Oczywiście. W moim przypadku to naturalne. Uważam to za swój obowiązek.
Obowiązek w sensie moralnym. Wobec wszystkich kolegów, z którymi działałem w opozycji. Tego domaga się sprawiedliwość i uczciwość. Zresztą myślę, że większość społeczeństwa chce,
by tak było.
Różnych ubeków się spotykało. Natomiast ja miałem do czynienia z ludźmi, którzy postępowali nielegalnie - nawet według wówczas obowiązującego totalitarnego prawa. Wywieźli mnie do lasu
i tam mnie torturowali. Wtedy objawiła się ich sadystyczna natura. Do SB szli ludzie z pewnymi predyspozycjami. A wydaje mi się, że służby świadomie kształtowały takie postawy. W książkach
Wiktora Suworowa też widać, że służby tak wpływały na swoich funkcjonariuszy.
Myślę, że tak. Pewnie takie cechy też wręcz kształtowano, jeśli ktoś ich wcześniej nie posiadał. Bo szli tam ludzie dla większych zarobków, dla płac pięcio- czy sześciokrotnie
wyższych, niż zarabiał wtedy nauczyciel. System zmieniał charaktery i osobowości, nawet jeśli z początku byli to ludzie uczciwi i wrażliwi. Obserwuję to również teraz podczas procesów,
które odbywają się w Toruniu przeciwko byłym esbekom. To nie są miłe sytuacje dla naszych kolegów, którzy tam zeznają jako świadkowie i muszą opowiadać o brutalnych scenach. Akurat moje
miasto, Toruń, było wyjątkowe. Tam Służba Bezpieczeństwa była bardzo brutalna. I dziś to, co widzę na salach sądowych, utwierdza mnie w przekonaniu, że w SB było wiele osób o
patologicznych skłonnościach. Niektórzy z nich to wręcz psychopaci. Pamiętam tych, którzy mnie porwali. Wtedy aż tak tego nie odbierałem - myślałem, że potraktowali mnie z całą
brutalnością, by wykonać zadanie. Teraz jednak, gdy wiem, jak znęcali się nad uczniami szkół średnich, to jestem pewien, że to patologia. Np. rozbierali do naga ucznia i kazali mu leżeć na
dwóch krzesłach. Podparty z przodu i nogami musiał utrzymywać się w tej pozycji i tak go przesłuchiwali.
Myślę, że to sami wymyślili. Dla tych przesłuchiwanych to przeżycia trudne do wspominania także dzisiaj. Widać, że w sądzie odtwarzają ten ból. To widać na ich twarzach. Dlatego
przychodzimy do sądu, by się z nimi solidaryzować i trochę ulżyć im w cierpieniu.
Oni łamali wszelkie reguły. Porwania w Toruniu - porwano mnie, moją żonę, jeszcze dwóch kolegów - to było niezgodne z ówczesnym prawem. Oni nie przyznawali się, że są z SB. Podszywali
się pod terrorystyczną organizację "Antysolidarność", która miała walczyć z rakiem toczącym polskie społeczeństwo, jakim niby była "S". Dostałem ich
ulotkę z mottem z Apokalipsy. Działali środkami niedozwolonymi. A zabójstwo ks. Popiełuszki? A śmierć Piotra Bartoszcze? To ten sam okres, kiedy i nas porywali. Dziękujemy Bogu, że nas nie
zabili, ale my też mogliśmy zginąć. Podejrzewam, że Bartoszcze zginął, bo się im postawił. Ja wtedy, gdy mnie uprowadzili, byłem bardzo spolegliwy. Wbrew własnemu charakterowi. Nie
walczyłem, wypierałem się, mówiłem, że nic nie pamiętam, że pomyłka itd. A i tak byłem bity, straszony śmiercią. Odbezpieczali pistolet, kopali ziemię, jakby wykopywali grób. Oni
zamaskowani, ubrani w kurtki puchowe, jakoś tak nienaturalnie wypchane, więc wyglądali potężnie. Przesłuchanie wyglądało tak, że światło w oczy, ja stałem, i co chwilę cios w brzuch albo
w kark, tak, że padałem na ziemię. Albo nagle markowali nacinanie tętnicy szyjnej. Rzucenie na ziemię i bicie pałką po piętach. Psychicznie czułem się strasznie. To nie były dozwolone
metody, nawet przez tamto prawo.
Tak. Tym bardziej że kilka miesięcy wcześniej spotkałem się z Januszem Krupskim [ob. kierownik Urzędu ds. Kombatantów - przyp. red.]. Mnie wywieziono do lasu i udawano wykonanie egzekucji. A
na nim ją wykonano, tylko że nie udało się im. Też wywieziono go do lasu, tam został oblany ługiem z fenolem. Gdyby fenolu było więcej, to by zmarł. I tak był poważnie zatruty. Widziałem
jego popalone ługiem plecy. Coś strasznego, strupy, czerwona skóra, pręgi od góry do dołu.
Na początku przesłuchiwał mnie w Gdańsku Antoni Domański. Dobrze znany tam esbek. Wyglądało to dosyć normalnie, niemal równa walka. On mnie pytał, ja odmawiałem odpowiedzi. Był trochę
starszy ode mnie, opowiadał coś o swoich studiach we Wrocławiu.
Koledzy z Ruchu Młodej Polski oceniali go jako złego ubeka. Dla mnie był marchewką - grał dobrego ubeka. Ale to nie odniosło skutku, bo ja dalej robiłem swoje akcje, zwłaszcza na
Uniwersytecie Gdańskim, więc zajął się mną inny. Starszy gość, przypominał ubeka z lat 50-tych. Wyżywał się na mnie, wyzywał, krzyczał. Co prawda nie tak jak ci moi porywacze, którzy
bez przerwy krzyczeli: "do piachu z nim!", ale też okropnie bluzgał i straszył. Pamiętam, że wtedy zamknęli mnie na dwa razy po 48 godzin. Raz na 48, potem wychodziłem, a oni
w progu mnie złapali i znów wsadzili na 48.
A w Toruniu, gdy raz zostałem zatrzymany po tym, jak mnie sypnął jeden TW, to popychali, w komendzie jeden z esbeków próbował sprowokować mnie do bójki. Innym razem przywieźli mnie chorego z anginą. Wrzucili mnie na 48 godzin. Skarżyłem się, że jestem chory, to dali mi zastrzyk, po którym leżałem przez cały czas nieprzytomny. Nic nie badali, dali tylko szprycę, taką wielką, jaką daje się zwierzętom. Po tej infekcji chorowałem na migdały przez kilka lat. W każdym razie w Toruniu było zawsze brutalniej niż w Gdańsku.
Moją żonę nie najgorzej. Inne kobiety z opozycji bardzo źle, traktowali je z wielką pogardą. Ale żona strasznie przeżyła porwanie. Ona czasem spotykała jednego z esbeków, którzy ją
zatrzymali. I gdy go widziała, to cała dygotała. Bardzo długo w niej tkwiło to przeżycie. Po porwaniach baliśmy się wyjść z domu. Dopiero później, gdy przyjaciele pomogli złożyć skargi
do prokuratury, posła, biskupa, zaczęliśmy normalnie wychodzić na ulicę. Bo nas zwinięto z ulicy w biały dzień.
Tak. W przypadku jednego z działaczy szantażowano go losem dziecka. On był pod tym względem bardzo wrażliwy, bo jedno z dzieci mu zmarło z powodu wady serca. Powiedzieli mu, że może coś się
zdarzyć, że samochód przejedzie dziecko. W jego przypadku zastraszanie polegało na mówieniu, że krzywda stanie się jego najbliższym. Ja jeszcze nie miałem dzieci, więc mnie straszyli, że
mnie wywiozą do jakiegoś miejsca tortur w Bieszczadach. I tam na pewno pęknę, bo oni mają przemyślane formy torturowania.
To byli inteligentni ludzie. Przy okazji trochę psychopaci. Np. Marek Kuczkowski z Torunia był jakimś poetą.
Tak, dokładnie ten.
Chyba nie bardzo. Np. Domańskiego oceniam inaczej niż koledzy z Ruchu Młodej Polski. Ale to raczej była gra z jego strony. Wobec mnie grał ludzkiego ubeka.
Nie. Nawet zwykli milicjanci na komisariatach nie pomagali. Pamiętam, kiedyś prosiłem jednego z milicjantów w Gdańsku, żeby kupił mi w sąsiedniej pizzerii coś do jedzenia. Była tam taka na
Piwnej. Akurat wtedy nie mogłem jeść więziennego jedzenia. Dzisiaj jedzenie w więzieniu wygląda pewnie inaczej. Wtedy to była woda, jakiś kawałek buraka, czasem makaraon, kawałek kartofla.
Kawa z bromem. Kwaśny chleb z margaryną, który trzeba było smarować łyżką, bo noży nam nie dawano. No i milicjanci też bali się pomagać. Nikt nie poszedł i nie przyniósł jedzenia. Tak
samo było, kiedy łapali w czasie akcji, np. nad ranem. Wtedy człowiek był niewyspany, głodny, bez żadnego jedzenia. Ale nikt nie chciał pomóc. A z ubekami to absolutnie nie było mowy o
pomocy.
Nie widziałem. Koledzy za to mówili, że czasami spotykają się z takimi gestami. Szczególnie dotyczy to tych ubeków, którym się nie powiodło. Większość z esbeków jest świetnie
urządzona, mają dobrze zorganizowane spółki. Zresztą w moim województwie te esbeckie spółki uczestniczyły we wszystkich aferach - rublowej, alkoholowej, paliwowej, elektronicznej - we
wszystkich, jakie chyba tylko były. Niektórzy jednak nie zdołali się dobrze ustawić. Tacy podobno jeździli do Niemiec, handlowali, sprzedawali z rozkładanych łóżek. Ci, którym się nie
powiodło, podobno czasami mówią, że "o zostawili mnie samego, wam też współczuję". Ale znam to tylko z relacji moich kolegów.
Tak, których los jest mniej uprzywilejowany. Tylko, ci którym się nie powiodło, zdobyli się na jakiś gest skruchy.
*Antoni Mężydło, opozycjonista w czasach PRL, poseł PO