Początek roku wyzwala nową energię: coś było, coś minęło, a teraz nadchodzi nowe i warto zacząć pracę od nowa. Dla prób zrozumienia i głębszego zastanowienia się nad życiem oraz osobistej przemiany kontekst noworoczny ma znaczenie symboliczne.
Trzeba jednak pamiętać, że 1 stycznia to tylko umowna data. Momentem przełomowym może być każdy inny dzień - 5 stycznia czy 8 lutego. I trzeba bardzo wystrzegać się złudnej łatwizny - co złe to przeszłość, a teraz zaczynamy coś nowego. Takie myślenie jest naiwne. Taki moment decyzji może jedynie ułatwić nam pracę nad sobą, ale musimy traktować go z pewnym dystansem i nie mitologizować. Postanowienia noworoczne mają sens tylko wtedy, gdy nie oczekuje się cudów i natychmiastowych zmian.
Zmienić może się każdy i zawsze, ale trzeba uważać na błędne rozumienie tego słowa! Człowiek, który ma 40 - 50 lat, często chce zaczą swoje życie od nowa. Próbuje zerwać z ciągłością, dokonać radykalnego przełomu, ale to jest pułapka. Najczęściej chodzi o ucieczkę, a to zawsze jest czymś złym i nieudanym. A zmiana nie polega na tym, by uciekać od swojego życia, lecz na tym, by je mądrze przebudować. Oznacza to spojrzenie na to, co było, z nowej perspektywy i z większą dojrzałością.
Mniej wierzę w momenty, które magicznie przemienią człowieka. Wierzę w ciągłą pracę, w mały, ale codzienny rozwój, a nie w wielkie skoki. Człowiek ma strukturę drzewa i radykalne zmiany nie są możliwe. Tylko rok po roku, słój po słoju. Co roku tworzy się coś ważnego, przyrasta kolejny słój. Dlatego podstawą musi być codzienna refleksja. Noworoczne postanowienia mogą jedynie ukierunkować nasze życie - np. ku budowaniu głębszych więzi z innymi ludźmi oraz oczyszczaniu tego, co w nas słabe. Pomagają zobaczyć nowy horyzont i nowe perspektywy oraz otworzyć się na nowe rzeczywistości. Najważniejsza jest jednak praca duchowa. Ta praca powinna być zawsze. Chodzi mi o mądrą walkę i sensowną ewolucję. Prawdziwych zmian można dokonać, po pierwsze, dzięki mądrości życiowej, a po drugie, dzięki modlitwie.
Spotkałem się z osobami, którym radykalnie udało się odmienić swoje życie. Jednak to nie zdarza się często. Są to osoby, które konsekwentnie podjęły pracę nad sobą, ale dopiero po paru, nawet parunastu latach doszły do ogromnej metamorfozy. I w coś takiego można uwierzyć. To można szanować - to naturalna ewolucja człowieka. Pracuję z ludźmi, obserwuję ich, prowadzę duchowo i wiem, że rewolucyjne zmiany dokonują się w ciągu... np. dziesięciu lat. Nie można pierwszego stycznia coś postanowić i następnego dnia oczekiwać widocznej odmiany. Decyzja, że chcemy coś zmienić, jest dopiero początkiem długiego procesu. Dlatego w teologii istnieje pojęcie czyśćca. Człowiek przychodzi doń ze swoimi słabościami i przechodząc przez czyściec oczyszcza się, żeby dojść do nieba. Podjęcie decyzji, że ruszamy nowym szlakiem jest zawsze możliwe, bo człowiek jest wolny, ale trzeba wiedzieć, że to nowa trasa na zawsze. I są tacy, którzy mogą w tym wytrwać. Problem polega na tym, że wielu ludzi wierzy w magiczne daty i cuda oraz w to, że wszystko łatwo można zmienić.
Jednak aby zmiany, obietnice o nowym lepszym życiu miały sens, decyzja musi być głęboka i musi chodzić o prawdziwy duchowy proces. Kiedy chęć zmiany dotyczy tylko fizyczności, a nawet psychiki, to to jest płytkie pojmowanie znaczenia "zmiana". Szansa na spełnienie powziętych decyzji jest realna tylko w momencie, kiedy będzie chodzić o głęboki duchowy proces przebudowy. Konieczna jest przy tym wytrwałość - zawsze jest to bowiem proces powolny! Nic nie dzieje się nagle i nie można liczyć na radykalne efekty. Konieczna jest cierpliwość i wytrwałość. Przemiana zawsze polega na uświadomieniu sobie tego, co jest istotą życia i jego sensem. Przychodzi zrozumienie, że sława, sukces, pieniądze czy uznanie to tylko piana rzeczywistości. Mają swoje znaczenie, ale prawdziwy sens życia polega na budowaniu głębokich relacji, czystych i mocnych, z innymi ludźmi i z Bogiem. Każdy powinien to sobie uświadomić. I tak naprawdę wtedy może nadejść zmiana - jedyna prawdziwa. Wynika to też z dynamiki biologicznej rozwoju człowieka.
W pierwszych 25 latach wszystko jest absolutnie naturalne. Człowiek ma wtedy marzenia, jest mało krytyczny wobec siebie i wobec świata. I przede wszystkim jest nieograniczony. Jak mamy lat siedem, to możemy być księdzem, strażakiem, sportowcem. W wieku 17 lat liczba wyborów już się zmniejsza. Widzimy, że weszliśmy w pewne koleiny. Stajemy wobec sytuacji, kiedy liczy się przede wszystkim to, żeby wygrać życie. Kolejne ćwierćwiecze to zdobywanie doświadczeń i uczenie się większego realizmu. Wtedy, gdzieś na przełomie tej drugiej ćwiartki, bierzemy życie w swoje ręce i zaczynamy nim dojrzale kierować. Wtedy trzeba dostrzec, że obok mnie są inni, równie ważni ludzie, że rzeczy ulegają przemijaniu oraz że nie możemy być niewolnikami mody, bo one bezustannie się zmieniają. Chodzi o zbudowanie sensu życia ze świadomością jego ograniczeń.
Co może być impulsem, żeby powziąć decyzję, że coś należy zmienić? Zacznijmy od refleksji na temat wieczności, niezmienności, absolutu. Heidegger zdefiniował nasze życie jako "Sein zum Tode" - "byt ku śmierci". Takie refleksje przychodzą na ogół w okresie bardziej dojrzałym. Właśnie dopiero wtedy człowiek rozumie, że życie zmierza ku pewnej barierze, ku pewnemu tragicznemu trudnemu przejściu i pod tym względem stara się swoje życie zdefiniować. Te sprawy w wieku młodzieńczym można jeszcze od siebie odpychać, odrzucać. Jednak w pewnym momencie życia trzeba się zmierzyć z tym problemem egzystencjalnym. Człowiek mądry odkrywa, że najważniejsza jest miłość, że miłość jest wieczna, że to, co przetrwa, to będzie właśnie ona. Nie medale, nie Nagroda Nobla i nie moje konto w banku, ale liczy się miłość, którą darowałem i sam otrzymałem.
o. Maciej Zięba OP, filozof, publicysta. Absolwent fizyki, w latach 70. związany z opozycją demokratyczną, ekspert NSZZ "Solidarność". Założyciel Instytutu Tertio Millennio. Był prowincjałem dominikanów w Polsce. Opublikował m.in. "Papieże a kapitalizm". Ostatnio: "Epoka Jana Pawła II. Zrozumieć niezwykły pontyfikat"