Pozna klasykę nie w wersji klasycznej, lecz obrobionej przez scenarzystę, reżysera i aktorów. Wyobraźnia podpowie obrazy, których może w tekście nie ma, ale które znalazły się w filmie. Tak się spłyca nasze myślenie.

Reklama

Szkoła ponosi więc odpowiedzialność za to, jak będą w przyszłości myśleć nasze dzieci i nie bez znaczenia jest to, co muszą przeczytać na lekcje języka polskiego. Ale śmiem twierdzić, że jeszcze ważniejsze od tego "co", jest to, żeby w ogóle chciało im się w przyszłości czytać. Żyjemy bowiem w erze informatycznej, a to oznacza również, że do przetrawienia dostajemy coraz częściej gotowe, przez kogoś innego przemielone i obsmażone informacje. Mamy je przyjąć lub odrzucić, ale nie ma w nich miejsca na refleksję. Coraz mniej jest więc pola do popisu dla wyobraźni.

Moje pokolenie było jeszcze skazane na czytanie lektur - nie mieliśmy bryków i ekranizacji. I dziś myślę, że tak było lepiej. Są w polskiej literaturze dzieła, których trzeba spróbować samemu. Nie wszystkie nam posmakują, ale jeśli chce się uchodzić za inteligenta, to trzeba samodzielnie dojść do tej oceny. Nie poddawać się ocenom innych: że coś jest wybitne, a coś nie do strawienia. Ja sam lubię Sienkiewicza i wydaje mi się, że czytanie trylogii w szkole jest dobrym pomysłem. Ale też kiedy patrzę na sympatycznego Kalego z "W pustyni i w puszczy", myślę sobie, że to jest właśnie obraz Polaka, który brzydzi się czytaniem książek. To nawet miły człowiek, tylko że ma ograniczoną zdolność samodzielnego myślenia. To nie znaczy, że jeśli ktoś nie czyta, to będzie złym człowiekiem. Ale czytanie zwiększa prawdopodobieństwo, że będzie człowiekiem dobrym.

Tak więc najważniejsze w kanonie lektur powinno być to, żeby nie zrazić młodych ludzi do czytania książek. Każde dziecko jest inne, ma inny temperament i inną cierpliwość. Dla niektórych przebrnięcie przez kilkaset stron "Wesela" Wyspiańskiego będzie męczarnią, ale z przyjemnością przeczytają inną książkę traktującą o tych samych problemach. Dla kogoś "Lalka" Prusa wieje nudą, ale z wypiekami będzie czytać "Dzienniki" Gombrowicza. Dlatego tak bardzo potrzeba mądrości - u urzędników ministerstwa, ale także u nauczycieli. Żeby czytanie nie kojarzyło się z mordęgą, bo już rośnie nam pokolenie matołków.