Może to źle brzmi w naszej egalitarnej epoce, ale szkoła jest miejscem swego rodzaju castingu intelektualnych elit. Gdyby więc przewidzieć, którzy uczniowie zamierzają
wieść życie odłączone od kultury wyższej, to od biedy wystarczyłoby kształcić ich w czytaniu ze zrozumieniem artykułów prasowych. Jeżeli jednak mamy boom edukacyjny, coraz większy
odsetek młodzieży studiującej i zakładamy, że dlatego młodzież wybiera liceum, to kontakt z tekstami, które nie służą tylko poinformowaniu o siódmym rozwodzie tej czy innej piosenkarki,
jest konieczny. Jest w interesie nas wszystkich, żeby przyszła warstwa ludzi wykształconych rozumiała aksjologię i kontekst kulturowy teraźniejszości. Nie da się tego zrozumieć bez śladów
kulturowych z przeszłości.
Myślę, że nie należy i nie wystarczy skupić się na szczegółowym wyliczeniu, który autor, z którym dziełem, powinien być obowiązkowy, a który nie. Mimo że jestem historykiem literatury,
nie oburza mnie skreślenie tej czy innej książki z kanonu. W niektórych przypadkach rozumiem zresztą powody tego skreślenia. Przyjmuję jednak założenie szersze: że znajomość przeszłości
- choćby pobieżna, na miarę trzyletniego liceum - jest potrzebna, bo nasza kultura nie zaczęła się wczoraj. I nie chodzi o antykwaryczną znajomość tekstów sprzed lat, ale o rozumienie tego,
co w naszej współczesności jest echem dochodzącym z przeszłości. To echo naprawdę kształtuje nasze głosy i nasze wybory. Upieram się więc, że kwestia rozczytania młodzieży jest szalenie
istotna. Ale problem, z którym usiłuje się uporać minister Hall, nie jest przez nią zawiniony.
Po pierwsze przez instytucję rodziny, w której czyta się coraz mniej, a po drugie przez instytucję szkoły podstawowej i gimnazjum. Kilka lat temu, kiedy wchodziła reforma oświaty i wprowadzono
gimnazja, pisałem, że może to źle oddziaływać na poziom edukacji. Za bohaterem filmu "Park Jurajski" mogę tylko powtórzyć: "Jak ja nie lubię być taki
mądry!". Niestety sprawdziło się i młodzież czyta dziś tragicznie mało. Minister Hall ma więc takie a nie inne warunki działania, i jeśli mogę mieć wobec niej jakiś zarzut, to
raczej za chaotyczność jej pomysłów.
Moja pretensja do opisanych przez DZIENNIK rozstrzygnięć dotyczy czegoś wcześniejszego niż decyzje o tym, czy "Przedwiośnie" będzie obowiązkowe, czy nie. Po raz kolejny
bowiem operacja dotyczy ostatniego członu planowania nauki języka polskiego, a wciąż nie znamy odpowiedzi, jaki jest projekt dydaktyczno-wychowawczy polskiej szkoły. Wszyscy widzimy, że szkoła
po reformie nie odpowiedziała sobie na pytanie, kogo chce wychować. Autor pierwszej reformy szkolnictwa po 1989 r. Stanisław Sławiński zastrzegał, że czas skończyć z traktowaniem ucznia jak
produktu. A ja jednak uważam, że w pewnym sensie trzeba go tak potraktować. Szkoła, przy całym poszanowaniu dla indywidualności ucznia, ma ukształtować z niego obywatela, ma mu dostarczyć
swego rodzaju kościec. Pozostaje pytanie, jaki to ma być kościec.
Wydaje mi się, że byłoby dobrze, gdyby ze szkoły wychodzili ludzie, których określiłbym mianem "samokrytycznych patriotów". Do tego akurat refleksja nad "Panem
Tadeuszem", a zwłaszcza refleksja nad "Weselem", szalenie się przyda.
Źle pani wybrała rozmówcę, bo ja uważam "Lalkę" obok III części "Dziadów" i "Dziennika" Gombrowicza za jeden z najważniejszych tekstów
w polskiej literaturze. "Lalka" to jest powieść podejmująca bardzo nowoczesną grę z czytelnikiem i pokazująca po raz pierwszy, jak wiele od czytelnika może zależeć. Prus
awansuje odbiorcę na współtwórcę tej książki, wiele kwestii jedynie sugerując. Ponadto fabuła "Lalki" pokazuje punkt podobny do tego, w jakim się dziś znajdujemy. Prus
sam określał ją jako "powieść o dziejach idealistów na tle społecznego rozkładu". Społeczny rozkład pewnego systemu moralno-obyczajowego jest problemem zupełnie
współczesnym, stąd akurat "Lalkę" uważam za dobry wybór.
Zdumiewa mnie, że najpóźniejsze utwory w zaproponowanym zestawie pochodzą z lat 70. ubiegłego wieku - mamy rok 2008! Zresztą w trzeciej klasie, kiedy ma się je omawiać, wszyscy i tak już
myślą o maturze. Obywatel ukształtowany w szkole powinien też być wewnątrzsterowny, nie powinien zbyt łatwo poddawać się autorytetom. Pytanie, która lektura ma w nim to wypracować. Jeżeli
więc coś mnie niepokoi, to pytanie, czy te obowiązkowe lektury muszą być tylko trzy (czy pięć, z Schulzem i Gombrowiczem!). Już dziś "Lalka" pojawia się na maturze
niepokojąco często i to w zbanalizowanych ujęciach. Skończy się tak, że tych kilka lektur będzie wyeksploatowane do cna.
Uczciwie mówiąc, mam do niego stosunek ambiwalentny. Żeromskiego nikt nie usuwa, tylko jego pozycja zostaje osłabiona. W końcu przez trzy lata liceum naprawdę trzeba zrobić coś więcej niż
pozycje wytłuszczone w projekcie MEN, więc od mądrości nauczycieli zależy kontakt młodzieży z literaturą światową, z "Jądrem ciemności" Conrada czy wreszcie z
Żeromskim. I gdybym to ja miał wytłuszczać te tytuły, to bez wątpienia akurat Żeromskiego bym nie wytłuścił, bo jest dużo mocniej osadzony w swoim czasie i gorzej wchodzi w dialog z
doświadczeniem współczesnym niż starszy od niego Prus.
*Jerzy Sosnowski, pisarz, badacz literatury