Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kryzys kremom nie zaszkodzi"

2 stycznia 2009, 23:52
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
"Kryzys kremom nie zaszkodzi"
Inne
Kiedy przychodzi kryzys, trudno podjąć jakąkolwiek decyzję. Wszyscy czują się sparaliżowani. Dlatego lepiej zrobić plan wcześniej. Bywa też, że w obliczu zagrożenia popełniamy błędy w myśl zasady: co nagle, to po diable - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Irena Eris.


Wszyscy się zastanawiamy, kiedy kryzys do nas dojdzie, czy dojdzie, a jeśli tak, to w jakiej formie. Ja jednak nie demonizowałabym. Takie kasandryczenie źle wpływa na ludzi. Na razie nie czuję kryzysu, rynek kosmetyczny też nie. Ale nikt nie wie, co przyniesie przyszłość.


Umacniania pozycji rynkowej mojej firmy i wzmocnienia marki.


Schłodzenie gospodarki nie oznacza, że mam usiąść i płakać. Bardzo łatwo osiągać dobre wyniki, kiedy rynek rośnie. Sprawdzamy się jednak dopiero, gdy przychodzą trudne czasy. Nie chcę wcale przez to powiedzieć, że należy lekceważyć obecną sytuację, ale wierzę, że nawet w trudnych chwilach można osiągać sukces. Zarówno w kraju, jak i za granicą, np. na Ukrainie.


Tak, mimo kryzysu. To świetny moment, by przygotować się na zwiększenie aktywności. Przecież tam kiedyś przyjdą dobre czasy.


Moja firma powstała w 1983 r., to były wyjątkowo trudne i przaśne czasy. Wtedy kryzys był permanentny, a mimo to coś osiągnęliśmy. Przeżyliśmy już niejeden kryzys: 1989 r., przełom 2000/2001...


Początki były dramatyczne. Zleciliśmy formierzowi wykonanie opakowania dla naszego pierwszego kremu. Ale cały czas coś nie pasowało. W efekcie krem był gotowy, a my nie mieliśmy opakowań. I niczego nie mogliśmy sprzedać. Łańcuszek kłopotów. Ale warto być optymistą. Mąż, wychodząc od formierza, poznał rzemieślnika, który zwierzył mu się, że ktoś nie odebrał od niego zamówionych plastikowych opakowań. W sam raz nadających się do kremów. W dodatku już nie mieliśmy pieniędzy, a on zgodził się rozliczyć później. Szczęśliwi przez całą noc ręcznie pakowaliśmy kremy. Potem mąż maluchem rozwoził je po kraju. Szło mu nie najlepiej. Choć półki w państwowych sklepach świeciły pustkami, nikt nie chciał brać od nas kremu. Bo po co? Żeby mieć pracę? Z drugiej strony sklepy wolały kosmetyki z państwowych firm. Wyroby od prywaciarzy były podejrzane. Pamiętam, kiedyś mąż pojechał do warszawskiej drogerii, wtedy na Świerczewskiego. Sklep ajencyjny prowadziły dwie miłe panie. Powiedziały, że kremy wezmą, ale ich marża zjadała cały nasz zysk. Byliśmy nieznanym producentem z jednym kremem. One dyktowały warunki. Po dwóch latach byliśmy już rozpoznawalną firmą. Mąż pojechał do nich. Panie przyznały, że sytuacja się zmieniła i możemy negocjować marżę. W PRL współpracowaliśmy tylko ze sklepami ajencyjnymi. Ich właściciele jeździli po całym kraju w poszukiwaniu towaru. Przed naszą firmą z czasem zaczęły ustawiać się kolejki. Krem dosłownie prosto z taśm pakowaliśmy do aut. Żeby starczyło dla wszystkich, był wydzielany. Zarobione pieniądze od razu inwestowaliśmy w nowe produkty, receptury.


Mąż jest wielkim optymistą, ja umiarkowaną. Wychodzę z założenia, że pesymista ma ciężkie życie... Nauczyłam się, że nie wolno się poddawać złym myślom. Pod koniec lat 80. zatrudniałam ok. 12 - 16 osób. Wiedziałam, że przekracza to już tolerancję władz. Czułam bezustanne zagrożenie, bałam się, że ktoś przyjdzie z jakiegoś urzędu i powie: koniec z tym. Takie były wtedy praktyki. Żyłam w stresie. Niepotrzebnie. Bo opatrzność czuwała i zdarzył się cud. Taki prezent od losu. Przełomu 1989 r. nikt się nie spodziewał. Z perspektywy wiem, że nie do końca byłam świadoma tego, jakie niesie to konsekwencje. Cieszyłam się, że pojawią się na rynku produkty zachodnich firm. Jak każdy, byłam złakniona tamtego zachodniego świata, blichtru, estetyki. Nie zdawałam sobie sprawy z wielkości zachodnich koncernów ani z tego, jak olbrzymim dysponują kapitałem, doświadczeniem, marketingiem.


Rzeczywiście zachodnie koncerny nie doceniły nas. Szybko okazało się, że walka o klienta jest tu dużo trudniejsza niż w innych krajach. Oni długo nie rozumieli, co się dzieje. Problem polegał na tym, że nie wiedzieli o zaufaniu polskiego klienta do rodzimej produkcji. Takie firmy jak moja dużo lepiej rozumiały potrzeby, byliśmy bliżej ludzi. Nie reklamowaliśmy swoich produktów, ale działała reklama szeptana. Teraz się ją stosuje profesjonalnie, wtedy była naturalna. Kobiety kupowały nasze kosmetyki, bo jedna drugiej je zachwalała.


Jestem farmaceutką, a mąż inżynierem drogownictwa. Biznes budowaliśmy intuicyjnie. Kiedyś w PRL zrobiliśmy torebki papierowe do pakowania naszych produktów. Z punktu widzenia logiki biznesu to był wówczas bezsens. Bo i tak nasze produkty nieźle się sprzedawały. My chcieliśmy jednak, by do tego ładnie wyglądały. Wtedy sklepy nie przejmowały się takimi detalami jak opakowanie. Nie byliśmy świadomi, że w ten sposób budujemy markę.


Paradoksalnie tego, że firma jest duża. Nigdy nie przypuszczałam, że tak się rozrośnie. Chciałam tylko mieć gdzie pracować, wolność działania, możliwość wykorzystania swojej wiedzy. Przecież jestem doktorem farmacji.


Centrum naukowo-badawcze to moje oczko w głowie, duma. Badamy tu m.in. substancje, które dotąd nie były używane w kosmetologii, a mogą mieć dobre właściwości dla skóry. Sprawdzamy ich działanie na hodowlach komórek. Osiem osób prowadzi badania w dwóch pracowniach in vivo i in vitro, by powstał produkt innowacyjny.


Jako pierwsi w Europie użyliśmy do produkcji kosmetyków witaminy K. Pierwsi na świecie zastosowaliśmy kwas foliowy. Inni poszli wyznaczoną przez nas drogą. Czasem bywa to nawet irytujące.


Perfumy to trudny towar. Rynek specyficzny. Trzeba mieć bardzo dużo pieniędzy, by wypromować własny zapach. Konkurencja jest olbrzymia, a przy tym wszystko, co ma nalepkę "made in France", jest z góry lepsze. Tak uważają klienci, mimo że to nieprawda.


Nie mówię nie. Jednak jubileuszowa seria była limitowana.


Tak, chętnie tam jeżdżę,


Jadę pracować, ale nie kontrolować. Szanuję pracę innych i mam zaufanie do swoich pracowników.


U nas nie ma policjantów. Niczego siłą się nie wymusza, bo to daje odwrotny skutek. Ludzie w firmie wiedzą, dokąd zmierzamy, jakie mamy cele i jak chcemy je osiągnąć.


Dostaję propozycje, jak każda firma z wyrobioną marką, od zainteresowanych inwestorów, ale na razie nie sprzedam firmy.


Ale ja lubię. Oczywiście praca to nie wszystko. Jak większość ludzi mam rodzinę, zajmuję się domem. Odpowiada mi to. Dom prowadzę sama. Mam tylko panią do sprzątania. Dziś np. z samego rana robiłam zakupy, jak większość Polek. Część rzeczy kupuję gotowych, ale są takie, które muszę zrobić sama. Jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych smaków, np. na święta tylko moje śledzie są dobre.


Nigdy. Stanowiliśmy zawsze team, wspieraliśmy się wzajemnie.


Co możemy zrobić, to przyjąć do wiadomości, że takie zagrożenie jest, i działać ostrożnie. Obserwować rynek, by móc elastycznie dopasować się do sytuacji.


Przede wszystkim pilnujemy płynności firmy, nie podejmujemy decyzji, których nie można byłoby bez wielkiego uszczerbku cofnąć. W takich czasach nie można zbytnio ryzykować - stawiać wszystkiego na jedną kartę. Rozwój nie może być za szybki, by firma nie straciła sterowności. Nie wolno dać się ponieść euforii. Emocje są dobre dla ludzi sztuki, nie biznesu. Teraz trzeba twardo chodzić po ziemi.


Na pewno czekają nas problemy z kredytami, będą trudno dostępne. To już właściwie się dzieje. Banki nawet nie ukrywają, że stawiają szlaban.


Tak, mnie ten problem też dotyczy, choć jesteśmy dużą i stabilną firmą. Banki nie rzucają słów na wiatr, nie ma co się łudzić.


Nie, na razie nie biorę tego scenariusza pod uwagę, choć oczywiście dziś i tego wykluczyć się nie da.


Nie. Dla mnie w firmie najważniejsi są ludzie. Większość pracuje z nami od początku. To są osoby wypróbowane, dzięki nim firma istnieje. Zwolnienia - to byłoby ostatnie z możliwych cięć kosztów. Przygotowaliśmy plan B na wypadek, gdyby okazało się, że kryzys jednak nadchodzi.


Nie, mamy jeden budżet. Drugi to tylko plan awaryjny, na wszelki wypadek. Chodzi o to, że kiedy przychodzi kryzys, trudno podjąć jakąkolwiek decyzję. Wszyscy czują się sparaliżowani. Dlatego lepiej zrobić plan wcześniej. Bywa też, że w obliczu zagrożenia popełniamy błędy w myśl zasady: co nagle, to po diable.


Nie, cen też nie zamierzam obniżać. My cenami nie konkurujemy. Mamy marki masowe, ale też kosmetyki drogie. To, że kosmetyk nie jest najtańszy, nie jest moim widzimisię, to prosty rachunek kosztów.

*Irena Eris, współwłaścicielka firmy Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj