"Prezydent Bush przespał egzekucję Saddama Husajna – zauważa komentator brytyjskiej gazety "The Times" (cytuję za "Rzeczpospolitą").
James Bone zwraca uwagę na to, jak amerykański przywódca, który od lat był nieprzejednanym przeciwnikiem dyktatora, nagle stracił zainteresowanie jego losami. Gdy Bushowi zakomunikowano, że egzekucja Saddama jest nieunikniona, poszedł spać i wydał swym doradcom polecenie, by go nie budzić – czytamy w "The Times".
Bez względu na to, jakim sybarytą jest Bush, jak spać i jak do syta wysypiać się on lubi, jak nieodpowiedzialne drzemki polityczne sobie funduje – jest w jego poleceniu, by go na egzekucję Saddama nie budzić, rys wielkości, rys niezależności i rys wreszcie (purytańskiej?) przyzwoitości, który dobrze pokazuje różnicę pomiędzy – powiedzmy – nami a nimi.
Otóż Saddam Husajn – jakby Allah z Mahometem dali mu taką radość – egzekucji Busha nie przespałby z pewnością. Oglądałby ją z zapartym z tchem; z oglądania kaźni amerykańskiego prezydenta święto, może nawet narodowe, by uczynił; w chwilach depresji poprawiałby sobie humor puszczaniem w koło egzekucji Busha. Jakby ta egzekucja była udanym zamachem, niczego by to nie zmieniło; w tym sensie łączność pomiędzy emocjonalnością Saddama a emocjonalnością innych historycznych tyranów jest oczywista – Hitler – jak powszechnie wiadomo – zarykiwał się ze śmiechu i po wielokroć polecał wyświetlać sobie filmy, na których jego antagoniści konali na rzeźnickich hakach.
Ta różnica zdaje się istotą rzeczy, a jej istotą jest to, że nie stanowi różnicy. Bush Bushem, człowiek człowiekiem, a nawet Pilch Pilchem. (Z czytywanych przeze mnie autorów największą skłonność do retorycznego operowania własnym nazwiskiem ma Waldemar Łysiak – jak mawia mój przyjaciel Marian Stala: Proszę bardzo).
No więc łapię się na tym że ganiam pilotem po kanałach celem trafienia jak go powieszą. Jest dobry czas, pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, siedzimy z Atą przed telewizorem, wyszukujemy kryminały, horrory – a tu masz jeden horror się wyłania, nieuchwytny: tu był tuż przed powieszeniem, Amerykanie go pokazują, a potem już nie; na Anglików nie ma co liczyć w tej mierze, dajemy na Canal plus, ale to jest kanał do ligowych horrorów przeznaczony, to są bezbarwne horrory, bajońskie kwoty za ligową młóckę płacę, ale egzekucji Saddama nie pokazują. Jezusie Maryjo jak pech to pech. Jak go schwytali, grałem w piłkę i telefon miałem wyłączony. No serio. Taki pech. Epoka – uświadamiam sobie pomiędzy schwytaniem a powieszeniem Saddama minęła. Pomiędzy jednym a drugim kornerem – jak pisał Borowski.
Jak go złapali, grałem jeszcze w piłkę, teraz już nie. Teraz już w piłkę nie gram, co nic dodatkowego nie znaczy. Jak go złapali, grałem. Z kolegami z "Polityki" przebieraliśmy się w szatni, Witek Bereś posłał wiadomość: Złapali Saddama, a ja miałem wyłączony telefon. A wiedziałbym pierwszy. Po Beresiu w każdym razie. Jakiś uraz – widać – został. Potem Saddam był sądzony, a ja grałem coraz rzadziej choć i tak za często. I tak wycofałem się za późno. Jak Saddam. Więc chcę zobaczyć, jak go wieszają. I błąkam się po kanałach. Z otępieniem starczym. W życiu – wstyd wyznać – żadnego filmu pornograficznego nie obejrzałem w całości. Nawet jak była na takie okazje wielka koniunktura. Wielka koniunktura stanu wojennego. Zawsze znudzony zasypiałem. Może nawet prosiłem – jak Bush – by mnie nie budzić? Teraz Atę o to proszę – nie budź mnie? Wykluczone.
I coś jeszcze w ten czas świąteczno-egzekucyjny mi się przypomina, kiedyś już tak było, że tyran się tracił, ach Boże wchodzę do kuchni i moja Babcia z wypiekami od wypieków pyta: Jak też Ceaucescu? – Już po nim – mówię. Już go rostrzelali. I wiem, że tu gdzieś jest sedno rzeczy. Szukam go na oślep. Pomiędzy moją Babką Marią a Saddamem Husajnem jest coś, na co jeszcze nie trafiłem. Kuchnia, w której ona nagle zamyśla się nad losem tyrana. Robi mi się nieswojo. Nie chce mi się budować brawurowych analogii, że niby Rumunia od czasu mojego wejścia do kuchni weszła do Unii i gdzie wejdzie Irak. Gdzie wejdzie, to wejdzie. Błądźmy po kanałach. Ata. Tak.