Mija miesiąc od zaginięcia szyfranta wojskowego wywiadu, a polskie służby wciąż czują się zagubione i nie mają pojęcia, co się z nim stało. Po czterech tygodniach intensywnych (?) poszukiwań szef MON Bogdan Klich oznajmia, że hipoteza o osobistych kłopotach zaginionego "staje się coraz bardziej realna". "Dziennik", który sprawę opisał, dostarcza zaś kolejnych kompromitujących szczegółów m.in. o braku współpracy służb poszukujących Stefana Zielonki. Ponieważ chorąży posiadał najwyższy certyfikat bezpieczeństwa, miał dostęp do tajemnic NATO, szkolił młodych szyfrantów, a przez jego ręce przechodziły meldunki od polskich agentów działających za granicą, i wciąż nie jest jasne, jakie są jego losy (zabił się? został porwany? uciekł za granicę, bo współpracował z obcym wywiadem?), cała sprawa budzi kilka pytań:

1. Ilu tygodni (miesięcy?) trzeba służbom specjalnym, by ustaliły co się stało z ich pracownikiem i rozważane w mediach hipotezy zostały zastąpione faktami? Czy dzielenie się hipotezami przez ministra obrony po miesiącu poszukiwań nie świadczy o jego całkowitej bezradności, nieudolności, kompromitacji? Jakie tajemnice wywiad wojskowy jest w stanie zdobyć, jakie tajne dokumenty, szyfry i notatki zdobyć, skoro nie jest w stanie odnaleźć nawet własnego szyfranta?

2. Co można sądzić o wojskowych specsłużbach, w których nikt nie zna telefonu komórkowego szyfranta (jak ujawnił nasz dziennikarz Robert Zieliński, przełożeni informują policję, że szyfrant w ogóle nie posiadał komórki)? Czy jest w Polsce jakikolwiek poważny pracodawca, który nie zna telefonu do swego pracownika (choćby po to, by go nagle wezwać do pracy)?

3. A może przełożeni chor. Zielonki doskonale znali numer jego telefonu, ale bali się go ujawnić? Może nie chcieli, by tą drogą policja ustaliła jego miejsce pobytu? Może nie chcieli, by zbadała jego bilingi? Może okazałoby się wtedy, że wykaz rozmówców chorążego już dawno powinien wzbudzić czujność kontrwywiadu? Może wyszłyby na jaw zaniedbania, o których teraz możemy spekulować?

4. Ile jeszcze tajemnic kryje w sobie to niesamowite zniknięcie? Dlaczego przez pierwsze dwa tygodnie nikt z przełożonych z wywiadu wojskowego go nie szukał? Dlaczego szefowie nie zawiadomili Żandarmerii Wojskowej? Może nie chcieli, by wyszło na jaw to zniknięcie? Dlaczego mogliby tego nie chcieć? Bo mogłoby to ich obciążyć?

5. Jak funkcjonuje dziś wojskowy kontrwywiad? Jak w kraju może zniknąć człowiek, który z natury swej profesji powinien należeć do grupy najbardziej strzeżonych osób w kraju? Czy przypadek chorążego potwierdza, że jest to struktura przetrzebiona i połamana przez słynną komisję weryfikacyjną Macierewicza? Jeśli tak, to co przez półtora roku zrobiła następna ekipa, by wojskowy wywiad i kontrwywiad odbudować? A może już go odbudowała, tylko tak, że przez miesiąc nie można znaleźć szyfranta tajnych depesz?