Dowiedzieliśmy się, kim jest, ale nie ujawniliśmy jej nazwiska. Pokazaliśmy problem: choć od lat ostro recenzuje osoby publiczne, unika odpowiedzialności kryjąc się pod pseudonimem.
Choć po naszym artykule Kataryna w emocjonalnym wpisie na swym blogu zarzuciła nam nieuczciwość, nie odpowiedziała nam na pytania jakie postawiliśmy w naszym artykule. Przede wszystkim: jakie są granice anonimowości blogerów? Czy ukrywającym się pod pseudonimem autorom wolno wyrażać najostrzejsze nawet sądy, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności?
– Ukrywanie tożsamości przez blogerów sprzyja nieodpowiedzialności za słowo. Ale anonimowość ma też dobre strony, ktore przeważają nad złymi – mówi nam prof. Wojciech Sadurski, prawnik i znany bloger, który jako pierwszy zażądał od Kataryny ujawnienia nazwiska.
______________________________________________________________________
: W ostatnim czasie przewartościowałem swoje myślenie o anonimowości w sieci. Anonimowość ma swoje dobre i złe strony. Te pierwsze jednak przeważają.
Tak, bo spór dotyczył bardzo ostrej krytyki jaką Kataryna skierowała pod adresem Wisławy Szymborskiej. Wówczas napisałem, że jeżeli ktoś formułuje ostre zarzuty o charakterze etycznym,
wobec konkretnej osoby, to powinien występować z otwartą przyłbicą.
Moje wezwanie przez wielu zostało potraktowane jako krytyka samej zasady anonimowości w sieci. To było nieporozumienie, bo wezwanie miało jedynie charakter etyczny i nie zmierzało do zanegowania
niczyjego prawa do anonimowości w internecie. Ono powinno istnieć, pod warunkiem pewnej przyzwoitości zachowania. Bo nie wszystko do czego mamy prawo, jest jednocześnie działaniem
przyzwoitym.
To przede wszystkim sprzyjanie pewnej nieodpowiedzialności za słowo. Przecież anonimowość nie występuje tylko w sieci, ale również na parkanie można wymalować farbą jakieś zarzuty czy
oszczerstwa i pozostać całkowicie anonimowym. W przypadku bloga chodzi o kwestię uczciwości jego autora, który pozostaje nieznany. Z drugiej strony ukrywanie tożsamości chroni tych, którzy
– być może bardzo subiektywnie – oceniają, że mogliby ponieść jakieś sankcje społeczne wynikające z ujawnienia swoich poglądów. Np. potępienie ze strony rodziny,
przyjaciół czy znajomych. Taka osoba może się też obawiać, że pracodawca będzie się mścić na nim za głoszenie takich, a nie innych poglądów.
Jeśli zwykły człowiek nie jest profesjonalnym dziennikarzem, politykiem, czy naukowcem i zawodowo nie bierze udziału w kształtowaniu opinii publicznej, ale chce uczestniczyć w dyskursie
publicznym, powinien mieć prawo do anonimowości. Ono bowiem chroni go przed negatywnymi konsekwencjami ujawnienia poglądów.
Ale powinna mieć do tego prawo. A czy powinno się z tego prawa korzystać, to jest kwestia indywidualnej przyzwoitości. Nie zmieniam swojej krytycznej oceny w odniesieniu do osób, które w
sposób anonimowy formułują ostre moralne osądy wobec innych. Mam prawo do krytyki takich osób, ale jednocześnie przyznaję im uprawnienia do czynienia tego, bo na dłuższą metę jest to w
interesie całego społeczeństwa. Pewne osoby nie brałyby udziału w dyskursie publicznym, gdyby nie miały gwarancji wynikających z anonimowości.
Nie zgadzam się z tym, ponieważ bardzo wysoka ostrożność w obronie swojej anonimowości nie może być potraktowana jako prowokacja. Jest to raczej ochrona własnego interesu. Czy jest ona
uzasadniona, czy nie – nie wiem. Jeśli jednak przyjmiemy, że anonimowość jest prawem blogerów, to nie możemy czynić im zarzutów z tego, że tego prawa bronią bardzo gorliwie.
To określenie emocjonalne. To co dla jednych jest strzelaniem zza węgła, dla innych będzie uprawnioną krytyką w interesie publicznym. Jeśli wypowiedź jest nieuzasadniona i raniąca, powinno
się ją krytykować. Tylko ta krytyka nie ma nic wspólnego z odbieraniem prawa do anonimowości. Jestem zwolennikiem tego prawa, bo uważam, że dobro polegające na ochronie osób głoszących
niepopularne poglądy lub mogących obawiać się jakichś konsekwencji, przeważa nad złem polegającym na umożliwieniu pewnej nieodpowiedzialności za słowo.
*Wojciech Sadurski - jest blogerem i profesorem prawa, wykładowcą m.in. Uniwersytetu Europejskiego we Florencji i Uniwersytetu Warszawskiego.