Prymas Polski kardynał Józef Glemp udzielił wywiadu DZIENNIKOWI w przeddzień kolejnej rozprawy w procesie autorów stanu wojennego.
Nie podejmuję się w kilku słowach ocenić stanu wojennego. Odbierał wolność, choć była znikoma; hamował rozwój, gdy i tak było cofanie; niszczył
dialog, tak naprawdę przypominający chłopa mówiącego do obrazu. Był bolesnym początkiem rodzenia się nowego ustroju. Były krzywdy i cierpienia, ale przez to pojawiał się nowy sposób
zrzucenia niechcianej władzy. Tym razem to nie poddani rozpoczęli.
Niewątpliwie Jaruzelski był centralną postacią stanu wojennego. Utraciwszy wiarę religijną, szczerze wierzył w diamat, filozofię Marksa i Lenina. Uważał - takie jest moje przekonanie - że
przyszłość Polski związana jest tylko ze Związkiem Radzieckim i blokiem podporządkowanych państw. Oczywiście to człowiek inteligentny, władający dobrą polszczyzną, znający historię, a
także sprawy kościelne. Jednak nie mógł wyjść z systemu widzenia świata jedynie po marksistowsku. Jego postawę porównuję do wyznawania systemu Ptolemeusza: słońce radzieckie krążyło
koniecznie ponad blokiem, a "Solidarność" ten porządek psuła.
Moim zdaniem stan wojenny miał na celu obronę radzieckiego socjalizmu jako gwaranta istnienia Polski w potężnym obozie podległych państw. Hipoteza mniejszego zła może być rozważana na
drugim etapie, jako skutek podjętych działań. O mniejszym złu można by mówić, gdyby "Solidarność" planowała zbrojne powstanie, rzeź komunistów lub gdy interwencja
radziecka byłaby oczywista, a na to dowodów nie było. Natomiast ruch "Solidarności" jako związku zawodowego miał w perspektywie zmianę ustroju. Konieczne było wyzwolenie z
zakłamania, trudno bowiem było dalej nazywać Polskę "ludową", gdy ten lud był lekceważony. Trudno było mówić o rozwoju gospodarczym, gdy prawa ekonomiczne były odrzucane.
Doświadczaliśmy tego choćby wtedy, gdy zrodziła się inicjatywa pomocy dla wsi, znana pod nazwą Fundacji Zaopatrzenia Wsi w Wodę: były pieniądze, były plany, ale to nie zgadzało się z
dogmatem o monopolu państwa. Dopiero powoli dało się te bariery przełamywać.
Ofiary z kopalni Wujek to najgłębszy dramat. Zbrodnie winny być ścigane. Dziwię się, że proces w tym wypadku posuwał się tak opieszale. Mam natomiast przekonanie, że opatrzność boża
uratowała nas od większego rozlewu krwi.
Mnie jako duchownemu trudno się wypowiadać na temat osądzania i karania na płaszczyźnie polityczno-historycznej. Wolałbym operować pojęciem miłosierdzia, ale to pojęcie teologiczne i nie
wchodzi do systemu praw świeckich. U Jaruzelskiego wybija się na czoło przekonanie o trwałości socjalizmu, a za przekonania się nie karze, chyba że ich stosowanie jest naruszeniem prawa
naturalnego. Jaruzelski usiłował nawiązywać do tradycji narodowych: wprowadził czapki rogatywki w wojsku, wyrażał chęć unormowania duszpasterstwa wojskowego, według niego rola Kościoła w
państwie nie sprowadzała się do skansenu. W sumie jednak dążył do umocnienia socjalizmu.
Tego, jaka była odpowiedzialność Jaruzelskiego za śmierć ks. Jerzego, nie wiemy do dziś, więc trudno oczekiwać, aby go za to sądzić. Niektórzy mówią nawet, że śmierć ks. Popiełuszki
miała posłużyć do obalenia Jaruzelskiego. Te sprawy wymagają odkrycia prawdy. Ja nie wierzę w to, że Jaruzelski zlecił zabójstwo ks. Jerzego.
Sędzią ostatecznym i sprawiedliwym człowieka jest Bóg, mądry i miłosierny. Sądy ludzi nie są doskonałe. Historia nieraz po paru wiekach zmienia także ocenę wydarzeń. Jednak lepiej zdać
się na historię, niż osądzać w emocjach politycznych, bo niełatwo opanować uczucie zemsty.
Gdyby papież żył… Nie mamy prawa do wyciągania takich wniosków, ponieważ nie wiemy, co powiedziałby ten święty człowiek. Jan Paweł II przeżywał boleśnie stan wojenny w Polsce,
współczuł z pokrzywdzonymi i modlił się za Polaków.
Według mnie obecnie znana wersja okoliczności śmierci ks. Popiełuszki jest prawdziwa, nowe hipotezy są bardzo mało prawdopodobne, wręcz sztuczne. To tylko mącenie w sprawie, która jest
jasna: zabito kapłana z nienawiści do wiary. Być może prawdę, na czyje zlecenie działali zabójcy, wyjaśniłyby nam archiwa tajnych służb w Moskwie.
Utrzymywanie stanu przywilejów dla ludzi, którzy dokuczali obywatelom w imię obrony reżimu, jest niestosowne, wręcz gorszące. Przywilej (privatio legis) jest zawieszeniem prawa ogólnego dla
jednostek. Cofnięcie przywilejów jest powrotem do prawa, jakim rządzą się wszyscy obywatele. Trwanie w przywilejach osób chroniących błędny ustrój jest gorszące, pokazuje bezradność
wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, osąd winien uwzględniać osobę, a nie masę ludzką.
Miłosierdzie jest przede wszystkim pojęciem religijnym i nie ma odpowiednika w systemach prawa państwowego. Powinno charakteryzować chrześcijan, którzy mają się starać kochać nawet
nieprzyjaciół. Chrześcijanin może osiągnąć taki stan życia Ewangelią, że w patrzeniu na ludzi wyzbywa się nienawiści. Można wskazać przykład ojca Maksymiliana Kolbego. Na ten poziom
wznieśli się polscy biskupi w liście do biskupów niemieckich, używając słów: "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Skutki polityczne takiego przebaczenia są większe niż
ostrego potępienia.
Panowało wówczas przekonanie, że należy cieszyć się tym, co jest. Ktoś mówi, że lepiej było jeszcze trochę poczekać i nie dogadywać się z komunistami. Tyle że wówczas nikt nie był w
stanie przewidzieć, że ten system tak szybko upadnie; nie wiedzieliśmy, jak jest silny i ile jeszcze może zrobić szkód.
Niewątpliwie nasza strona nie była przygotowana do przejęcia władzy, ludzie "Solidarności" nie byli odpowiednio wykształceni, nie mieliśmy specjalistów, którzy potrafiliby uporządkować system prawny czy ekonomiczny, byliśmy zbyt łatwowierni. Z drugiej strony, komuniści świetnie się do tego momentu przygotowali: oddali władzę, ale przejęli dobra ekonomiczne, zakładali spółki, które przejmowały dochody firm. To zresztą pokazuje, że żadnymi komunistami tak naprawdę nie byli. Ten system był zakłamany, bo lud pracował, a jednostki się bogaciły.
Niczego takiego nie było, przynajmniej ja nic o tym nie wiem, a stałem blisko. Zupełną bzdurą są tezy, że Kościół poparł Okrągły Stół w zamian za zniszczenie teczek kapłanów. W tym
czasie nikt w ogóle o teczkach nie wspominał. Oczywiście strona rządowa mogła nas w tym porozumieniu przechytrzyć, bo byli sprawniejsi w rządzeniu, ale tajnych układów nie było.
Bilansu tego okresu można dokonać, porównując go z dwudziestoleciem międzywojennym. Wypada on na korzyść pierwszego okresu niepodległości, uzyskanej po 1918 r. Po r. 1989 zrobiliśmy mniej
niż II Rzeczpospolita, która potrafiła zjednoczyć się z trzech zaborów, stworzyć demokrację, rozwinąć gospodarkę.
Na pewno do pozytywów trzeba zaliczyć wejście do Unii Europejskiej, bo odizolowanie się byłoby błędem. Liczę jednak, że opatrzność boża pozwoli nam pokonać trudności. Jestem przekonany, że po nasyceniu się dobrobytem, które zapewne wkrótce osiągniemy, zwrócimy się do wartości, do wymiaru duchowego.
Nie było osobowości, która potrafiłaby scalić różne ambicje ludzi. Kolejne rządy były nieudane, mało skuteczne we wprowadzaniu przemian, skłócone. Niestety nadal tak jest. Nie ma męża
stanu, który potrafiłby zjednoczyć wokół dobra wspólnego, wokół ważnych idei. Niepokojąca jest też tendencja do ośmieszania wartości, ważnych idei, wiary, a przecież bez nich nie
będziemy mieli wokół czego się jednoczyć. Sam wolny rynek nie wystarczy.
Nie możemy jednak zamykać oczu na dobro, które się dzieje. Mamy wielu ludzi dobrze wykształconych. Spuścizna, jaką nam zostawił Jan Paweł II, zostaje przyswajana z zainteresowaniem u nas i w świecie.
*Kard. Józef Glemp jest Prymasem Polski, od 1981 r. do 2004 był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, a do 2007 metropolitą warszawskim.