotkali.
Raczej nawzajem udzielają sobie informacji, przedstawiają stanowiska. Prezydent jest bardziej doświadczony po dwóch latach prezydentury, więc przekazuje premierowi wiele technicznych
szczegółów. Są jak przed laty znowu na „ty”. Pan wybaczy, ale większość rozmów dotyczy spraw tajnych.
Powiedzmy sobie szczerze: Platforma Obywatelska w zderzeniu z rzeczywistością wycofuje się ze swoich bardzo skrajnych tez. PO próbowała kreować obraz klęski polityki zagranicznej w ciągu
ostatnich dwóch lat. Teraz mówi, i to ustami Tuska, jedynie o korekcie. Rozbieżności w stanowiskach Polski i Rosji czy Niemiec są faktem. Taki czy inny PR tego nie zmieni. Więc na przełom nie
ma tu miejsca.
A może to było po prostu zaproszenie? Aleksander Kwaśniewski też zapraszał ministrów rządu Jerzego Buzka, również Lecha Kaczyńskiego. Nawet prezydent o kompetencjach mniejszych niż polski
jako głowa państwa ma prawo widywać ministrów.
Prezydent jest reprezentantem Polski na zewnątrz, głową państwa, wykonuje zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi za pośrednictwem ministra obrony.
Nie w takim sensie jak premier. Ale jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i głową państwa, więc należy mu się respekt. Specjalny przepis konstytucji nakazuje współpracę prezydenta i ministra
spraw zagranicznych.
W sensie protokolarnym prezydent nie jest równorzędny nawet wobec premiera.
Państwo to nie jest firma. Ale Donald Tusk nie miał na przykład pojęcia o przepisie ustawy o obowiązku obrony, który nakazuje każdemu organowi państwa udzielanie prezydentowi odpowiedzi w
sprawach związanych z bezpieczeństwem. Powtórzę: nikt nie kwestionował podobnych żądań Aleksandra Kwaśniewskiego. A on życzył sobie na przykład na Radzie Gabinetowej informacji o planach
rządu Buzka. Problem z tego robi się dopiero dzisiaj, gdy szefem rządu jest ukochany przez pana i pana kolegów Donald Tusk.
Radosław Sikorski mógł powiedzieć: teraz nie mogę. Wolał, co łatwo udowodniliśmy, szybki powrót z Brukseli, który był demonstracją.
W komentarzach do konstytucji uznaje się polskiego prezydenta za niezwykle silnego, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej. Czy dwa spotkania z szefem MSZ w ciągu trzech miesięcy to dużo?
Czym ma się zajmować prezydent? Jak ma realizować swoje uprawnienia?
Nie. Ale w imię czego ma ulec zmianie zwyczaj, który za Kwaśniewskiego był w pełni respektowany?
Może nie było takiej potrzeby. Rozmowa z Radkiem Sikorskim była potrzebna z powodu jego wyjazdu na Ukrainę.
A może minister sam powinien wpaść na pomysł konsultacji z prezydentem przed tak istotną wizytą. Nie wpadł, więc został poproszony. W czasach rządu Buzka ministrowie Geremek i Bartoszewski
czy szef MON Komorowski systematycznie udzielali prezydentowi Kwaśniewskiemu stosownych informacji. Minister Komorowski wykazywał się nawet szczególną gorliwością.
Prezydent nie jest liderem opozycji, ale ma demokratyczny mandat, w sumie mocniejszy niż PO. Wybrano go z konkretnym programem, z własną wizją.
We współpracy z prezydentem.
Realne różnice między nimi są dziś mniejsze. Nie mam pretensji do Tuska o to, że zaczyna dobrze definiować interes narodowy. Mam pretensję o to, że wcześniej w celach wyborczych stawiał
nam fałszywe zarzuty. Bańka mydlana jego dawnej retoryki pękła.
To jest problem polskiej konstytucji, której głównym autorem jest Aleksander Kwaśniewski. Debata o niej jest uprawniona i potrzebna. Ale my mamy inną dyskusję. W ramach tej samej konstytucji
głosi się, że Kaczyńskiemu wolno mniej niż Kwaśniewskiemu.
Zła. PiS chciało przecież innego ustroju obdarzającego prezydenta dużo większymi uprawnieniami. Nadal za tym jesteśmy. Ale większości dla nowej konstytucji nie ma. Problemem jest to, że
Kwaśniewskiemu było wolno więcej.
W ogóle się nie zdenerwował. Był raczej zdziwiony. Rada trwałaby dłużej, gdyby rząd miał więcej do powiedzenia. Odsyłam pana do stenogramów, które wydrukowała pana gazeta. Komentatorzy
zarzucali DZIENNIKOWI, że nie wydrukował całej debaty. A ja twierdzę, że cała debata wyglądała dokładnie tak jak te fragmenty: zero informacji, zero pomysłów. Projektów reformujących
służbę zdrowia nie ma zresztą w parlamencie do dziś.
Niegrzecznie zachowywał się premier, a pan obwinia prezydenta.
Z tym się akurat zgadzam. Jak pan Jourdain z komedii Moliera zauważa pan nagle, że mówi prozą.
Wczoraj tygodnik "Wprost" napisał, że gangsterzy wydawali wyroki śmierci na swoich wrogów, a policja nie zapewniła zagrożonym ochrony. Co robi szef MSWiA Grzegorz Schetyna?
Ogłasza, że odbiera ochronę BOR szefowej kancelarii i ministrowi Łopińskiemu. I dyskusja natychmiast zbacza na wygodne dla niego tory. Na szczęście zareagowaliśmy powściągliwie, choć
przecież szefowie prezydenckiej kancelarii mieli ochronę BOR i za Wałęsy, i za Kwaśniewskiego. A może i piątkowe tajne posiedzenie Sejmu na temat rzekomych podsłuchów miało za cel
przygłuszenie średniego wrażenia wywołanego wizytą Tuska w Moskwie.
To w takim razie ja nie mam prawa mówić, że popełnia się manipulację? Prezydenta wciąga się w konflikty. To jest metoda Platformy.
Nie kupujemy tej konwencji. Być może tylko przecenialiśmy uczciwość mediów. Naczelna Izba Lekarska odrzuca propozycje minister Kopacz, a dziennikarze ledwie to zauważają.
Nie mam sobie w tej sprawie nic do zarzucenia. DZIENNIK spytał mnie, dlaczego prezydent nie pojechał na miejsce katastrofy. Odpowiedziałem, że nie został poinformowany przed odlotem do
Chorwacji. I dodałem, że nie chcemy w tej sprawie awantury.
Sprawa była poważna, bo wcześniej prezydent był informowany o podobnych przypadkach przez ministra obrony. A o późniejszym rozwoju sytuacji przesądziły media. Z jednego zdania ministra Draby
zrobiono awanturę.
Pomija pan kompletnie złą wolę mediów. Przypomnijmy sytuację z ostatnich dni. Prezydent zapowiada, że prześle aneks do raportu WSI marszałkom Sejmu i Senatu. I wdaje się przy okazji w
skomplikowany, całkowicie niewinny wywód o kompetencjach tych marszałków. I co robią dziennikarze? W świat idzie natychmiast przekaz, że prezydent raportu nie prześle. Choć przecież
powiedział, że musi przesłać.
Prezydent nakazał mi natychmiast te emocje wygasić. I proszę pamiętać o ich medialnym kontekście.
Taka jest taktyka Platformy. Z jednej strony wciąga prezydenta w konflikty, z drugiej wypycha go z rozmaitych uprawnień. Niech pan sobie wyobrazi, co by się stało, gdyby to Jarosław Kaczyński
odpowiedział prezydentowi Kwaśniewskiemu: to ja jestem od zadawania pytań. Myślę, że już by się tym zajmowały europejskie instytucje. A Donald Tusk to właśnie powiedział - pozbawiając
prezydenta bezprawnie prawa opiniowania szefów służb specjalnych. I jak reagują media? Nic się nie stało.
Polityka nie jest partią szachów, nie rządzi się matematycznymi wzorami. Prezydent nie chce psucia państwa wykrętnymi interpretacjami konstytucji. W 2000 roku konstytucjonalista profesor Paweł
Sarnecki pisał w komentarzu do konstytucji, że polski prezydent nie jest notariuszem, że wręcz powinien być codziennie aktywny. Rozumiem, że pan chce, aby Lech Kaczyński wyszedł i
powiedział: wszystko, co robi Donald Tusk, jest świetne.
Ja nie dostrzegam niecierpliwości. W ciągu trzech miesięcy dwa spotkania z szefami MSZ i MON to raczej powściągliwość. A jak Prawo i Sprawiedliwość traktowało prezydenta Kwaśniewskiego? Z
szacunkiem.
Na pewno byśmy szanowali prezydenta Tuska. A ponadto powtarzam: my jesteśmy traktowani inną miarą. Gdyby premier Kaczyński nie uszanował prawa prezydenta Tuska do opiniowania szefów służb,
wybuchłby międzynarodowy skandal. Krzyczano by gromko, że Polsce grozi faszyzm.
Powtarza, że będzie wierny swojemu programowi: Polski solidarnej. PO doszła do władzy z hasłem: jest dobra Platforma, która chce dobrze dla wszystkich grup społecznych, i jest zły prezydent,
który przeszkadza. A my mówimy: prezydent jest przeciwny Polsce zamkniętej dla wykluczonych, Polsce dla elity.
Prezydent ma demokratyczny mandat do korygowania polityki.
Ale nie kwestionowaliśmy jego kompetencji.
Pan proponuje dyskusję o ustroju: czy prezydent powinien mieć prawo weta czy nie.
Niech pan odwróci pytanie: dlaczego Platforma ma przygotowywać ustawy kontrowersyjne dla prezydenta? Może powinna liczyć się ze zdaniem opozycji.
Rząd ma mandat, ale i prezydent ma mandat, może nawet mocniejszy. Ta konstytucja przewiduje w takich sytuacjach jak obecna ucieranie stanowisk. Nie może pan powiedzieć: skoro konstytucja jest
niekorzystna dla PO, to ona nie obowiązuje.
Prezydent obiecał w swojej kampanii wetowanie ustaw niezgodnych z jego pojęciem sprawiedliwości. Dlatego go wybrano, więc sytuacja jest klarowna.
Demokracja polega również na obronie czyichś interesów. Nie odmawiam PO prawa przygotowania swoich ustaw, niech pan nie odmawia prezydentowi prawa ich oceny. To są jego konstytucyjne
uprawnienia.
Ale to nie jest pytanie do nas.
Dlaczego ten prezydent ma się samoograniczać? Jeśli konstytucja jest jaka jest, dlaczego akurat jeden Lech Kaczynski ma z niej nie korzystać?
*Michał Kamiński jest sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP odpowiedzialnym za politykę medialną