Bo zbyt wiele w tym partyjnego show. Bezpardonowej walki - w przypadku PO o zachowanie przewagi, w przypadku PiS o wykazanie, że odzyskuje siły witalne. .
Z drugiej strony żadna z partii, szukając głośnych nazwisk, nie sięga po aktorów czy kierowców rajdowych. Obaj liderzy pohamowali najbardziej groteskowe zjawiska - Tusk chęć ucieczki do Brukseli nieudanych ministrów, Kaczyński - zamiar emigracji wielu młodszych posłów, którzy chcieli traktować mandat jako nagrodę. Na pierwszych miejscach lokowani są, z wyjątkami potwierdzającymi regułę, ludzie znający się na tematyce europejskiej. To dotyczy w większym stopniu PO - trudno odmówić kompetencji pani Huebner, Jackowi Saryuszowi-Wolskiemu, ba, Marianowi Krzaklewskiemu. Ale trudno twierdzić, że Ryszard Legutko czy Marek Migalski, choć w Brukseli nowi, będą źle przygotowani. Albo kwestionować doświadczenie Adama Bielana czy Michała Kamińskiego, nawet jeśli odbieramy ich jako ruchliwych partyjnych graczy.
W sumie . Wbrew temu, co napisał wczoraj Jan Rokita, zabarwienie ideowe reprezentacji głównych partii będzie miało wpływ na ich ewolucję w Unii - politykę europejską robi się w mniejszym stopniu pod dyktando wszechwładnego lidera. ), z czego się nie cieszę, ale co odnotowuję jako przejaw normalności.
I choć w kampanii więcej będzie się mówiło o kryzysie niż o brukselskich strategiach, nie będzie to szopka. Jakaś polityka europejska się u nas wykuwa, nawet jeśli w bólach.