Jednym z najbardziej katastrofalnych zaniedbań wolnej Polski jest brak jakichkolwiek regulacji dotyczących szeroko pojętej sfery bioetyki. Jest to szczególnie bulwersujące w przypadku zapłodnienia in vitro, chodzi tu bowiem - dosłownie - o sprawę życia lub śmierci. I właśnie między innymi tym problemem ma się zająć zespół ekspertów powołany przez premiera Tuska, który jako pierwszy polityk po roku 1989 zdobył się na odwagę, by zmierzyć się z tą trudną moralnie i społecznie kwestią.

Reklama

Siłą rzeczy zespół będzie musiał odpowiedzieć sobie na szereg fundamentalnie ważnych pytań: Czy wolno tworzyć zarodki nadliczbowe? Czy dopuszczalne są eksperymenty badawcze na embrionach? Czy dozwolone powinno być klonowanie terapeutyczne? Czy państwo powinno finansować - lub częściowo refundować - zabiegi in vitro?

Wśród wielu innych pytań trzeba będzie rozstrzygnąć także i taki dylemat, kto powinien mieć prawo, by poddawać się temu zabiegowi? Odpowiedzi, jak wiadomo, są skrajnie różne. Kościół katolicki całkowicie odrzuca metodę in vitro. Są jednak i tacy, którzy uważają, że "wszystko wolno": prawo do wspomaganej prokreacji powinni mieć także samotni rodzice - ale nie tylko matki, bo przecież ojciec może "wynająć kobietę", która urodzi jego dziecko - czy pary homoseksualne.

Zdaję sobie sprawę, że moje stanowisko w tej kwestii wielu uznaje pewnie za nadmiernie rygorystyczne. Ale raz jeszcze powtórzę: uważam, że najkorzystniejsze dla dobrego rozwoju dziecka jest jego wychowanie w pełnej rodzinie. Tak więc prawo do prokreacji wspomaganej powinno przysługiwać tylko parom pozostającym w formalnych związkach. Właśnie to stanowisko, wyrażone w rozmowie z Moniką Olejnik, wywołało medialną burzę, której elementem była ostra polemika w DZIENNIKU samej redaktor Olejnik.

Mam jednak takie poglądy, jakie mam, i nie zamierzam zmieniać ich pod wpływem medialnego nacisku. Ale też nie zamierzam ich nikomu narzucać. Jako przewodniczący zespołu powołanego przez premiera jestem jednak odpowiedzialny nie za forsowanie własnego stanowiska, ale za wypracowanie dobrego kompromisu - i tak jak pozostałym siedemnastu członkom zespołu, tak i mnie przysługuje tylko jeden głos. Będziemy się wzajemnie przekonywać do swoich stanowisk, a o ostatecznym kształcie propozycji ustawowych zdecyduje większość. Jeżeli jednak komuś się taką procedurę kwestionuje albo jeśli ktoś odmawia poglądom takim jak moje prawa do obecności w debacie publicznej - to nie rozumie reguł demokracji.

Wiele kwestii związanych z zapłodnieniem in vitro jest dramatycznie trudnych moralnie, i każda ze stron powinna zdobyć się na możliwie największą delikatność i empatię. Nie ukrywam, że nigdy nie byłbym w stanie moralnie pogodzić się z przyznaniem prawa do wspomaganej prokreacji np. parom homoseksualnym. Jednak jest dla mnie w pełni do przyjęcia przyznanie tego prawa wszystkim parom (obojętne czy małżeństwom, czy związkom nieformalnym), które podejmują się długotrwałej procedury leczenia bezpłodności. To bowiem pozwala przypuszczać, że ich pragnienie posiadania dziecka nie jest przejściową zachcianką, i że są gotowe do poważnego traktowania rodzicielstwa.

W rozmowie z redaktor Olejnik pojawił się jeszcze inny wątek. Jedną z jej wypowiedzi zrozumiałem (może niesłusznie, rozmowa trwała kilka minut i była dość emocjonalna) jako atak na tradycyjny model małżeństwa i przeciwstawienie mu - jako pozytywnego wzorca - związków konkubenckich. Odpowiadając na zarzut, że tradycyjne rodziny są siedliskiem patologii, odparłem, że najwięcej patologii - i to tych najbardziej drastycznych, z pedofilią włącznie - zdarza się w specyficznym rodzaju związków konkubenckich, czyli w środowiskach marginesu społecznego.

Monika Olejnik, a za nią liczni komentatorzy - z niezawodnymi strażnikami ognia politycznej poprawności z "Gazety Wyborczej" na czele - uznali moje słowa za rzucenie na konkubinat odium moralnego potępienia. Rozumiem, że można mi odmawiać dobrej woli czy intelektualnej przenikliwości. Ale posądzanie mnie o elementarną ślepotę i brak krztyny zdrowego rozsądku to doprawdy nadmiar polemicznego ferworu. Oczywiście że istnieje wiele wspaniałych związków konkubenckich (zszokuję nawet moich polemistów wyznaniem, że znam również wspaniałe, kochające się pary homoseksualne), że w wielu z nich dzieci otoczone są największym ciepłem i troską. Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że to właśnie te związki są jedynym wzorem do naśladowania, a tradycyjne małżeństwo to wylęgarnia opresji.

Monika Olejnik postawiła mi dodatkowo jeszcze parę innych zarzutów, spośród których odniosę się tylko do jednego. Zdaniem wybitnej dziennikarki nie dość stanowczo potępiam przypadki pedofilii wśród księży. Szczególnie poirytowało panią redaktor moje stwierdzenie, że pod tym względem sytuacja Kościoła w Polsce jest nieporównywalna z sytuacją Kościoła amerykańskiego: tam rozszerzyła się kultura gejowska, a przypadków pedofilii było - zdaje się - tysiące, u nas zaś to pojedyncze przypadki. Monika Olejnik ma rację, że każdy taki przypadek jest moralnym dramatem, a jego tuszowanie - skandalem. Tak się jednak składa, że akurat ja należę do niezbyt niestety licznego grona osób, które takim sytuacjom usiłowały zapobiec. Robię to również jako polityk. Rozumiem, że pani redaktor oczekuje ode mnie gromkich okrzyków oburzenia na opieszałość, z jaką niektórzy biskupi reagują na sygnały alarmowe lub wręcz na potwierdzone zarzuty. Proszę jednak pamiętać, że dzisiaj moja rola jako polityka wymaga sięgania po inne instrumenty działania.

Jedni są od nagłaśniania problemów - i to rola redaktor Olejnik. Inni od ich rozwiązywania - i to moje zadanie. Ale żeby ocenić, czy robię to skutecznie, Monika Olejnik musiałaby wiedzieć dużo więcej, niż wie.