O co toczy się bój... No właśnie, o co? Wyłącznie o władanie propagandową tubą, a trochę też o dostęp do koryta, przy którym będą mogły się paść dziesiątki najwierniejszych
nominatów.
Otwarty charakter sporu jest oczywiście słabą pociechą, bo . Warto
jednak pamiętać, co kto robi w tej sprawie i co nam obiecywano. I potem to rozliczyć, niestety dopiero przy urnie wyborczej. Innego sposobu jednak nie mamy – my, widzowie i słuchacze
mediów publicznych. My, ich właściciele.
Obserwujmy ten spektakl, widać już coraz więcej. W wokółmedialnych roszadach nie ma partnerów, są tylko wrogowie i chwilowi sojusznicy. Nie ma już dobrych ani złych. Wszyscy, łącznie z głosicielami najwznioślejszych frazesów, ubrudzili się najdziwniejszymi koalicjami. Najgorsze w tym jest, że szanse na jakikolwiek kompromis są bliskie zeru. Stawką nie jest dobro mediów publicznych, ale władanie nimi w dwóch następnych latach – gdy odbędą się wybory prezydenckie, samorządowe i parlamentarne. Z tego powodu A ci zapomną o wszystkich wadach obu panów Borysiuków, by z kolei Platforma nie weszła im w szkodę.
Można dziś wyzłośliwiać się, przypominając popularną pseudomądrość, że ten, kto ma TVP, zawsze przegrywa wybory. Żaden w Polsce polityk, nawet
najmniej rozgarnięty, nie wierzył w tę bzdurę. Jeśli powtarzał, to tylko dla zmylenia przeciwnika i opinii publicznej.
Nie darmo ze swego premierowskiego olimpu zniżył się do tego bagna sam Donald Tusk i obwieścił, że w TVP potrzebne będą „twarde decyzje”, a minister skarbu ma wkroczyć,
„gdy nie będzie innego wyjścia”.
Rzeczywiście, . To wielce charakterystyczne, że Tusk, który do tej pory deklarował, że
nie interesują go media publiczne, jednak wykazał się całkiem sporym zainteresowaniem.
Aby być sprawiedliwym – możemy być pewni, że prezydent i druga strona też nie śpią. To, że Lech Kaczyński nie mówił jeszcze o czymś twardym, to albo opóźnienie, albo wybieg. Jeśli nic nie powie, to nie znaczy, że nie działa. A wiadomo, że najbardziej zaufane osoby z jego kręgu są nie mniej aktywne niż emisariusze Tuska i Grzegorza Schetyny.
Zapewne naiwnością będzie teraz postawić pytanie: czy członkom KRRiT, różnych rad nadzorczych, zarządów, Ministerstwa Skarbu, sejmowej komisji kultury zdarza się ostatnio pomyśleć o programie mediów publicznych? W sensie jego poprawienia, unowocześnienia, podniesienia poziomu. Czy znajdują na to choć minutę? Jeszcze rok temu cały ten światek trąbił o cyfryzacji telewizji i zbytniej komercjalizacji mediów. To ważne problemy, bo z cyfryzacją jesteśmy na szarym końcu Europy. Odpowiedź na te naiwne pytania musi być negatywna. Fotel w gabinecie prezesa jest tysiąckroć ważniejszy niż cyfryzacja czy jakikolwiek inny wspólny interes nas maluczkich – widzów i właścicieli TVP.