Nie znajdujemy żadnej radości w odkrywaniu kolejnych agentów, nie znajdujemy też żadnych powodów, by ich przed zdemaskowaniem bronić. Nie budujemy naszej wizji świata ani na pasji
lustrowania, ani na walce z lustracją. Cały problem wydaje się nam coraz mniej ciekawym cofaniem się do coraz bardziej przedpotopowej przeszłości.
Co jednak począć w przypadku arcybiskupa Wielgusa? Udawać, że to jest w porządku, że jedną z głów polskiego Kościoła ma zostać były agent? Człowiek, który od kilku tygodni publicznie
twierdził, że nigdy nie współpracował, nie rozmawiał, nie pisał. A dziś wiemy, że współpracował, rozmawiał i pisał. A zatem do ostatniej chwili kłamał, licząc na to, że nie odnajdą
się dowody jego winy.
Co mamy napisać po zapowiedzianym na weekend ingresie? Że się cieszymy, że schedę po kardynale Wyszyńskim przejął Wielgus? Czy też to, że polski Kościół na jednego z czterech
najważniejszych pasterzy świadomie wybrał agenta? I wybrał go nie dlatego, że ten kiedyś upadł, a potem odbył pokutę, ale dlatego, że upadł i do końca nie czuł z tego powodu
najmniejszego wstydu?
Ktoś powie, że możemy nic nie pisać. Albo napisać, że Kościół ma prawo wybrać na arcybiskupa kogo chce. Niby tak. Ale kłopot w tym, że media mają swoje obowiązki. A głównym jest
szczere mówienie o wszystkim, co się dzieje w życiu publicznym.
Co oznacza w tym wypadku szczerość? Ano trzeba powiedzieć otwarcie: ingres arcybiskupa Wielgusa będzie moralnym skandalem. Będzie nagrodą dla człowieka być może nawet wartościowego, ale
przyznaną mu za to, co w nim było najmniejsze i najgorsze. Ingres w tym momencie, w kilka dni po ujawnieniu jego przeszłości, będzie wyglądać jak specjalna premia za kłamstwo i
szpiclowanie.
A zatem tu nie chodzi o lustrację. Tu chodzi o zasady.